Podam pewien przykład. Trafiła do nas pacjentka, u której zdiagnozowano raka piersi o podtypie biologicznym HER2 pozytywnym. Ale to niewielki nowotwór. Guz ma poniżej 1 cm. Gdyby mieszkała w Stanach Zjednoczonych i miała dobrą polisę, to dostałaby trastuzumab w leczeniu uzupełniającym, bo to leczenie celowane w ten konkretny rodzaj raka.
W Polsce trastuzumab w leczeniu uzupełniającym jest przewidziany dla pacjentek, które mają guza w piersi powyżej 1 cm.
Sytuacja jak zwykle w takich przypadkach nie jest prosta. U pacjentek, które mają tak małego raka, ryzyko nawrotu choroby jest rzędu 2–2,5 proc. w skali 10 lat. Dodanie trastuzumabu do leczenia zmniejsza to ryzyko o jakiś 1 proc. Jeżeli pacjentka uważa, że jest to dla niej dodatkowa szansa, to z jej perspektywy jest to zrozumiałe. Ale ze społecznego punktu widzenia wygląda to już trochę inaczej. Herceptyna (czyli właśnie trastuzumab) jest droga: to koszt rzędu ok. 35 tys. zł na trzy miesiące. A leczenie trwa rok. W efekcie wydajemy ponad 100 tys. złotych na coś, co generalnie może trochę poprawić szanse pacjentki, ale na pewno nie jest ratunkowym leczeniem.
W jakich sytuacjach jest wobec tego podawany ten lek?
Trastuzumab jest podawany w dwóch podstawowych wskazaniach. Po pierwsze, we wczesnym raku piersi właśnie po to, żeby zmniejszyć ryzyko nawrotu – tylko, jak już mówiłam, w Polsce musi być spełnione kryterium wielkości guza. A drugie wskazanie to kiedy rak jest rozsiany, pacjentka ma przerzuty – dzięki lekowi możemy przedłużyć jej życie. Czyli to dwa zupełnie różne światy: w jednym przypadku pomaga w walce o całkowite wyleczenie, a w drugim – o przedłużenie życia.
Ale z perspektywy pacjenta każde zmniejszenie ryzyka jest bardzo ważne.
Moim zdaniem, kiedy pacjentka ma niewielkie ryzyko nawrotu choroby, to wydawanie wielkich pieniędzy, żeby je zmniejszyć o 1 proc., mija się z celem. Poza tym to jest potencjalnie toksyczny lek – i trzeba zrobić rachunek zysków i strat.
>>> Polecamy: Współczesna genetyka to pogoń za sławą. Pieniądze nie grają już roli
