Na niecały miesiąc przed warszawską konferencją poświęconą sprawom Bliskiego Wschodu Stany Zjednoczone jeszcze bardziej zaostrzają kurs wobec Iranu. Pod koniec ubiegłego tygodnia poinformowano o aresztowaniu w USA Marzieh Haszemi, urodzonej w USA prezenterki irańskiej telewizji. Według sądu ma być ona ważnym świadkiem w „śledztwie federalnym”. Według MSZ w Teheranie jest ona nieludzko traktowana, a media irańskie informują, że w areszcie nie pozwolono jej na noszenie hidżabu, do jedzenia podawano jej zaś – zakazaną w islamie – wieprzowinę.

Jak wynika z opublikowanego w sobotę eseju, w związanym ze środowiskiem amerykańskich neokonserwatystów dwumiesięczniku „The National Interest” – po 30 latach od ostatniej bezpośredniej konfrontacji miedzy USA i Iranem – czyli od operacji „Modliszka” w 1988 r. – staczanie się w konflikt między Waszyngtonem a Teheranem jest realnym scenariuszem wojennym na 2019 r.

Porównanie obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie do tamtych wydarzeń zachowuje logikę. Operacja „Modliszka” była atakiem spektakularnym, lecz o niskiej intensywności, wpisanym w szerszy kontekst wojny iracko-irańskiej i amerykańskiego zaangażowania w patrolowanie szlaków komunikacyjnych w Zatoce Perskiej. Po tym jak 14 kwietnia 1988 r. amerykańska fregata rakietowa USS Samuel B. Roberts została uszkodzona przez minę, nurkowie US Navy odkryli, że środkowa część Zatoki Perskiej została zaminowana przez Iran, aby utrudnić transport ropy przez cieśninę Ormuz. Amerykanie zdecydowali się na atak odwetowy.

Uderzono w dwie stare platformy wiertnicze, które służyły jako stanowiska obrony przeciwlotniczej i do walki z okrętami oraz zatopiono – uznawaną wówczas za nowoczesną – fregatę Sahand. Amerykanom w sumie udało się zniszczyć 50 proc. zdolnych do działania zasobów floty irańskiej. Tamta operacja miała charakter „dyscyplinujący”. Chodziło o zmuszenie Iranu do kapitulacji w tzw. wojnie tankowców.

Dziś logika USA wydaje się być podobna. W Waszyngtonie rosną obawy w związku ze wzrostem znaczenia sił, za pomocą których Teheran wzmacnia swoją pozycję w regionie. Chodzi o operującą w rejonie Zatoki Perskiej flotę Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej czy powiązane z Hezbollahem i szkolone przez siły Kuds formacje szyickie w Syrii i Iraku. Według niektórych źródeł ich wyszkolenie i uzbrojenie jest lepsze niż regularna armia średniej wielkości państwa arabskiego. Szyickie organizacje powiązane z Iranem prowadzą np. na terenie Iraku program budowy rakiet balistycznych krótkiego zasięgu, którymi można ostrzeliwać cele w Izraelu i Arabii Saudyjskiej.

Zdolności i ambicje Iranu do ofensywnego działania wykraczają zresztą daleko poza region Bliskiego Wschodu. UE na początku stycznia wpisała departament bezpieczeństwa wewnętrznego irańskiego ministerstwa wywiadu oraz dwóch dyplomatów tego kraju na unijną listę organizacji terrorystycznych. Holandia, Dania i Francja – państwa, które sprzeciwiają się zerwaniu przez USA porozumienia atomowego z Iranem i kwestionują politykę Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie – oskarżyły Teheran o próbę lub przeprowadzenie na ich terenie zamachów terrorystycznych.

Rzecznik irańskiego MSZ Bahram Kasemi decyzję o rozszerzeniu unijnej listy organizacji terrorystycznych uznał za „zaskakującą” i „nielogiczną”.

Mimo pogorszenia relacji UE–Iran szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini nie pojawi się na bliskowschodnim szczycie w Warszawie. Jak podawał „Wall Street Journal” podobną decyzję podejmie co najmniej kilku ministrów spraw zagranicznych państw UE, co osłabi rangę wydarzenia. Na wysokim szczeblu nie pojawi się na pewno przedstawiciel Francji i Luksemburga. Jak przekonują rozmówcy DGP, wciąż nie ma odpowiedzi na pytanie, czy do Warszawy przylecą ministrowie spraw zagranicznych dwóch kluczowych z punktu widzenia polskiej dyplomacji państw: Wielkiej Brytanii i Niemiec.

– Ich nieobecność lub obecność na poziomie niższym niż ministerialny byłaby porażką – komentuje rozmówca DGP. Oba państwa negatywnie oceniają wycofanie się USA z porozumienia atomowego z Iranem, które zostało zawarte w czasie prezydentury Baracka Obamy.

Według rozmówców DGP warszawski szczyt jest przede wszystkim wpisany w kalendarz prac nad wzmocnieniem obecności wojskowej USA w Polsce. Do końca lutego ma powstać raport Pentagonu, który oceni wykonalność zwiększenia obecności wojskowej USA w Polsce. Stanie się on podstawą dalszych prac w Kongresie na ten temat.

Krytycy warszawskiego szczytu zauważają, że z definicji nie ma on szans na sukces frekwencyjny. Przypominają, że prace nad porozumieniem z Oslo, które zawarto w 1993 r. i które zakładało wzajemne uznanie przez Izrael i Organizację Wyzwolenia Palestyny, negocjowano za pośrednictwem norweskiej Fafo Foundation od końca lat 80. Samo Fafo budowało swoją wiarygodność jako pośrednika w sprawach Bliskiego Wschodu przez ponad dekadę. Do tej pory Polska nie aspirowała do roli mediatora w konfliktach w tym rejonie świata.

>>> Czytaj też: Gorąco nad wzgórzami Golan. Nieudany lotniczy nalot Izraela nad Syrię