Ekonomia w służbie polityków. Dlaczego przyznajemy im rację?

Ten tekst przeczytasz w 6 minut
22 czerwca 2019, 09:38
Perswazja
psychologia/ShutterStock
Politycy od zawsze uważają, że wiedzą, co dla nas dobre. Dzisiaj nauka wyposaża ich w narzędzia sprawiające, że – chcąc nie chcąc – przyznajemy im rację. Właśnie: „Chcąc nie chcąc”.

Niemcy mają problem. Od 2012 r. spada liczba dawców organów do przeszczepów, a rośnie kolejka oczekujących na przeszczepy. W zeszłym roku przeprowadzono tylko niespełna tysiąc takich operacji – o 2 tys. za mało, bo tyle właśnie osób zmarło, nie doczekawszy dawcy.

Niemiecki minister zdrowia Jens Spahn ma jednak pomysł, jak temu zaradzić. Chce . Obecnie, aby pobrać czyjeś organy do przeszczepu, konieczna jest zgoda tej osoby wyrażona w oświadczeniu. Spahn chce, by prawo zgodę domniemywało, tzn. by każdy, kto nie wyrazi wprost sprzeciwu, był . Takie rozwiązania stosuje się w m.in. w Polsce, Austrii czy Francji. Tam, gdzie się je stosuje, potencjalnym dawcą jest np. każde 9 na 10 osób ginących w wypadkach. Tam, gdzie się go nie stosuje – maksymalnie 3 na 10. W Niemczech – 1.

Jeśli Spahnowi się powiedzie, dwaj amerykańscy , Richard Thaler i Cass Sunstein, będą mogli ogłosić kolejne praktyczne zwycięstwo teorii, którą wspólnie sformułowali i za którą pierwszy z nich został w 2017 r. uhonorowany. Oto na bazie ustaleń , a więc , stworzyli oni „” („nudge theory”), która pokazuje, jak wpływać na ludzi, by podejmowali decyzje lepsze, zarówno dla siebie, jak i dla społeczeństwa. Lepsze od czego? Od decyzji, które podjęliby spontanicznie. Ludzki umysł jest niedoskonały, popełnia błędy, z łatwością popada w złudzenia, ignoruje logikę i przywiązuje się do tego, co wygodne, a nie do tego, co dobre. Thaler i Sunstein dali politykom narzędzie, by te niedoskonałości prostować za pomocą szturchania, a więc poprzez tworzenie lepszej „architektury wyboru”. Dawstwo narządów jest tu idealną ilustracją: Spahn nie odbiera obywatelom wolności wyboru w tej kwestii, tyle że o ile dotychczas to zgoda na przekazanie organów wymagała aktywnego działania (podpisania deklaracji), o tyle według jego koncepcji wymagać go będzie niezgoda.

Już 136 państw świata stosuje rozwiązania tego rodzaju. Istnieje aż 60 ośrodków wyspecjalizowanych w ich opracowywaniu, z pionierskimi w USA i w Anglii na czele. Moda na „szturchanie” dotarła też do Polski. W najnowszym raporcie Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Prościej, taniej i skuteczniej, czyli jak ekonomia behawioralna wspiera polityki publiczne w Polsce” czytamy, że aż 50 proc. komórek organizacyjnych w badanych urzędach centralnych stosuje rozwiązania nawiązujące do wiedzy behawioralnej. Wszyscy więc jesteśmy przez państwo poszturchiwani, od dawna i nie tylko w kwestii dawstwa organów! Jak się z tym czujecie? Dobrze? Zbytni entuzjazm może być niewskazany.

Nie takie wzniosłe intencje

Na pierwszy rzut oka nie ma w tym niczego złego. Przeciwnie – poszturchiwanie jako polityka publiczna wydaje się prawdziwym błogosławieństwem. Opiera się na trafnej diagnozie działania ludzkiego umysłu, pozostawia ludziom wolność (dlatego nazywa się je „”) i dodatkowo bywa skuteczniejsze niż tradycyjne metody wpływania na obywatelsko-konsumenckie decyzje – regulacje (zakazy/nakazy) czy nakładanie kosztów (podatki) bądź subsydia. Badania przeprowadzone w USA pokazały, że w kwestii zachęcania ludzi do może być nawet do 80 razy skuteczniejsze. To naprawdę imponujące.

Przede wszystkim jednak poszturchiwanie jest tak wspaniałe, bo ma. Ma sprawić, że będziemy zdrowsi, mądrzejsi, bogatsi, a nawet szczęśliwsi. „Impuls. Jak podejmować właściwe decyzje dotyczące zdrowia, dobrobytu i szczęścia” – brzmi tytuł klasycznej już książki Richarda Thalera. A zatem, jeśli wziąć to wszystko za dobrą monetę, politycy nie tylko naprawdę wiedzą, co dla nas dobre, ale nawet potrafią sprawić, żebyśmy się z nimi zgadzali. I to dobrowolnie. A nawet przy świadomości, że architektura naszych wyborów celowo jest przez nich tak kształtowana, byśmy tańczyli, jak nam zagrają. Istnieją bowiem badania pokazujące, że poszturchiwanie wpływa w podobnym stopniu na ludzi świadomych, że są mu poddawani, jak i tego nieświadomych, a to zdaniem apologetów takich programów oznacza, że nie mają one nic wspólnego z manipulacją. Są etyczne i właściwie – jeśli są dobrze zrealizowane i poparte wcześniej odpowiednimi badaniami – trudno im cokolwiek zarzucić.

I rzeczywiście istnieją rodzaje poszturchiwania, do których ciężko się przyczepić. Sięgnijmy raz jeszcze do raportu PIE. Okazuje się, że polska administracja korzysta głównie z techniki zwanej „uproszczeniami”, czyli ze „zmniejszania lub usuwania obciążeń poznawczych, takich jak nadmiar informacji, zbyt , konieczność realizowania kilku czynności w jednym czasie, łączenia informacji z różnych źródeł”. Do tego rodzaju rozwiązań należy np. serwis obywatel.gov.pl czy internetowy Profil Zaufany, pozwalający na . Fakt, że pisma z urzędów coraz częściej pisane są do nas „ludzkim językiem”, to także ich owoc. Na Uniwersytecie Wrocławskim funkcjonuje nawet Pracownia Prostej Polszczyzny, ustalająca wytyczne dla urzędników dotyczące czytelności i przejrzystości biurokratycznego języka. Brzmi to banalnie, jak na ten rzekomo nowy i wysublimowany rodzaj polityki? Cóż, idea, by państwo nadawało do obywatela , jest banalna i gdyby nie wpisano jej w podręcznik ekonomii behawioralnej, nazywałaby się po prostu zdrowym rozsądkiem.

Ale poszturchiwanie ma także inne, mniej trywialne – ale bardziej problematyczne i niebezpieczne – oblicza. Raport PIE wymienia wśród nich m.in. ramowanie, czyli prezentowanie informacji w sposób, który ułatwia pożądane decyzje (uczciwe płacenie podatków finansuje szkołę twojego dziecka); odwoływanie się do , czyli uwypuklanie zachowań innych tak, by grupa docelowa działała podobnie (wszyscy segregują śmieci, a ty?); ustawienia domyślne, czyli określenie wyjściowej sytuacji obywatela, którą może zmienić aktywnym wyborem (jak z przeszczepami); przybliżanie konsekwencji działań (Oszczędzaj energię! Twój czajnik elektryczny kosztuje Cię 70 zł rocznie!); czy projektowanie, czyli ograniczanie błędów wynikających z automatycznych zachowań (np. specjalne oznakowanie torów pokazujące odległość od pociągu). 

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj