Schowany wśród średniowiecznych murów Dubrownika sklep ze skórzanymi torbami Mary Pezo jest doskonale przygotowany na napływ tysięcy turystów, którzy przybywają tu każdego dnia. Wszystko, czego potrzebuje dziś Mara Pezo, to euro.

Chorwacja – najmłodszy członek Unii Europejskiej – chce jak najszybciej wejść do tzw. korytarza ERM2, zwanego przedsionkiem i swoistą poczekalnią przed wstąpieniem do strefy euro. Zagrzeb liczy, że uda się to już w przyszłym roku. Przedsiębiorcy, tacy jak Mara Pezo, nie mogą się tego doczekać.

Turystyka odpowiada za 20 proc. chorwackiej gospodarki. Oznacza to, że kraj ten jest tak samo uzależniony od pieniędzy zagranicznych turystów, jak Grecja czy Malta. W Chorwacji jednak mali przedsiębiorcy nie mogą akceptować płatności w euro, gdyż grozi im za to kara. Odejście od chorwackiej waluty – kuny – ma teraz kluczowe znaczenie, tym bardziej, że Dubrownik jest jedną z lokalizacji, gdzie kręcono słynny serial „Gra o Tron” – komentuje Mara Pezo.

„Odwiedzający, a szczególnie ci, którzy przypływają statkami i są u nas przez krótki okres, nie wiedzą, że nie możemy akceptować płatności w euro” – skarży się Pezo. „Akceptujemy płatności kartą, ale klienci chcą często płacić gotówką i oczekują, że mogą płacić w euro w państwie, które jest członkiem Unii Europejskiej” – dodaje 32-letnia właścicielka sklepu.

Akceptacja dla euro, zarówno przez polityków jak i biznes sprawia, że Chorwacja bardzo różni się niektórych swoich sąsiadów w regionie, gdzie stosunek do wspólnej waluty jest letni lub nawet wrogi. Populistyczny rząd we Włoszech, kluczowego państwa strefy euro, rzucił poważne wyzwanie Brukseli jeśli chodzi o sprawy fiskalne. Położona niedaleko Grecja i członek strefy euro, z trudem podnosi się z kryzysu, zaś takie państwa, jak Węgry, Polska i Czechy, nie spieszą się z przyjęciem wspólnej waluty, tak jak zrobiły to już kraje bałtyckie, Słowacja czy Słowenia.

Reklama

Dla Chorwacji przyjęcie wspólnej waluty ma sens, gdyż ta gospodarka byłej jest w dużej mierze nastawiona na euro, a relatywna wartości lokalnej waluty – kuny – jest przedmiotem ścisłej kontroli ze strony chorwackiego banku centralnego.

„Przez 25 lat zachowaliśmy stabilny kurs waluty i możemy to robić przez kolejne ćwierć wieku, ale po co?” – pyta szef banku centralnego Boris Vujcic. „Łatwiej jest wejść do Eurolandu i pozbyć się tego ryzyka” – dodaje.

Chorwacja przeszła długą drogę. 25 lat temu w krwawych okolicznościach uzyskała niepodległość po rozpadzie Jugosławii. Wówczas kraj porzucił dinara na rzecz kuny, którą początkowo powiązano z niemiecką marką, a późnij z euro. Członkostwo w UE przyszło w 2013 roku.

Historię tego miejsca widać w Dubrowniku, który przez całe wieki znajdował się na linii frontu wojen między wschodem a zachodem, nie mówiąc o trzęsieniu ziemi w 1667 roku, które zniszczyło miasto. Ostatni raz w mieście padły strzały przy okazji wojny na Bałkanach w latach 90. XX wieku.

Większość zniszczeń udało się naprawić, choć w wielu miejscach wciąż widać ślady tragicznych wydarzeń z przeszłości. Najbardziej uderzający jest fakt, że o wojnie wspomina się tu stosunkowo rzadko, tymczasem w innych regionach Bałkanów wojna wciąż pozostaje jednym z głównych tematów rozmów.

Mara Pezo, która zarządza dziś rodzinnym biznesem, w czasie ostrzału Dubrownika miała zaledwie cztery lata i pamięta jedynie to, że dostawała cukierki w schronie.

Boris Vujcic, szef chorwackiego banku centralnego, jest przekonany, że jego kraj prędzej czy później przyjmie wspólną walutę, która cieszy się rzadko spotykanym poparciem, zarówno wśród polityków, jak i obywateli (52 proc. Chorwatów popiera akces do strefy euro).

Jedyną przeszkodą na tej drodze są obawy, że 4,2-mln populacja kraju odczuje wzrost cen na skutek zmiany waluty.

„Ludzie nie boją się tego, że stracimy narzędzia polityki monetarnej, stracimy kunę, suwerenność lub nasze symbole. Głównym przedmiotem obaw jest to, że zmiana waluty obniży nasz standard życia. Dostępne przykłady pokazują, że wzrost cen przy okazji wejścia do strefy euro to mit. Musimy to wciąż wyjaśniać” – komentuje Vujcic.

>>> Czytaj też: Powrót do historii? Niemcy znów stawiają na Rosję