Gdy film robi się po myśli rządzących, to zazwyczaj nie da się go oglądać

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
13 stycznia 2019, 10:30
radio telewizor abonament
radio telewizor abonament/ShutterStock
Czasy się zmieniają, a problemy polskich władz z reżyserami wciąż podobne. Jakby się ich nie organizowało, motywowało i opłacało, kiedy zrobią film po myśli rządzących, to nie da się go oglądać, a jeśli na przekór, od razu mają sukces

Wicepremier Piotr Gliński ostrzegał tuż przed sylwestrem: „Nasze rozdrobnione studia filmowe i rozproszone zasoby nie mogą skutecznie konkurować z zagranicznymi producentami, co w świetle przyjętych zachęt dla produkcji audiowizualnej będzie osłabiało ich pozycję konkurencyjną. Kultywowanie tej pozostałości PRL doprowadzi do marginalizacji polskiej produkcji filmowej”. I obiecywał: „Połączenie zasobów w jedną silną instytucję pozwoli na stworzenie profesjonalnego i poważnego partnera dla zagranicznych producentów i wytwórni”. Wedle planu przedstawionego przez ministra Glińskiego polski świat filmu czeka wielka fuzja. Obejmie ona studia filmowe: oraz Wytwórnię Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, a także . Ich miejsce zajmie państwowy moloch o rocznych obrotach w wysokości 100 mln zł. „Dzięki temu powstanie profesjonalny publiczny ośrodek produkcji filmowej, który będzie poważnym partnerem dla realizatorów wysokobudżetowych produkcji europejskich i amerykańskich. Nowa instytucja będzie również wspierać rodzimych i zachodnich producentów, szczególnie młodych twórców” – twierdzi Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w komunikacie dla mediów.

Ambicją ludzi starających się obecnie zawiadywać polską kulturą jest uczynienie z filmu narzędzia służącego promowaniu propaństwowych postaw oraz wygodnej dla obozu władzy wizji przeszłości. Nic nie złamie wiary urzędników, że scentralizowany, państwowy koncern filmowy wszystko zmieni na lepsze. Wreszcie zostaną nakręcone monumentalne, a zarazem wybitne dzieła, satysfakcjonujące rządzących i przyciągające tłumy do kin. To piękne marzenie sprawia, że wszyscy będziemy musieli połknąć tę żabę, być może w smaku jeszcze gorszą od „1920 Bitwa warszawska” Jerzego Hoffmana. W jej przypadku jedynie prawdziwym patriotom udawało się wytrwać do końca seansu. Nowych filmów za pieniądze państwowe, czyli podatników, mogą nie przetrzymać nawet ludzie skorzy do największych poświęceń. Choć ci najstarsi przypomną sobie, że w czasach PRL już taką żabę spożywali.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj