Przeczytałam w drukowanym w paryskiej „Kulturze” dzienniku Tomasza Jastruna, że śnił mu się biały ser, którego nie widział w sklepach od miesiąca. Potem ktoś mi dał spis zakupów z przedwyborczej soboty i tam jest wynotowany biały ser. Za 133 zł. Kogoś inny mówił: „Biały ser był zawsze, bez przesady”. A potem znów gdzieś znalazłam, że jednak nie było tego twarogu. To jest nie do odtworzenia. Były wielkie kłopoty z zaopatrzeniem, w ogóle z codziennością. Jastrun pisze w którymś momencie, że jego marzeniem jest pójść do restauracji i zostać tam przyzwoicie potraktowanym.
Z ciekawości. Ci, którzy głosowali na „Solidarność” już zostali opisani. Co roku mają miejsce obchody rocznicy wyborów, a ja często spotykam ludzi, którzy mówią, że nie pamiętają tego dnia. Kiedy zbierałam materiały do poprzednich książek, ludzie pytali, kiedy według mnie skończyła się komuna. To był pierwszy impuls. Potem zdałam sobie sprawę z tego, że jest taki rodzaj wiedzy, którą się ma, ale o której się nie myśli. Zawsze mówi się o tych wyborach, że „Solidarność” wygrała, że zmiażdżyła partię. Rzeczywiście: zmiażdżyła, ale tylko na tyle, na ile mogła. Mogła mieć 35 proc. i w ramach tych 35 proc. wzięła wszystko, co było do wzięcia, chociaż miała konkurencję: o same mandaty ubiegali się tzw. kandydaci niezależni, na te listy partia wciskała swoich niepartyjnych zwolenników. Na przykład w Warszawie Jerzy Urban konkurował z Andrzejem Łapickim. Z tej puli „Solidarność” wzięła wszystko, partia natomiast w pierwszej turze prawie nic – do Sejmu weszło zaledwie kilka osób z koalicji rządowej, do Senatu, gdzie wybory były wolne – nikt.
Ale, co podaje Robert Krasowski w książce „Po południu”, gdyby była inna ordynacja, wynik wyborów do Sejmu byłby bliższy remis. Komitet Obywatelski „Solidarność” wpadł na wspaniały pomysł: jeden kandydat – jeden mandat. A partia nagle poczuła zew wolności i na każde miejsce kandydowało nawet kilkanaście osób. Jakby nie zrozumiała tej ordynacji, stała się wobec niej zupełnie bezradna. Głosy się rozproszyły. Również dlatego, a nie tylko dlatego, że Polacy nienawidzili partii, PZPR poniosła tak sromotną klęskę. Swoją drogą, na listę krajową, która jest symbolem tej porażki – miała, dzięki umieszczeniu na niej liderów ówczesnej władzy zabezpieczyć interesy PZPR w przyszłym Sejmie, a przepadła prawie w całości – otóż na tę listę głosowało jednak ok. ośmiu milionów ludzi, 47 proc. uprawnionych.
W niektórych województwach na zachodniej ścianie ponad połowa. To mnie zaciekawiło. No i, jak podają historycy, w 1988 roku czynnie działało w opozycji kilkanaście, może 30 tys. osób.
>>> Czytaj też: Zarobki w Polsce na tle państw OECD. Jak zmieniały się nasze pensje od lat 90.? [#30LatWolności]
Oni byli bohaterami. Siedzieli przecież za sprawę w więzieniach, a potem dalej działali, narażali się bez żadnej pewności, że to kiedykolwiek przyniesie skutki. Ale, to często powtarza się w opowieściach działaczy podziemia, może i mieli moralne wsparcie, ale gdy trzeba było przechować bibułę albo udostępnić domowy telefon do kontaktów z zagranicznymi dziennikarzami, nie było kolejek chętnych. To oczywiście zmieniło się w czasie kampanii 1989 roku – wtedy ludzie spontanicznie wspierali Komitety Obywatelskie: starsze panie przekazywały zaskórniaki, młodzież lepiła plakaty. Nie było tak, jak lubimy sobie wyobrażać, że Polacy masowo zebrali się i zwalczyli komunę.
Oczywiście to jest piękny mit, ale jak to bywa z mitami, podkolorowany. Polacy w większości nie znosili komuny, ale niekoniecznie rwali się do walki. A okazuje się, że byli też tacy, którzy bali się zmian. Nie oczekiwali rewolucji. Niektórym żyło się dosyć wygodnie, nawet nie każdy marzył o tym, żeby jeździć na Zachód. Mało kto wiedział, jak tam jest, poza tym, że są pełne półki. Nawet jeśli ludzie byli zmęczeni, upokorzeni – bo to był bardzo upokarzający system, bez porównania do dzisiejszego – to potrafili się w nim poruszać.
