Piotr Fijewski, psycholog i psychoterapeuta, współzałożyciel Ośrodka Pomocy i Edukacji Psychologicznej „Intra”; fot. Anna Halat-Kruczynska/Mat. prasowe / DGP

Trochę się boję.

Piotr Fijewski, psycholog i psychoterapeuta, współzałożyciel Ośrodka Pomocy i Edukacji Psychologicznej „Intra”: No to jest nas dwóch, bo ja trochę też. Dowiedziałem się, ile dzisiaj we Włoszech zmarło ludzi, przestraszyłem się, zrobiło mi się duszno, poczułem kołatanie w klatce piersiowej, coś zaczęło mnie ściskać w żołądku, ręce miałem takie jakby obce.

Reklama

Czemu ludzie boją się powiedzieć, że się boją? Czy to nie jest tak, że często mylimy strach ze słabością?

Lęk jest pewnego rodzaju doświadczeniem słabości, takim zobaczeniem słabości od wewnątrz. To jest to kołatanie serca, stres, ściskanie w żołądku. To jest bardzo intymne przeżycie i wielu ludzi ma ogromny problem z dzieleniem się tym uczuciem z innymi, szczególnie że w tym przeżyciu człowiek jest bezbronny i odsłonięty. Dlatego lęk jest często przykrywany twardością – czasem pozorną, a czasem twardą, wypracowywaną przez lata skorupą. Często przykrywamy lęk złością albo agresją, zagłuszamy seksem, alkoholem – czymkolwiek, co pozwala człowiekowi choćby na chwilę odsunąć się od swojego – w tym wypadku niemiłego – doświadczenia.

Przypominają mi się słowa Kurta Vonneguta, że musimy bardzo uważać, kogo udajemy, bo stajemy się tym, kogo udajemy. Czy można przez długie lata ukrywać w sobie lęk, zgrywać twardziela, a równocześnie pozostać sobą?

Każdy człowiek ma w sobie pole bezbronności, miejsca w duszy podatne na zranienie. Im bardziej w życiu od tego uciekamy, tym trudniej powrócić w to miejsce naszego prawdziwego „ja”, w to miejsce, które jest ważną częścią wewnętrznej prawdy człowieka. Jeśli nie udaje nam się powrócić w to miejsce, stajemy się tym, kogo udajemy.

>>> Czytaj też: Zakupy w czasie pandemii koronawirusa. W sklepach może zabraknąć pracowników

Czy gdyby któryś z polityków powiedział Polakom, że rozumie ich strach, bo sam też go odczuwa, i pokazał taką ludzką twarz, toby przegrał?

To jest bardzo trudne pytanie, bo w czasach zagrożenia ludzie szukają jednak silnych przywódców. Jako obywatel chyba zacząłbym się zastanawiać, czy polityk, mówiąc o swoim lęku, da sobie radę. Z drugiej strony polityk nie może też przesadzić w zakrywaniu swojego lęku, bo stanie się dziwaczny lub nieprawdziwy.

Na czym polega mechanizm, który powoduje, że ludzie, którzy wchodzą do apteki czy sklepu w stroju ochronnym, np. masce, wstydzą się ją założyć albo zakładają ją ukradkiem, jakby się tego wstydzili?

To może być takie niewypowiedziane „nie przesadzaj”. Ja w tym „nie przesadzaj” słyszę nie tak dalekie echa peerelowskiego „nie wychylaj się”. To jest po części dziedzictwo naszej historii, która uczyła ludzi, że najlepiej być pośrodku i płynąć z nurtem rzeki. Ale mam wrażenie, że na szczęście takich postaw jest coraz mniej w naszym społeczeństwie.

Jak rozmawiać z dziećmi? Mówić im, że to jeszcze tylko tydzień, dwa czy też od razu – tak jak np. ja zrobiłem – wytłumaczyć, że spotykać się z koleżankami i kolegami będą mogli za trzy, może nawet cztery miesiące?

W wypadku małych – pięcio-, sześcio- czy siedmioletnich dzieci nie mówiłbym o długiej perspektywie, bo one po prostu nie zrozumieją, co to znaczy trzy albo cztery miesiące i za kilka dni będą pytać, czy mogą już wyjść na plac zabaw. W wypadku starszych dzieci lepiej jest spokojnie wytłumaczyć, czemu służą ograniczenia kontaktów i rzeczywiście mówić o tym, ile będą one trwać, dość otwarcie.

A jeśli umierają ludzie?

Czasem, niestety, trzeba dać dziecku ciężkostrawne jedzenie, bo po prostu innego nie ma. Lepiej, żeby dziecko doświadczyło wydarzenia czyjejś śmierci, najlepiej w asyście osoby bliskiej, niż żeby ta bliska osoba na siłę oddzielała dziecko od tego doświadczenia.

