Biorąc pod uwagę jakość, jaką reprezentują nasze kluby piłkarskie, to one powinny płacić stacjom za to, że te w ogóle zechcą pokazywać na ekranie te żenujące widowiska, w których z pięciu metrów nie trafia się w światło bramki. A potem jeszcze płacić widzom za to, że muszą na to patrzeć. A następnie pokrywać koszty ich psychicznej rekonwalescencji. Mam w swoim otoczeniu mnóstwo fanów futbolu, ale przysięgam, że nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć od nich: „Ależ dzisiaj pięknie zagrali. No co to było za widowisko!”. Za to niemal zawsze słyszę: „Rowy powinny kopać, a nie piłkę!”. Ot, cała polska piłka nożna. I dokładnie na nią poszło pół miliarda.

Wiecie, co teraz powinniśmy zrobić? Wyłączyć telewizory i przestać chodzić na mecze. Serio. Olać tę ekstraklasę i modlić się, żeby sąsiad, brat, wujek, stryjo, teściu i kumple zrobili to samo. Nie odpalili TV i nie usiedli na trybunach. Tylko w ten sposób damy klubom i piłkarzom do zrozumienia, co sądzimy o poziomie ich zaangażowania i gry. Tylko tak możemy ich zmusić do tego, by choć trochę się postarali. Bo w końcu to my, a nie nc+ i TVP, zapłacimy im te 500 mln zł – pod postacią abonamentów telewizyjnych.

>>> Czytaj też: Bąk: Kocham cię, Stilfser Joch vierblättriges Kleeblatt [MOTOFELIETON]

Na Boga, przecież za te pieniądze moglibyśmy wyhodować świetną piłkarską drużynę. Wydaje mi się, że kwota wystarczyłaby na stworzenie jedenastki składającej się z całkiem przyzwoitych graczy, którzy dzisiaj biegają po boiskach Hiszpanii, Włoch, Niemiec czy Wielkiej Brytanii. A nawet jeśli nie, to pomyślcie, w ilu młodych, utalentowanych kilkunastolatków moglibyśmy zainwestować te pieniądze. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że staraliby się oni bardziej niż zdecydowana większość klubowych patałachów – bo w przeciwieństwie do nich nie marzą wyłącznie o tym, żeby sobie kupić nowe gacie Gucciego albo nowe 95-calowe felgi do mercedesa.

Skoro przy Mercedesie jesteśmy, to rozumiem, dlaczego tak wielu piłkarzy lubi flagowe modele tej marki. Bo są ostentacyjne. W drogim mercu wyglądasz jak Grzesiu Krychowiak w futrze – trochę modnie i stylowo, i trochę niewłaściwie. Jeździłem jakiś czas temu S560 coupe i muszę przyznać, że był obłędnie komfortowy, pierońsko szybki i przepięknie brzmiał. Ale w środku wyglądał jak salon jubilerski. To auto jest jak złoty łańcuch o średnicy okrętowej liny wyzierający spod rozpiętej do pępka białej koszuli herszta albańskiego gangu. Kłuje w oczy.

Zupełnie inaczej jednak jest z odświeżoną klasą C kombi. Tu wszystko jest normalniejsze – nadal luksusowe, zupełnie inne niż w popularnych markach, ale jednocześnie pozbawione pretensjonalności. Ciągle nie jest to mój styl, ale przyznać muszę, że wnętrze klasy C ma w sobie coś. I jest wyraźnie lepiej wykonane niż w wersji sprzed liftingu (choć do poziomu audi czy lexusa nadal mu brakuje). Sporo dobrego mogę też powiedzieć o komforcie – jest relaksująco i wygodnie, jednym słowem tak, jak w mercedesie być powinno. Do tego przyjemnie się prowadzi i jest niebywale ekonomiczny – wersja C220d 4matic ze 194-konnym dieslem pod maską w zasadzie zawsze zamyka się w 7 litrach na setkę. Posiadacze lżejszej nogi bez trudu zejdą poniżej 6 litrów i na jednym baku przejadą ponad 1000 km. Ale to już niestety wszystko, co dobrego mogę napisać o tym silniku. Cała reszta jest beznadziejna.

Wyobraźcie sobie, że jesteście z żoną w knajpie na romantycznej kolacji, a przy stoliku obok siedzi inne małżeństwo. Problem w tym, że ciągle się kłócą, w dodatku robią to na cały regulator. Ona wytyka jemu, że jest chamem, on jej – że jest wiecznie niezdecydowaną flegmatyczką. A wy musicie tego wszystkiego słuchać, zaciskając przy tym zęby z irytacji. Dokładnie tak wygląda związek diesla w C220d z automatem 9G-tronic. Nie dogadują się ze sobą tak bardzo, że cały czas macie wrażenie, że auto jedzie albo na zbyt wysokim biegu, albo na za niskim. Do tego, już w okolicach 2000 obrotów, silnik jest po prostu głośny i wyraźnie słychać, że napędza go olej napędowy – klekocze jak bociany w okresie godowym. I to wszystko za wyjściowe 174 tys. zł.

Znacznie lepiej zrobicie, jeżeli te pieniądze (a nawet ciut mniej) zainwestujecie w nowe volvo V60 D4. Jeżeli chodzi o wrażenia z jazdy, to jest ono nieporównywalnie lepsze niż C220d – dużo cichsze, bardziej sprężyste, ma świetnie zgrany z silnikiem automat, a do tego subiektywnie sprawia wrażenie dynamiczniejszego. Pali realnie o jakiś litr ON więcej niż mercedes, ale to naprawdę niewielka cena za dużo lepsze odczucia. Ponadto jest wyraźnie większe w środku, lepiej zmontowane oraz dużo bardziej poukładane. To jeden z tych samochodów, do których wsiadacie i nie macie do czego na poważnie się przyczepić. Najpierw został przemyślany i zaprojektowany, a następnie równie dobrze zrobiony. To po prostu kompletny wóz zrobiony przez kompetentnych ludzi. Czy bym go sobie kupił? Nigdy w życiu. Bo jednocześnie V60 D4 to wóz bez charakteru, zrobiony przez ludzi bez charakteru i dla kierowców bez charakteru. Innymi słowy, to idealny wóz dla naszych piłkarzy.

>>> Czytaj też: Bąk: Mazda, z konia spadłaś? [MOTOFELIETON]