8 maja 2019 roku w RPA odbyły się szóste od odzyskania wolności wybory do parlamentu, a zarazem do dziewięciu parlamentów prowincjonalnych. Zgodnie z oczekiwaniami wygrał je, rządzący krajem od 25 lat, Afrykański Kongres Narodowy (ANC). Partia, z której wywodził się pierwszy czarny prezydent RPA Nelson Mandela, utrzymała się przy władzy pomimo rosnącego społecznego niezadowolenia. Kontrowersje dotyczyły głównie luksusowego stylu życia byłego prezydenta RPA Jacoba Zumy oraz wielu skandali korupcyjnych, które osłabiły wizerunek partii jako „narodowej” i „afrykańskiej”.

Spodziewane zwycięstwo

Jak na standardy południowoafrykańskie, gdzie wybory cieszyły się zawsze ogromną frekwencją (w roku 1999 – aż 89 procent uprawnionych!), a do lokali wyborczych ustawiają się tradycyjnie olbrzymie kolejki, 66-procentowy wskaźnik udziału w wyborach 2019 musi dać do myślenia. Wyborcy, rozczarowani polityką i politykami, tym razem zostali w domach.
ANC zgromadziło 58 procent głosów - o 4% mniej niż w wyborach roku 2014. Poparcie dla ugrupowania po raz pierwszy w historii RPA spadło poniżej poziomu 60%, a wybory z 2009 roku, w których ANC zyskało 70% poparcia to przeszłość, która nie wróci. W kluczowej prowincji Guateng, (w której położone są centra finansowo- ekonomiczne Pretoria oraz Johannesburg) ANC wygrał tylko nieznaczną ilością głosów.

Głowna opozycja, centrowy Democratic Alliance (Alians Demokratyczny) z wynikiem 21 % także zanotował straty w porównaniu do wyborów roku 2014. Jednak utrzymała się przy władzy w prowincji Western Cape.

ERDMAN: CIĄŻY NA NAS ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA LOSY PRZYSZŁYCH POKOLEŃ

Faktyczni wygrani wyborów

Kto zyskał najwięcej na zeszłotygodniowych wyborach? Dwie partie leżące po przeciwnych stronach południowoafrykańskiej sceny politycznej – Freedom Front Plus oraz Economic Freedom Fighters.

Freedom Front Plus to partia broniąca interesów Afrykanerów – Burów, białych potomków holenderskich i niemieckich osadników, którzy w XVII w. przybyli na południe kontynentu afrykańskiego i stworzyli tam podwaliny nowoczesnego państwa. Partia zyskała 6 dodatkowych mandatów i wprowadziła do parlamentu 10 posłów. Biali Kalwini dążą do decentralizacji państwa i przyznania większych uprawnień samorządom. W sytuacji mnożących się napadów na farmy, których właścicielami są właśnie Burowie, a prezydent Ramaphosa zaczyna oficjalnie mówić o odbieraniu ziemi białym właścicielom, konsolidacja Burów jest całkowicie zrozumiała.

Sukces gniewnych ludzi

Po drugiej stronie sceny politycznej znajduje się lewicowe Economic Freedom Fighters (Partia Bojowników o Wolność Ekonomiczną) - populistyczne ugrupowanie, któremu przewodzi Julius Malema.

Dekadę temu, w nadmorskim barze w Kapsztadzie mój południowoafrykański przyjaciel Peter, biały Afrykaner, wskazał na bliżej mi nieznanego czarnego polityka przemawiającego do tłumu i powiedział do mnie: – To Julius Malema. Zapamiętaj to nazwisko, będzie o nim głośno. On namawia do zabijania białych. Od tamtego popołudnia Malema przeszedł daleką drogę i nic nie wskazuje na to, że osiągnął jej kres.

Malema był przywódcą ANC Youth League, młodzieżowej przybudówki Afrykańskiego Kongresu Narodowego. Jest znany ze swoich kontrowersyjnych zachowań i wypowiedzi. Nosi paramilitarny czerwony beret, a przemawiając - wymachuje pięścią. Publicznie śpiewał pieśń „Kill the Boer” – zuluską pieśń oporu z czasów apartheidu wzywającą do zabijania białych farmerów. Dodajmy do tego fakt, że Malema głośno żąda odebrania ziemi białym i oddania jej czarnym Afrykanom.

W roku 2013 grupa buntowników oderwała się od partii - matki ANC i zawiązała własna organizację. Mało kto brał tą rewoltę na poważnie. Osiem miesięcy później nikt już nie żartował z młodych gniewnych. W wyborach 2014 roku w powszechnym głosowaniu nowa partia niespodziewanie zdobyła 6% głosów i wprowadziła do parlamentu 29 posłów. Economic Freedom Figters (Ruch Bojowników o Wolność Gospodarczą) stał się trzecia siłą polityczną na południowoafrykańskiej scenie politycznej. W minioną środę ruch Malemy uzyskał 11 % oddanych głosów i będzie stanowił główną partię opozycyjną w trzech południowoafrykańskich prowincjach (Limpopo, Mpumalanga oraz Prowincji Północno- Zachodniej).

Jaka przyszłość przed afrykańską polityką?

Afrykański Kongres Narodowy to partia łączona z upadkiem apartheidu i afrykańskim bohaterem narodowym Mandelą. Jednak od pierwszych wolnych wyborów w roku 1994 przeszła głęboką transformację. Nie ma już Madiby (jak Mandelę zwali jego poplecznicy), a za władzami ANC ciągną się oskarżenia o korupcję i nepotyzm. Oczywiście kongres może liczyć na swój żelazny elektorat – starszych Afrykanów pamiętających segregację rasową i wielki sukces, jakim było przejęcie władzy ćwierć wieku temu. Jednak młodzi, urodzeni w wolnym kraju, już tego nie pamiętają. Ich problemem jest brak pracy i perspektyw. Główna partia opozycyjna, Democratic Alliance, także zatrzymała się w sondażach. Popierana przez mniejszości – białych, kolorowych (tzw. mixed race) i Hindusów nie jest w stanie przekonać do swoich racji czarnego elektoratu. Łatwo było atakować byłego prezydenta Jacoba Zumę i zarzucać mu korupcję. Jednak aktualna głowa państwa, Cyril Ramaphosa jest szanowany zarówno przez biznes, jak i klasę średnią – główny elektorat opozycji.

Trzecia siła polityczna - Economic Freedom Fighters – chce zabierać białym i dawać czarnym. Malema głośno mówi, że mimo 25 lat wolności większość czarnych dalej żyje w biedzie, podczas gdy biali, przegrani dawni właściciel Afryki, pławią się w bogactwie. Ludzie go słuchają.

Nowy rząd południowoafrykański stoi przed trudnym zadaniem unormowania kulejącej ekonomii i załagodzenia napięć społecznych. Czy znajdzie na to skuteczną receptę?

>>> Czytaj też: Iran potwierdza: Rozpoczęło się częściowe unieważnianie porozumienia nuklearnego