Wydaje mi się, że po 30 latach nie musimy udawać, że byliśmy herosami.
>>> W epoce realnego socjalizmu nie było bezdomnych i bezrobotnych - przynajmniej według oficjalnych danych, ale na mieszkanie, na które podobno było stać każdego, czekało się latami. Dziś własne M można kupić bez większego problemu. Z tym, że nie każdego na to stać - więcej o drodze do własnego M przeczytasz TUTAJ.
To chyba dobry moment. Nie chodzi mi o to, żeby odbierać zasługi bohaterom – one były ogromne. Tym większe, że byli w mniejszości. Ale nie chcę też oceniać większości. Kiedy dziś pracujemy w korporacji, mamy tam szefa i ten szef nam daje głupie polecenia, a kolega z biurka obok donosi, kiedy i na jak długo idziemy na obiad, to jakoś się w tym odnajdujemy. Choćby dlatego, że mamy kredyt.
Wtedy też ludzie uważali, że muszą. W dorosłość weszło pokolenie, które nie znało innej rzeczywistości. Oczywiście ona doskwierała, dlatego ludzie protestowali – strajkowano także w 1988 r., ale to nie był masowy ruch na miarę „Solidarności” z 1980 roku. Większość z tych strajków, choć – podkreślam – nie wszystkie, miała charakter płacowy, nie wolnościowy.
Dokumentalistka Aleksandra Domańska, od której wspomnienia zaczyna się książka, mówi, że wejście w niepodległość miało pastelowy ton. Myślę, że tak właśnie było. Że nie było takiej wielkiej euforii, która bez wątpienia panowała w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku.
Nie lubię uogólnień. Od początku wiedziałam, że chcę pokazać różnorodność postaw, bo to wydaje mi się ciekawe. Radość zwycięzców i bezradność przegranych jest już dobrze opisana. Oczywiście, ja też przypominam anegdoty z komisji wyborczych, emocje przy liczeniu głosów, kolejki do głosowania, bo to wszystko było. Wzruszył mnie entuzjastyczny opis głosowania, który znalazłam w jednym z dzienników zgromadzonych w archiwum „Karty”. Ktoś z Żagania opisuje głosowanie niemal minuta po minucie – w co się ubrał, co myślał, że gotów był nucić „Boże coś Polskę”. Takie emocje, jak się okazuje, były też przy zachodniej granicy, gdzie partia miała najwyższe poparcie.
Też mi to ktoś opowiedział. Miałam rozmówcę z jednego małego miasta w Sudetach, które po transformacji praktycznie padło i które bardzo chciałam odwiedzić. I ten człowiek powiedział, że nie, ludzie nie chcą tego pamiętać i nie pomoże mi. W książce staram się pokazać jakiś środek, nie ma w niej najbardziej pokrzywdzonych i nie ma wielkich beneficjentów.
Układając trasę miejsc, które chcę odwiedzić, wiedziałam, że chcę zacząć od ściany wschodniej, a skończyć na zachodniej. Zależało mi na różnorodności, stąd jest oczywiście sporo wspomnień działaczy „Solidarności”, choć raczej tych z drugiego czy trzeciego planu, a nie najważniejszych sztabowców, ale jest też festiwal piosenki radzieckiej w Zielonej Górze, który zaczął się tuż po wyborach. W dniu wyborów trwały próby w amfiteatrze. Pamiętam, jak w „Przekroju” znalazłam kalendarium na rok 1989 – wypisane wszystko, co się ma wydarzyć, no i w tym: „5 czerwca – Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze”. Zaraz wyobraziłam sobie niesamowite spięcie, które – jak sądziłam – musiało temu towarzyszyć.
Długo myślałam, że wszyscy ludzie żyli tymi wyborami, a to jest dowód na to, że tak wcale nie było. Stamtąd pochodzi cenna uwaga jednego z moich rozmówców: „Pani myśli z perspektywy Warszawy”. Ta najlepiej znana historia „Solidarności” jest opowiadana z perspektywy Warszawy, Wrocławia i Gdańska.
Może raczej opowieść zwycięzców, przy której inne doświadczenia zbladły.
Bo za komuny narzekali na zgraję przydziałowców, ale przynajmniej wiedzieli, gdzie iść po te przydziały, a tu nagle – muszą sobie radzić sami i to w kraju, który oduczał samodzielności przez wiele lat.