>>> Czytaj też: W czasie epidemii europejski rynek pracy wygrywa. Jest o wiele lepszy niż amerykański

Czego będzie więcej za rok? Porodów – bo ludzie z miłości, ze strachu, z nudów, dla pogodzenia się po kłótni albo dla rozrywki będą się zajmować seksem; rozwodów – bo okaże się, że nie dawali rady spędzać ze sobą nie jednej lub dwóch zrytualizowanych godzin, ale całych dni, czy romansów – bo kiedy to się wszystko skończy, ludzie powiedzą sobie „niech żyje bal” i skoro otarliśmy się o śmierć – choćbyśmy się o nią realnie nie otarli – a zawsze mieliśmy ochotę na romans ze znajomą albo koleżanką z pracy, to teraz to zrobimy?

No ja bym przede wszystkim powiedział, że widzę pewien błąd w twoim rozumowaniu, bo te trzy możliwości przedstawiłeś tak, jakby się wykluczały. Myślę, że ciąże nie korelują negatywnie ani z rozwodami, ani z romansami. Przy czym te ostatnie inicjują zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Na pewno zagrożenie stwarza potrzebę kontaktu. Ciąże więc będą, ale będą też przypadki, w których długie przebywanie ze sobą pod jednym dachem okaże się bardzo trudne. Ale to nie wirus spowoduje, że ludzkie losy potoczą się tak lub inaczej. Wirus będzie jedynie swego rodzaju katalizatorem, który wzmocni te elementy, które już wcześniej miały miejsce.

Na czym polega mechanizm, który powoduje, że Polacy, którzy jako naród mają skłonność do chaosu, często lepiej niż inni sprawdzają się w godzinie próby? Widać np. większą dyscyplinę w odniesieniu do zalecenia, by pozostawać w domach, w porównaniu do tego, co się dzieje we Francji, w Niemczech czy wcześniej we Włoszech. Czy to jest kwestia naszego doświadczenia historycznego, traum, które mniej lub bardziej świadomie przenosimy po poprzednich pokoleniach? Czy może przeświadczenia, że trzeba się pilnować, bo jak będzie źle, to państwo nie zda egzaminu?

Tych elementów jest kilka i na pewno historia jest jednym z nich. W istocie jest coś takiego, że w chwilach kryzysu ujawniają się w nas pewne cechy, których na co dzień nie widać. Choćby takie jak np. zdolność samoorganizacji. Powstanie Warszawskie, powstanie Solidarności to były takie chwile. Drugi element to może specyfika słowiańskiej emocjonalności. Taka skłonność do współczucia, przejmowania się krzywdą innego człowieka. To jest też wzór słowiańskiej matki karmiącej do przejedzenia, utulającej w krzywdzie, opatulającej aż do przegrzania. To jest coś, co w pewnych zakresach osłabia, ale z drugiej strony powoduje też szczególny rodzaj dbania o siebie. Polacy, jak mało który naród, cały czas się leczą i doradzają sobie medycznie, nie będąc lekarzami. Wiedzą, że trzeba dużo jeść, by być silnym, i ciepło się ubierać – szczególnie czapka, szalik i ciepłe majtki są ważne. W tej sytuacji, w której nagle się znaleźliśmy, ta właściwość pracuje na naszą korzyść. Zachowujemy się bardzo racjonalnie.

>>> Czytaj też: Nasze życie z wirusami, czyli jaka przyszłość czeka nas z SARS-CoV2 [WYWIAD]

Wróćmy do tego, co powiedziałeś o tym, że trudne czasy paradoksalnie – bo ja zakładałbym, że powinny sprzyjać zdrowemu rozumowi i racjonalności – mogą sprzyjać fundamentalizmom. Czy koronawirus odmieni oblicze polskiej polityki?

Pośrednio pewnie tak, bo zmieni się wiele na świecie i to wpływać będzie oczywiście na kształt również i polskiej polityki, ale moim zdaniem to będzie raczej wpływ jedynie pośredni. W odniesieniu do polskiej polityki – tu podkreślam, że wypowiadam się wyłącznie jako psycholog – nie widzę przesłanek dla zmiany. Jakaś minimalna korekta może mieć miejsce, mogą narodzić się nowi charyzmatyczni politycy, ale pytanie brzmiałoby, czy jednostki mogą zmieniać bieg historii i logikę dziejów. Obawiam się, że raczej wrócimy do podobnej, co jeszcze kilka tygodni temu, politycznej rzeczywistości.

Cała rozmowa na dziennik.pl