Od tygodni w centrali Prawa i Sprawiedliwości panowało przekonanie: wygraliśmy. Nie znamy skali zwycięstwa, musimy do ostatniej chwili mobilizować pasywnych wyborów (sławny „elektorat 500 plus”), aby sukces był pełny. Dobre nastroje umacniał każdy kolejny sondaż.

O wnioskach przesądzą konkretne liczby. Ale tak naprawdę człowiekiem, którego pozycja najbardziej się umocniła, jest… sam Jarosław Kaczyński. Z perspektywy zewnętrznej to od zawsze pan i władca swojej partii. A jednak w roku 2015 był zmuszony chować się za plecami Beaty Szydło. Po wygranych wtedy wyborach nie czuł się na tyle silny, aby wymienić ją jako premiera na Piotra Glińskiego, choć miał na to ochotę.

Dopiero teraz po trzech ostatnich kampaniach czuje się spełniony. To jego wizerunek został odczarowany, to jego twarz stała się najważniejszym sztandarem wyborczym. Raczej wątpliwe, aby pchnęło go to – co niektórzy przepowiadali – do bezpośredniego wzięcia władzy, gdyby PiS miał możliwość natychmiastowego stworzenia rządu. Dobrze się czuje w roli Naczelnika. Jesienią musi poddać się operacji. Ale bez wątpienia uznał się do końca za niezastąpionego i nieomylnego. Będzie śmielszy w rozmaitych ruchach. Także takich, których powinien się obawiać.

Drugim profitentem tej kampanii powinien być Mateusz Morawiecki. Na jej początku obawiano się kolejnych obciążających go rewelacji. Ale one się nie pojawiły. Wszystko zostało „wystrzelane” wcześniej. Za to premier wykonał gigantyczną pracę, jeżdżąc po miastach i miasteczkach. Chyba przekonał partię, a na pewno samego prezesa, o swojej niezbędności. Swoją rolę odegrało tu wiele czynników, nawet śmierć Kornela Morawieckiego. Tradycja Solidarności Walczącej została nagle dopisana do tradycji PiS.

Szef rządu pracował w mało komfortowych warunkach. Na początku kampanii Kaczyński dopuścił do tego, że czołowi politycy PiS wymieniali jego, obok Morawieckiego, a właściwie przed nim, jako naturalnego kandydata na premiera. Nie był to przypadek. Po dłuższej chwili prezes PiS ogłosił, że to Morawiecki, a nie on, będzie nadal kierował państwową nawą. Jednak pozwalał do końca, aby telewizja Jacka Kurskiego raczej pomijała premiera w swoich agitacyjnych materiałach.

W samym sztabie wyborczym ważne pozycje zajmowali, jak w poprzednich kampaniach, Piotr Matczuk i Anna Plakwicz. To PR-owcy nazywani kelnerami. Nielubiący Morawieckiego. I z wzajemnością. W efekcie w spotach szef rządu też pokazywany był bardzo oszczędnie. – To typowe dla Naczelnika, zostawi Morawieckiego, ale będzie go równoważył, przypominał mu, że jego pozycja nie jest absolutna – komentuje ważny polityk PiS.

Jest jeszcze pytanie, jakie wyniki dostanie premier jako numer jeden listy do Sejmu na Śląsku. Ale to swoista loteria. Nie można mieć kompromitująco słabego rezultatu, ale i zbyt dobry budzi nieufność Kaczyńskiego. Stąd domniemania, że Beata Szydło ze swoim znakomitym wynikiem w wyborach europejskich miałaby wrócić na same szczyty, to błąd. Choć wykorzystano ją do maksimum w tej kampanii. Dziś Kaczyński może wywyższyć lub strącić każdego.

Morawiecki zbudował sobie pozycję niezastąpionego nie tylko dlatego, że dobrze radził sobie w kampanii i „nic już na niego nie było”. Prezes docenia jego zręczność w unijnych negocjacjach i jest przekonany, że to on przeprowadzi rząd PiS przez mielizny bardzo kosztownej polityki finansowej. Miał co do tego wątpliwości, największe, kiedy z rządu odchodziła Teresa Czerwińska. Ale teraz się ich wyzbył. Innego magika od finansowej inżynierii takiej partii jak PiS znaleźć niełatwo.

Niemniej zapewne nie wszyscy organizatorzy skądinąd chwalonej kampanii zostaną wynagrodzeni jednakowo. Pozycja jej szefa, Joachima Brudzińskiego, jest niezagrożona. W ostateczności to on decydował także o tym, że kampanii nie prowadzono do końca „pod premiera”, bo jest jego potencjalnym konkurentem w przyszłej walce o PiS. Ma swoje odrębne miejsce przy Kaczyńskim. I je zachowa.

Ale na przykład odpowiadający za polityczną strategię prof. Waldemar Paruch był zdaniem „zakonu PC”, czyli starych druhów Kaczyńskiego, zbyt widoczny w mediach. Całkiem niedawno prosił dla siebie o funkcję wicepremiera, jednak dostał ją Jacek Sasin. Inny spec od kampanii Piotr Agatowski naraził się Prezesowi, radząc wykonać jakiś gest zapowiadający zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej. Sztabowcy mieli przedsmak tego, co może się stać w przypadku niepełnego sukcesu, kiedy Kaczyński zapytał nagle na jednej z narad sztabu, dlaczego w Warszawie nikt nie wiesza jego billboardów i plakatów, a jest tam „jedynką”. Nie umiano tego objaśnić.

Ale prawdopodobnie nie będzie powodów do ostrzejszych rozliczeń. Za to w razie zwycięstwa pojawi się pytanie o niezaspokojone roszczenia kolejnych „współtwórców sukcesu”. Koalicjantów takich jak Jarosław Gowin czy Zbigniew Ziobro (ten ostatni, dopiero co obwiniany o aferę z hejterami w jego resorcie, nie boi się dymisji), czy bardziej samodzielni politycy typu Piotr Gliński, którzy mogą szukać nowego przydziału w rządzie. Obóz PiS stanie się kłębowiskiem sprzecznych ambicji i wzajemnych podchodów.

To stawia przed Kaczyńskim może najpoważniejszy problem. Jego autorytet jest dziś, zgodnie z logiką kampanii, jedynym czynnikiem rozstrzygającym najbardziej błahy dylemat. W tej sytuacji nasuwająca się delegacja władzy, choćby w ręce Morawieckiego, wciąż traktowanego nieufnie przez pisowski aparat, może być odkładana w nieskończoność. Prezes powinien zadbać o zdrowie, ale mnóstwo ludzi na myśl o jego choćby krótkiej nieobecności reaguje paniką. PiS staje się machiną rządzoną w logice monarchii absolutnej. Bardziej niż kiedykolwiek. ©℗