– Utarg w sobotę zwykle sięga kilku tysięcy złotych. W ostatnią mieliśmy go na poziomie kilkuset złotych. Jeśli sytuacja utrzyma się dłużej, nie będą miał z czego zapłacić pracownikom. Składki, które powinienem odprowadzić do ZUS, pochłoną połowę moich oszczędności na koncie. Liczę na szybkie uruchomienie pakietu pomocowego przez rząd – dodaje.

To nie jest odosobniony przypadek. Mniejsze obroty mają wszyscy, zarówno mali, jak i duzi przedsiębiorcy gastronomiczni. Choć słychać opinie, że paradoksalnie to ci drudzy mogą łatwiej wpaść w tarapaty. Duże powierzchnie oznaczają większy czynsz. Poza tym małe firmy rzadziej zatrudniają na umowę o pracę, więc łatwiej im redukować personel czy wysłać ludzi na bezpłatny urlop.

– Duże firmy, korzystające z pośredników, mogły też już stracić pieniądze – w tej branży część należności za usługi płacona jest z góry. Większe koszty wynikną też z ilości zapasów. Gdy ktoś w piątek otrzymał dużą dostawę, a w sobotę okazało się, że będzie musiał zawiesić działalność, część jedzenia pójdzie na straty – wylicza Paweł Marsula, prezes Aquila Personnel, agencji pracy wynajmującej personel gastronomiczny.

Duzi restauratorzy przyznają, że koszty prowadzonej przez nich działalności są większe, ale uważają, że na ich korzyść działa marka.

– Dlatego w naszym przypadku obroty zmalały o kilka procent. Mamy nadzieję, że straty zaczniemy odrabiać, gdy ludziom skończą się zapasy jedzenia w domach – wyjaśnia Wojciech Goduński, właściciel spółki PPHU Wojtex, rozwijającej sieć pod logo Biesiadowo.

Straty nie wynikają tylko z mniejszej liczy przygotowywanych dań. Przedsiębiorcy nie zarabiają też na sprzedaży napojów, w tym alkoholu, gdzie marża to kilkadziesiąt procent.

Zdaniem restauratorów, nawet gdy koronawirus minie, to klienci pozostaną nieufni, co też przełoży się na obroty. – W hotelu i dwóch restauracjach obecne straty szacujemy na dziesiątki tysięcy złotych, a odwołano jedynie przyjęcia odbywające się w ciągu najbliższego tygodnia. Większość pracowników otrzymała pensję i poszła na urlop – informuje Michał Brodziak, właściciel dwóch restauracji i motelu Zodiak w Białobrzegach przy trasie ekspresowej S7.

Właściciele barów i restauracji próbują ratować się zamówieniami na wynos. Branża cateringowa, która z nich żyje, mówi o prawdziwym dramacie. Po tym, jak rząd zamknął placówki oświatowe i zarekomendował pracę zdalną, nie mają kogo obsługiwać. Dodatkowo problem rodzą zarządzenia właścicieli biurowców, którzy zakazują wstępu osobom w nich niezatrudnionym.

Edyta Leszkiewicz, właścicielka firmy cateringowej Fit Pack, wylicza, że liczba obsługiwanych przez nią klientów zmniejszyła się o prawie połowę. Na razie jednak nie zmniejsza zatrudnienia. Zdecydował się na to prowadzący firmę cateringową Łukasz Staniak.

– Dopiero były ferie zimowe, a teraz kolejna przerwa, która nie wiadomo, kiedy się skończy. W efekcie zatrudnienie zredukowaliśmy o połowę – część osób musiałem zwolnić, inni przeszli na urlop. Towaru w hurtowniach często brakuje, a ten, który jest, podrożał o 100 proc. Gdy nie ma możliwości aneksowania naszych długoterminowych umów, działalność przestaje być opłacalna – tłumaczy Łukasz Staniak.

Przybywa przedsiębiorców, którzy starają się nawiązać współpracę z jednym z portali do zamawiania jedzenia online. Te oferują nie tylko zdalne przyjmowanie zamówień, ale też ich dowóz pod wskazany adres.

– W ciągu ostatnich kilku dni obserwujemy wzrost zapytań o współpracę. Cały czas przyjmujemy nowe restauracje do naszego serwisu. Zwykle potrzebujemy około pięciu dni na uruchomienie restauracji w systemie, obecnie może to trwać dłużej ze względu na wyjątkowe okoliczności – mówi Anna Bielecka, menedżer w Pyszne.pl, serwisie współpracującym z ok. 8 tys. restauracji.

Właściciele restauracji mówią, że w normalnych warunkach odkładaliby zawarcie umowy z portalem. – Prowizja za współpracę sięga około 13–15 proc. miesięcznie od obrotu realizowanego za pośrednictwem portalu. Jeśli ten dodatkowo oferuje dowóz, stawka rośnie nawet dwukrotnie – tłumaczy właściciel baru w Łodzi. ©℗

>>> Polecamy: COVID-19 na zawsze zmieni nasz styl życia. "Każdy kryzys to także szansa"