Oswoiliśmy się już z myślą, że jako gatunek możemy nie przetrwać?

Rzeczywistość, w której żyjemy, ciągle brutalnie przekonuje nas, że ludzkości po prostu nie opłaca się nie wyginąć. Dla tej części z nas, która przyjęła, że jest już za późno na działania wobec nadciągającej planetarnej katastrofy środowiskowej, pierwszym wyborem jest próba szukania dla siebie miejsca w świecie, który za chwilę przestanie istnieć. Pojawia się nihilizm – może nie zasługujemy na uratowanie? W ten sposób ludzie godzą się z procesem samounicestwienia naszego gatunku, który według nich jest nieuchronny.

To wyraz egoizmu z naszej strony czy forma samoobrony?

Wielu z nas zależy na tym, by nie trafić do ekopiekła za bierność wobec ryzyka zmiany klimatycznej. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na badania amerykańskiej badaczki Kari Marie Norgaard z Oregon University, która próbowała poznać przyczyny zbiorowego ignorowania problemu destabilizacji klimatu w sferze publicznej na przykładzie norweskiego i amerykańskiego społeczeństwa. Autorka postawiła tezę o publicznym paraliżu oraz zupełnym braku umiejętności poradzenia sobie z problemem zmiany klimatu. Norgaard twierdzi, że obserwujemy całe pokolenia lunatyków, które zmierzają w stronę katastrofy. Najbardziej interesujące jest jednak to, że impas klimatyczny nie wynika wcale z braku wiedzy czy ignorancji obywateli i obywatelek.

>>> Czytaj też: Epidemia klimatycznej migracji. Do 2050 roku zagrożonych jest ok. 143 mln ludzi

Zatem z czego?

Badani przez Norgaard ludzie doświadczają pewnego rodzaju podwójnej rzeczywistości. Z jednej strony wiedzą, jakie mogą być konsekwencje zmiany klimatu dla nich i przyszłych pokoleń, z drugiej strony są zanurzeni w świecie drobnych spraw, którymi żyją na co dzień. Informacje na temat katastrofy klimatycznej są zbyt niepokojące, aby można je było uwzględnić w doświadczeniu codzienności. Ci ludzie są autentycznie przejęci, ale nie znajdują miejsca i partnerów, także tych instytucjonalnych, przy pomocy których mogliby wyrazić swój niepokój i podzielić się obawami o przyszłość. Nie mamy drogowskazu, nikt nam nie chce dać przykładu, co i jak moglibyśmy zrobić.

Ile czasu nam zostało?

Mamy go coraz mniej. Zaczyna się robić desperacko. Do tej pory myśleliśmy o konsekwencjach globalnego ocieplenia, zakładając, że może ono nastąpić najwcześniej pod koniec stulecia. Obecnie klimatolodzy i badacze środowiska mówią już o najbliższych dwóch dekadach. Zachodzące zmiany klimatu są jednym z najlepiej udokumentowanych zjawisk w historii nauki. Znajdujemy się w takim momencie historycznym, w którym niezbędne wydają się zmiany na poziomie strukturalnym. Pilną potrzebą jest radykalizacja postaw obywateli i domaganie się przez nich zmiany kursu przez rządy i klasę polityczną. Tylko w ten sposób możemy próbować zapobiec katastrofie ekologicznej.

Cały wywiad przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP