Spadające notowania ropy to dobry prognostyk dla krajowego rynku paliwowego w 2019 r. Z drugiej strony, coraz wyraźniej widać, że w Polsce tańsza ropa oznacza przede wszystkim… wyższe marże firm paliwowych, a w dużo mniejszym stopniu niższe rachunki płacone przez kierowców.

O jedną trzecią taniej

Ostatni tydzień grudnia przyniósł ceny europejskiej ropy Brent rzędu niewiele ponad 50 dol. za baryłkę – to o ponad jedną trzecią taniej niż trzy miesiące temu. Również na giełdzie w Nowym Jorku cena ropy WTI spadła do nowego, rocznego minimum – 42,6 dol. za baryłkę, co w skali kwartału oznacza przecenę o ponad 40 proc.

O taniejącej ropie przesądza kombinacja różnych czynników. Po pierwsze, najwięksi jej producenci, skupieni w paliwowym kartelu OPEC, zdają się mieć coraz bardziej rozbieżne interesy. Dlatego trudno im podjąć decyzję o zdecydowanym ograniczeniu produkcji, co umożliwiałoby powstrzymanie spadku cen. Było to widać szczególnie po szczycie OPEC z początku grudnia. Mimo porozumienia, że do kwietnia 2019 r. jego uczestnicy zetną produkcję o 1,2 mln baryłek dziennie, ceny ropy nie tylko nie wzrosły, ale kontynuują spadki. Oleju, czy raczej ropy, do ognia dolał amerykański rząd, zapowiadając, że po raz pierwszy od października 2017 r. oczekiwany jest wzrost produkcji ropy z łupków, co potencjalnie zwiększy już obfite zapasy. Obrazu dopełniają rynkowe obawy o spowolnienie gospodarcze, mogące nadejść w 2019 r., które oznaczałoby powiększenie się i tak już widocznej na świecie nadprodukcji. Amerykańska Rezerwa Federalna podsyciła jeszcze niepokoje, podnosząc 19 grudnia stopy procentowe.

Takie otoczenie jest korzystne dla polskich firm – Orlenu i Lotosu, ponieważ niskie ceny ropy oznaczają zarówno wyższe marże detaliczne, jak i rafineryjne, realizowane przy przerobie ropy. Marże firm paliwowych w ostatnich tygodniach przekraczają nawet 60 gr na litrze (wobec 3–9 gr w październiku). Analitycy przypominają, że olej napędowy na polskich stacjach kosztuje obecnie, pomijając podatki, więcej niż w dwudziestu innych krajach UE, na przykład Hiszpanii i Luksemburgu.

Z drugiej strony, mimo znacznych obniżek cen, popyt na paliwa w Polsce nie maleje. Rok się jeszcze nie skończył, a Orlen już ogłosił, że po raz pierwszy w historii osiągnął sprzedaż paliw w całej sieci w Polsce, Czechach, Niemczech i na Litwie na poziomie 11 mld litrów. Taki wolumen wystarczyłby na zatankowanie co piątego auta na świecie.

W końcówce grudnia widoczne w ostatnich tygodniach spadki cen paliw w Polsce jeszcze wyhamowały. Benzyna Pb59 kosztowała przed świętami 4,85 zł/l. Za olej napędowy trzeba było płacić średnio 5,12 zł/l, choć w niektórych miejscach, np. w woj. dolnośląskim, i litr diesla zatankować można było taniej niż po 5 zł. Generalnie cena diesla na polskich stacjach jest wyższa niż na początku IV kw. 2018 r. i w ogóle nie odzwierciedla sytuacji na świecie. Przedstawiciele firm paliwowych jak zawsze tłumaczą, że spadki cen na świecie przekładają się na stawki detaliczne z opóźnieniem ze względu na to, że ropą w hurcie handluje się w oparciu o kontrakty długoterminowe z zapisanymi z góry formułami cenowymi, a nie po stawkach na rynku spot.

Rachunki jeszcze spadną

Jakich cen można oczekiwać w 2019 r.? – O ile w najbliższych miesiącach nie dojdzie do jakiejś nieprzewidzianej eskalacji konfliktów militarnych czy załamania sytuacji gospodarczej na świecie, to spodziewam się spadków cen zarówno benzyny, jak i oleju napędowego. Myślę, że ceny Pb95 w okolicach 4,70–4,80 zł są jak najbardziej realne. W grę wchodzą również ceny diesla poniżej 5 zł/l – wyjaśnia Jakub Bogucki, analityk firmy e-Petrol.

W ostatnich dwóch miesiącach doszło do nietypowej sytuacji – olej napędowy jest droższy od benzyny. Do końca sezonu grzewczego trudno się spodziewać odwrócenia tej relacji, ponieważ należy on do tej samej grupy produktów co olej opałowy. – W przypadku tej grupy nie mamy do czynienia z nadprodukcją, jaka jest na rynku benzyny. Dlatego diesel tanieje wolniej – mówi Jakub Bogucki.

Od 1 stycznia w cenie paliw pojawi się nowy składnik – opłata emisyjna wynosząca 10 gr/l. Jednak nie sprawi ona, że z dnia na dzień zaczniemy płacić na stacjach drożej. Dlaczego? Wygląda na to, że obecne w Polsce firmy paliwowe, korzystając z korzystnej koniunktury i zwiększając w ostatnich miesiącach swoje marże, zdążyły już ukryć ten składnik w swoich narzutach.

Z cenami ropy mocno powiązane są ceny gazu ziemnego. Powszechnie wiadomo, że w kontrakcie jamalskim znajduje się formuła uzależniająca ceny błękitnego paliwa od tego, po ile handluje się ropą. Spadki, które obserwujemy ostatnio, mogą zatem zacząć być odczuwalne na rynku gazu już w połowie 2019 r. 

>>> Polecamy: Ropa, populiści i dolar. Zobacz, co w 2019 roku może zagrozić rynkom wschodzącym