Ta słynna przedsiębiorczość dotyczy kilku milionów Polaków, ale nie wszystkich. Oczywiście, Polacy mieli niesamowite strategie przetrwania w PRL – w tej sprawie zawsze odsyłam do arcyciekawej książki profesora Jerzego Kochanowskiego „Tylnymi drzwiami. Czarny rynek w Polsce lat 1944-1989”. Od lat 70., kiedy dość swobodnie mogli podróżować po demoludach, opracowali całe szlaki handlowe – tu dobrze szły kryształy, stamtąd przywożono krem nivea. Od stycznia 1989 roku można było mieć paszport w domu, a do Berlina Zachodniego jeździć bez wiz. Władze w Berlinie Zachodnim zastanawiały się, co zrobić, żeby Polacy przestali przyjeżdżać. Na bazarze w Wiedniu każdy mówił trochę po polsku.
To wszystko jest fascynujące, ale mnie bardziej interesują te kompletnie nie malownicze sytuacje, kiedy w niedużym mieście ktoś ma szwagra proboszcza, brata sekretarza partii albo w ogóle nie zna nikogo ważnego, tylko jakoś organizuje sobie życie. Takich ludzi było, jak sądzę, najwięcej. Mogli nienawidzić komuny i dlatego zagłosowali przeciw, ale nienawidzili jej za brak zaopatrzenia, w jakimś stopniu za również za brak wolności, za „Ruskich”, czyli ZSRR, ale potem okazało się, że trzeba sobie radzić samemu i to po prostu było trudne. I z tego wynikło to szybkie rozczarowanie, bo na to nikt nie był przygotowany.
Ktoś powiedział takie zdanie, że ludzie zagłosowali na „Solidarność”, bo sądzili, że dobrobyt spadnie na balkon. No, ale nie spadł. Dziś żyjemy nieporównywalnie lepiej. Oczywiście jest mnóstwo sytuacji upokarzających, które są na szczęście coraz częściej opisywane, natomiast codzienności nie można w ogóle porównywać. Dokonała się totalna zmiana ekonomiczna, technologiczna, wreszcie – pokoleniowa. Ciągle się dziwię, gdy okazuje się, że ludzie urodzeni po 1989 roku są od dawna dorośli, ale to oni pokazują nam rysy na tym dobrobycie. Nie są związani z mitem osobiście, przyglądają się transformacji jak moje pokolenie powiedzmy latom 60.
Czekaniu na przelew?
Nie jestem właściwą osobą do pytania o diagnozę współczesności, ja piszę o tym schyłku lat 80.
Zostawiam to czytelnikom. Ja nie mam publicystycznych pokus, bo bardziej niż uogólnienia ciekawią mnie niuanse. Jedno, co mogę powiedzieć, to że byłabym bardzo ostrożna w zestawianiu tamtego czasu z dzisiaj jeden do jednego. Ściślej – nie odważyłabym się.
Dębica to raj dla poszukiwaczki niejednoznaczności. Byłam tam kilka razy, rozmawiałam z wieloma ludźmi i ciągle mnie coś zaskakiwało. Igloopol też. Byłam przekonana, że skoro prezesowi zdarzało się publicznie kopać swoich pracowników, to musieli go nie znosić. Nie usłyszałam o nim złego słowa! Wszyscy mówili, że wprawdzie raptus, ale wielkiego serca, pomagał emerytom, zbudował osiedle. Przy Okrągłym Stole politycy „Solidarności” podnieśli sprawę Igloopolu. Mówili, że nie mogą istnieć tego rodzaju latyfundia, ale jednocześnie przyznawali, że prezes jest człowiekiem wielkiego formatu. Mówiłam już, że znoszę uogólnień, bo zawsze szukam jakiegoś „ale”. Ale właśnie uogólniając, jeśli chcesz analogii do dzisiejszej codzienności, do sytuacji politycznej…
Wyobrażam, że ludzie w Polsce chcieliby żyć jak w Dębicy lat 80., gdzie była praca, względny dobrobyt i lokalny przywódca, który wprawdzie miejskich funkcji żadnych nie pełnił, ale wpływy w centrali pozwalały mu na realizację śmiałych przedsięwzięć. Musieli wprawdzie jakoś sobie radzić, handlować oponami, kombinować jak wszyscy w PRL, ale byli do tego przyzwyczajeni. A mieli nowe osiedle i nienajgorsze zaopatrzenie.
Być może dzisiaj ludzie by się zbuntowali przeciw mobbingowi. Trzeba pamiętać, że to co się też zmieniło – nawet jeśli nie wszystko i nawet jeśli to jest ciągle proces – to są to pewne standardy traktowania ludzi, poprawności politycznej…
Tak. To jest przepaść. Choć – żeby pozostać przy niejednoznacznościach – dziś o prezesie wszyscy mówią dobrze. Ale, gdy w 1989 roku kandydował na senatora, przegrał nawet w swoim mieście.
