Rosja traci teren po raz pierwszy od sierpnia 2024 r.
W tym roku na Placu Czerwonym nie zobaczyliśmy ani broni pancernej, ani wyrzutni rakietowych. Defilada była wyjątkowo krótka. A "zgodę" – by w ogóle się odbyła – wyraził prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. Zagwarantował, że nagły atak bezzałogowców dodatkowo nie upokorzy Władimira Putina w tym wyjątkowym dniu.
"The Economist" wskazuje, że sytuacja wokół święta 9 maja symbolicznie odzwierciedla obecny układ sił na froncie. "Po raz pierwszy od niemal trzech lat inicjatywa w wojnie wydaje się przechodzić na stronę Ukrainy. Po ciężkiej zimie, podczas której rosyjskie drony i rakiety niemal każdej nocy atakowały ukraińskie miasta i sieć energetyczną, Kijów zaczyna odwracać sytuację na swoją korzyść. Rosja ponosi coraz większe koszty – praktycznie pod każdym względem" – czytamy w analizie brytyjskiego tygodnika.
Rosyjska ofensywa wiosenna okazała się wielkim rozczarowaniem. Według analizy tygodnika "The Economist", na podstawie map frontu Instytutu Studiów nad Wojną (ISW), w kwietniu rosyjskie siły po raz pierwszy od sierpnia 2024 r. zanotowały netto stratę terytorium – 113 km kw. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce podczas ukraińskiej ofensywy w obwodzie kurskim.
ISW wymienił kilka czynników stojących za sukcesami Ukrainy:
- kontrataki lądowe i uderzenia dronów średniego zasięgu;
- odcięcie Rosjan od terminali Starlink;
- ograniczenia nałożone przez Kreml na komunikator Telegram, używany przez rosyjskich żołnierzy, wolontariuszy i jednostki obrony przeciwlotniczej.
Stoicyzm i fatalizm rosyjskich żołnierzy są na wyczerpaniu
Sir Lawrence Freedman, emerytowany profesor studiów nad wojną w londyńskim King’s College, uważa, że można odnieść wrażenie, iż jesteśmy w punkcie zwrotnym wojny.
– Jeśli Rosjanie nadal nie będą mieli żadnych sukcesów, nie zdziwię się, jeśli na niektórych odcinkach front zacznie się im sypać – ocenił.
Rosja traci około 35 tys. żołnierzy miesięcznie, czyli więcej, niż obecnie jest w stanie zwerbować. Tygodnik podkreśla, że dla Kremla jeszcze bardziej niepokojąca powinna być proporcja strat. Do ubiegłego roku na jednego zabitego rosyjskiego żołnierza przypadało dwóch-trzech rannych. W marcu Zełenski twierdził już, że Rosja traci niemal dwóch zabitych na jednego rannego.
– Stoicyzm i fatalizm rosyjskich żołnierzy mogą być już na wyczerpaniu – uważa Freedman.
Za 80 proc. rosyjskich strat odpowiadają obecnie ukraińskie drony FPV z ładunkiem wybuchowym, kierowane światłowodowo. Ich ciągła obecność uniemożliwia Rosjanom ewakuację rannych z pola walki, co i tak nigdy nie należało do priorytetów armii Putina.
Rosja ma problemy z logistyką na zapleczu frontu
Ukraińcy nie tylko osiągnęli przewagę w wykorzystaniu dronów w tzw. strefie śmierci wzdłuż linii frontu, ale do tego rozciągnęli ją głębiej na rosyjskie tyły. W efekcie armia Putina ma coraz większe problemy z przemieszczaniem żołnierzy w pobliże linii frontu, częściej giną także operatorzy bezzałogowców.
Rosjanie zostali zmuszeni do ograniczenia wielkości konwojów w Donbasie, by trudniej było je wykryć. Obecnie razem mogą poruszać się najwyżej dwie ciężarówki.
Ukraina, jak podkreśla tygodnik, ma podobne problemy na froncie nasyconym dronami, ale bardziej dba o życie swoich żołnierzy. Częściej wykorzystuje bezzałogowe pojazdy lądowe do ewakuacji rannych i dostarczania zaopatrzenia. Poza tym nadal korzysta z opancerzonych pojazdów załogowych, licząc się z tym, że zostaną zniszczone przez rosyjskie drony – najważniejsze jest, że pojazd ocali życie jadących w nim żołnierzy.
Ukraina przeprowadza więcej nalotów dalekiego zasięgu niż Rosja
Rosja ponosi również coraz większe straty wskutek ataków ukraińskich dronów średniego zasięgu – od 50 do 300 km za linią frontu. Zełenski twierdzi, że zakupy takich systemów są w tym roku pięciokrotnie większe niż przez cały 2025 r.
Celami ukraińskich ataków są magazyny amunicji, składy dronów, stanowiska dowodzenia, wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych, radary oraz miejsca koncentracji wojsk i sprzętu.
Do problemów na froncie dochodzi też wzrost skali ukraińskich ataków dalekiego zasięgu na terytorium Rosji. W marcu Ukraina po raz pierwszy przeprowadziła więcej ataków dronami dalekiego zasięgu niż Rosja.
Regularnie atakowane są cele wojskowe i gospodarcze położone niemal 2 tys. km od granicy Ukrainy. W praktyce oznacza to, że 70 proc. rosyjskiej populacji znajduje się dziś w zasięgu ukraińskich dronów.
Rozległość Rosji oraz trwająca od roku ukraińska kampania wymierzona w rosyjską obronę przeciwlotniczą sprawiają, że skuteczna ochrona nawet najważniejszych obiektów staje się praktycznie niemożliwa.
– Nie są w stanie bronić się przed dronami przy użyciu klasycznej obrony obszarowej. A w wielu miejscach, gdzie potrzebowaliby obrony punktowej, po prostu jej nie mają – mówi "Economistowi" Seth Jones, starszy analityk wojskowy waszyngtońskiego Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS).
Co ważne, Ukraina opracowała kilka typów dronów przechwytujących, dzięki czemu zestrzeliwuje około 95 proc. rosyjskich dronów typu Shahed. Rosja nadal pozostaje w tyle.
Trudno wyobrazić sobie poprawę sytuacji Kremla
Jones zaznacza, że odwrócenie obecnej – niekorzystnej dla Rosji – sytuacji na froncie zależy przede wszystkim od zniwelowania przewagi Ukrainy w zakresie wykorzystania dronów.
– Trudno dostrzec scenariusz, w którym sytuacja Rosji mogłaby się poprawić. Gdybym miał przedstawiać raport Putinowi, obraz byłby raczej ponury – podsumował.
