Instytut Badań nad Makroekonomią i Koniunkturą wyliczył, że jeśli rząd chciałby nadrobić opóźnienia związane z ograniczaniem wydatków w ostatnich latach, to w ciągu najbliższych dziesięciu powinien przeznaczyć na inwestycje ponad 450 mld euro. To ponad 10 proc. niemieckiego PKB. Rząd w Berlinie pozostaje jednak nieugięty.

To, że związkowcy i pracodawcy w jednej sprawie występują wspólnie, jest rzadkością.

– To, że jesteśmy w tej sprawie razem, jest efektem naszego niepokoju związanego z brakiem inwestycji. Nasze instytuty ekonomiczne mają naukowe argumenty świadczące o tym, że to prawdziwy problem – powiedział Dieter Kempf, szef związku pracodawców przemysłowych BDI.

Według opublikowanych kilka dni temu danych niemiecki PKB w III kwartale tego roku urósł o 0,1 proc., po tym jak w II kwartale spadł o 0,2 proc. Oznacza to, że nasz zachodni sąsiad uniknął recesji, ale jego gospodarka wciąż znajduje się w trudnej sytuacji. – Przy obecnie prowadzonej polityce budżetowej nadal możemy mieć wzrost gospodarczy – skomentowała te dane kanclerz Angela Merkel. A Bundesbank w swoim najnowszym raporcie uznał, że wpadnięcie w recesję jest bardzo mało prawdopodobne.

– Nie chodzi nam o walkę z przejawami recesji, a raczej o rozwiązywanie bardziej fundamentalnych przyczyn tego, że nasz wzrost gospodarczy jest mało dynamiczny – stwierdził Dieter Kempf.

– Nie możemy już dłużej narażać pomyślności przyszłych pokoleń przez utrzymywanie tak bardzo przestarzałej infrastruktury i niedofinansowanego systemu edukacji – dodał Reiner Hoffmann, prezydent konfederacji związków zawodowych DGB.

Zdaniem Michaela Hue thera, dyrektora Instytutu Niemieckiej Gospodarki z Kolonii, cytowanego przez Reutersa, po latach uzdrawiania finansów publicznych przez wypracowywanie nadwyżek budżetowych nadszedł czas, aby ponownie na pierwszym miejscu postawić inwestycje publiczne, co przy okazji pomoże napędzić wzrost gospodarczy.

Instytut Badań nad Makroekonomią i Koniunkturą szczegółowo ocenił potrzeby dziedzin wymagających doinwestowania. Chodzi o 75 mld euro na sfinansowanie procesu dekarbonizacji, czyli odchodzenia od spalania węgla w energetyce, 80 mld euro na transport, w tym 60 mld na modernizację i rozwój linii kolejowych, a 20 mld na odnowienie autostrad. Zastrzyku ponad 100 mld euro wymaga niemiecka edukacja, z czego 50 mld powinno pójść na przedszkola i żłobki, a 59 mld na publiczne szkoły i uczelnie wyższe. Do tego 20 mld euro na rozwój sieci telekomunikacyjnych 5G. Niemcy dziś są jednym z najbardziej zapóźnionych państw Unii Europejskiej, jeśli chodzi o dostępność do usług cyfrowych. Według firmy analitycznej Opensignal miliony ludzi mieszkających poza miastami mają permanentne problemy z korzystaniem z sieci 4G. Jej dostępność w Niemczech jest najgorsza w całej UE.

Do tych wszystkich wydatków trzeba doliczyć 158 mld euro dotacji dla samorządów, które byłyby przeznaczone głównie na budowę i modernizację lokalnej infrastruktury.

Oczywiście sfinansowanie przez rząd tych wszystkich potrzeb musiałoby oznaczać koniec nadwyżek budżetowych i konieczność zaciągnięcia nowych długów. Zwolennicy tego scenariusza wskazują, że rentowność niemieckich obligacji jest obecnie ujemna, więc Berlin może się zadłużyć, nie płacąc żadnych odsetek. Co więcej – pracodawcy i związkowcy wspólnie proponują, aby rozważyć usunięcie z konstytucji zapisów utrudniających zwiększanie zadłużenia publicznego. Według obowiązujących przepisów Niemcy mogą w przyszłym roku zwiększyć deficyt maksymalnie do poziomu 0,35 proc. PKB, ale rząd nie chce zrobić nawet takiego kroku.

Minister finansów Olaf Scholz na apele o zwiększanie inwestycji publicznych odpowiada, że taki wzrost ma miejsce już teraz i że nie trzeba z tego powodu rozstawać się z nadwyżkami budżetowymi. Na 2020 r. zaplanowanych jest 43 mld euro inwestycji publicznych. Bundestag ma uchwalić przyszłoroczny budżet Niemiec zakładający kolejną nadwyżkę w ciągu najbliższych tygodni. 

>>> Czytaj też: Dlaczego Tesla zbuduje "gigafabrykę" w Niemczech, a nie w Polsce? Wybór Elona Muska jest przemyślany i logiczny [OPINIA]