Średnia pensja „wypłacana do ręki” w przedsiębiorstwach pozwoliła w ubiegłym roku kupić o 189 bochenków półkilogramowego chleba pszenno-żytniego zwykłego więcej niż przed dekadą. Kurczaków mogliśmy nabyć o 109 kg więcej, mięsa wieprzowego bez kości o 87 kg, kiełbasy myśliwskiej suchej o 22 kg, sera dojrzewającego gouda o 47 kg. – Wzrost siły nabywczej płac w przypadku m.in. tych produktów związany był z tym, że ich ceny rosły wolniej niż przeciętne wynagrodzenia. Głównie dlatego, że występuje bardzo ostra konkurencja wśród producentów tych artykułów, co mocno ogranicza wzrost ich cen – twierdzi prof. Krystyna Świetlik z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Inaczej jest w przypadku wołowiny. Jej ceny rosły szybciej niż pensje. Dlatego za przeciętne wynagrodzenie mogliśmy nabyć np. o 7 kg mięsa wołowego z kością (szponder) mniej niż w 2008 r. Tu ceny są silnie związane z rynkiem międzynarodowym (90 proc. produkcji trafia na eksport), na którym wołowina drożała.

Według prof. Świetlik w związku ze spadkiem produkcji w innych krajach rynek międzynarodowy wywindował też ceny masła. Znaczny wzrost cen jaj był spowodowany zmianą sposobu chowu kur oraz niedawnego skażenia jaj w Holandii, potentata w ich produkcji. Dlatego w ubiegłym roku mogliśmy kupić o 70 kostek 200 g masła mniej niż przed dekadą, oraz o 498 sztuk mniej jajek.

– Spadek siły nabywczej płac w odniesieniu do parówek, salcesonu czy kaszanki związany jest ze zdecydowaną poprawą ich jakości. Bo w ślad za nią gwałtownie wzrósł popyt na te wyroby, co spowodowało wzrost ich cen – uważa prof. Świetlik.

Mniej mogliśmy kupić też ziemniaków (o 30 kg). W latach 2008–2018 ich krajowa produkcja spadła o jedną czwartą. Równocześnie poprawiła się ich jakość. Wzrósł także import (np. młodych zimą), co ma wpływ na średnią cenę tych warzyw w całym roku.