Mówisz o historii pani z Białogardu i kasetach wideo. Zaczęła rozkręcać umiarkowanie duży biznes…
Wtedy wszystko było trochę nielegalne. Nikt się nie dziwił. Dopiero w połowie lat 90. weszło prawo autorskie.
Tak, a przy tym to jest taka historia, których chyba było najwięcej: historia względnego dorobienia się po transformacji. Nie do poziomu fortuny, tylko do poziomu, w którym nie możesz zbudować imperium ani nawet po prostu domu, tylko zamówić Mikołaja na święta. A potem się wszystko rozpada – z różnych powodów. Oczywiście, liberalny ekonomista powiedziałby, że ta kobieta wzięła sprawy w swoje ręce i sobie nie poradziła. A to jest po prostu miliard różnych okoliczności, z powodu których sobie z tym nie poradziła. Do świata biznesu wchodzili przecież ludzie, którzy nie mieli żadnego doświadczenia.
Myślę, że ważną przyczyną nadejścia tego szoku – tych przyczyn jest zresztą bardzo dużo na poziomie ekonomicznym, ludzkim itp. – było odcięcie Polski od świata, oddzielenie nas żelazną kurtyną. Zachód był mityczny i nikt nie potrafił go obsługiwać. Jeden z moich rozmówców z poprzedniej książki – bardzo światły człowiek – opowiadał, że kiedy po raz pierwszy pojechał w latach 70. do Francji, usiadł w kawiarni z gazetą. To była gruba gazeta: analizy społeczne, różne ciekawe teksty, w których wszyscy narzekają na kapitalizm… On nie mógł się nadziwić – dookoła śmigają samochody, ludzie dobrze ubrani, piją kawę… O co im chodzi? Przecież wszystko hula! To przez tę naszą biedę i zacofanie wydawało się, że kolorowe rzeczy z Niemiec były dobre…
Tak. I dlatego daliśmy się potem trochę nabrać. My wszyscy. My – elity, my – zwykli ludzie, my –początkujący przedsiębiorcy.
Tak, ta mityczna normalność. Nikt jej nie znał, ale każdy próbował sobie ją wyobrażać po swojemu, a kiedy przyszła, zrobiło się jeszcze trudniej.
Kto wie, może dlatego właśnie ten 4 czerwca się nie ostał w pamięci? Nie tylko dlatego, że wydarzył się w sekwencji przełomowych wydarzeń dziejących się niemal dzień po dniu, ale też dlatego, że przyniósł wprawdzie wolność, ale też trudności.
Kompromis był później. To, czego nie wiedziałam i mało kto o tym pamięta, to fakt, że przed wyborami, w 1989 roku, trafił do PRL-owskiego Sejmu bardzo ostry projekt ustawy antyaborcyjnej. Projekt był napisany przez ekspertów Episkopatu, wprowadzili go do Sejmu posłowie Polskiego Związku Katolicko-Społecznego, czyli tzw. świeccy katolicy. Dotarł aż do komisji zdrowia. Dalej nie był procedowany, bo skończyła się kadencja. Towarzyszyły temu protesty na ulicach, ale w kampanii ten temat w ogóle się nie przebił. Dla obu stron był niewygodny, bo nikt nie chciał narażać się Kościołowi. Kościół walczył o uchylenie dopuszczalności przerywania ciąży od 1956 roku, odkąd było ono.
Tak. Ale jednocześnie właśnie Kościół pomógł wygrać „Solidarności” wybory. Polacy, którzy nienawidzili komuny mieli, w Kościele wsparcie.
Sprawa tej ustawy pokazuje, że niezależnie od ustroju kobiety zawsze były lekceważone. Można było sobie pograć ich prawami. Podobno w Komitecie Centralnym o projekcie tej ustawy mówiono: „Dobra, puścimy to teraz, potem się zobaczy”. „Solidarność” unikała tego tematu w kampanii. W nowej kadencji sprawa wróciła już w październiku. W 1993 roku uchwalono ten tak zwany kompromis.
Do którego furtkę uchyliła jeszcze PZPR.
Świat nie jest czarno-biały. Wszystko się zmieniło, ale ludzie nie.
>>> Czytaj też: Dzietność w Polsce wczoraj i dziś. Czy uda się wrócić do demograficznego boomu? [#30LatWolności]
4 czerwca 1989 r. odbyły się w Polsce pierwsze po II wojnie światowej częściowo wolne wybory. Zapoczątkowały one proces przemian politycznych, który doprowadził do zmiany ustroju. W tym roku mija 30 lat od tego wydarzenia. #30LatWolności to cykl, w którym chcemy pokazać, jak na przestrzeni tych lat zmieniała się Polska. Pokażemy m.in. jaką transformację przeszły miejsca, w których żyjemy, jak zmieniało się prawo czy gospodarka. Wreszcie, jak zmieniliśmy się my sami.
