Z Warszawy do Aten droga daleka. Polskie finanse publiczne są znacznie zdrowsze

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
12 maja 2019, 20:22
Gdyby Polska miała tak wysokie daniny publiczne jak Niemcy, to starczyłoby nam co najmniej na dwie piątki Kaczyńskiego

Scenariusz grecki” to od kilku lat ulubiony straszak polskich komentatorów i polityków opozycji, który ma nas przekonać, że działania rządzących doprowadzą do gospodarczej katastrofy. Ostatnią okazją do sięgnięcia po to narzędzie i wieszczenia nadejścia kryzysu stało się ogłoszenie wartej ok. 40 mld zł piątki Kaczyńskiego. Marek Belka w niedawnej rozmowie z Onetem stwierdził np., że „możemy mieć problemy typu Grecja light”. Jeszcze dalej poszedł Leszek Balcerowicz, ogłaszając w programie „Kropka nad i”, że już „w tej chwili jesteśmy na drodze, która może prowadzić do scenariusza greckiego”. Przed 2015 r. podobnej retoryki używali zresztą także politycy PiS, żeby wykazać zgubne – ich zdaniem – skutki polityki ówczesnej władzy.

Ci, którzy chętnie sięgają po przykład Grecji, aby prognozować poważne problemy Polski, nie tylko pomijają ogromne różnice między tymi gospodarkami, lecz także skrajnie upraszczają czynniki wywołujące kryzysy. A konkretnie sprowadzają je do jednego wskaźnika – długu publicznego. Tymczasem ani nie stanowi on głównej przyczyny kryzysu w Helladzie, ani kryzysów w ogóle. Wręcz przeciwnie, jest przede wszystkim ich skutkiem. Co więcej, cięcia wydatków publicznych w okresie załamania gospodarczego mogą nawet pogłębić jego konsekwencje. „Gdyby polityczni decydenci potrafili rozróżniać powody występowania deficytów budżetowych, stałoby się jasne, że zalecenie polityki oszczędzania było pozbawione sensu” – napisała na stronie Flassbeck Economics niemiecka ekonomistka Friederike Spiecker, podsumowując ostatnią recesję w strefie euro.

>>> Czytaj też: Cały naród płaci na piątkę Kaczyńskiego

Jeszcze w 2006 r. Grecja pod względem PKB na głowę mieszkańca (według parytetu siły nabywczej) plasowała się na poziomie 96 proc. średniej UE. Od tego czasu notowała jednak regularne spadki, by w 2017 r. osiągnąć zaledwie 67 proc., a więc mniej niż Polska i Węgry. Recesja gospodarcza upływała na Peloponezie pod znakiem gigantycznych problemów budżetowych. Przed formalnym ogłoszeniem bankructwa rząd w Atenach uchronił się tylko dzięki kilku pakietom pomocowym, które zapewniły mu płynność i rozłożenie spłaty pożyczek na lata.

Nawet gdyby rzeczywiście to dług publiczny był głównym czynnikiem, który pogrążył Grecję, i tak trudno porównywać ją pod tym względem z naszym krajem. Już na przełomie millenniów zadłużenie rządu w Atenach sięgało 105 proc. PKB, a od 2009 r. zaczęło błyskawicznie rosnąć. W 2011 r. wyniosło 172 proc. PKB, a w ubiegłym roku – 181 proc. Podczas kryzysu dług publiczny niemal podwoił się w stosunku do dochodów, pomimo pakietów pomocowych liczonych w setkach miliardów euro. Były grecki minister finansów Janis Warufakis prognozuje, że zadłużenie może tam osiągnąć nawet 230 proc. PKB, jeśli wzrost gospodarczy udaremni kolejna globalna recesja.

Sytuacja polskich finansów publicznych jest diametralnie inna.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP  

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj