Domy dziecka to kolejny typ instytucji, które są szczególnie narażone na rozprzestrzenianie koronawirusa. Jeden zakażony podopieczny lub pracownik placówki opiekuńczo-wychowawczej (POW) może bowiem uruchomić łańcuch kolejnych zarażeń. Zagrożenie jest bardzo realne, bo czas epidemii nie oznacza, że przestały one przyjmować wychowanków. Placówki robią więc wszystko, aby nie powtórzyć dramatycznego scenariusza, który stał się udziałem części domów pomocy społecznej, ale są w tej walce pozbawione odpowiedniego wsparcia.

(Nie)całkowite zamknięcie

Wiele domów dziecka już na samym początku epidemii zdecydowało się wprowadzić obostrzenia w funkcjonowaniu, zanim jeszcze dotarły do nich oficjalne rekomendacje w tej sprawie od wojewodów.

– Ograniczyliśmy dostęp do budynków osobom trzecim. Obowiązuje zakaz opuszczania placówki i odwiedzin członków rodziny. Dzieci nie mogły też wyjechać na święta do rodzinnych domów, choć niektóre bardzo na to czekały – wylicza Mirosław Sobkowiak, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie (PCPR) w Gostyniu.

Formą zabezpieczenia przed koronawirusem jest też wydłużenie dyżurów personelu opiekuńczego, aby ograniczyć jego rotację, oraz regularne monitorowanie stanu zdrowia pracowników.

– Na razie większość wychowawców przychodzi do pracy, choć mogliby zostać w domach i skorzystać z zasiłku opiekuńczego na swoje dzieci. Nie mamy więc kłopotów z ciągłością opieki – mówi Marcin Lewandowski, przewodniczący Ogólnopolskiego Stowarzyszenia POW.

Dodaje, że największe obawy budzi kwestia przyjmowania nowych dzieci do placówek, zwłaszcza w trybie interwencyjnym, gdy trzeba szybko zabrać je z domu rodzinnego. Zwraca uwagę, że rodzina zastępcza może odmówić przyjęcia kolejnego podopiecznego, ale dom dziecka już nie. Tymczasem wiąże się to z dużym ryzykiem, że w ten sposób do placówki może trafić koronawirus, bo nie wiadomo, jakie były dotychczasowe kontakty dziecka.

– Niestety nie mamy żadnych wytycznych od Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, jak powinna wyglądać procedura przyjmowania dziecka w trybie interwencyjnym – podkreśla Marcin Lewandowski.

Placówki radzą sobie więc, jak mogą. W niektórych nowy podopieczny jest izolowany w oddzielnym pomieszczeniu.

– Dla takiego dziecka to podwójna trauma, bo nie dość, że zostało zabrane z domu, który jakikolwiek by był, zawsze jest domem rodzinnym, to jeszcze dodatkowo jest narażone na stres w nowym miejscu, zwiększany odseparowaniem od innych osób – dodaje przewodniczący Ogólnopolskiego Stowarzyszenia POW.

Potrzebne procedury

Z uwagi na brak ministerialnych instrukcji wytyczne dotyczące sposobu postępowania przygotowała Koalicja na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej.

– Proponujemy, aby na terenie powiatu wyznaczone zostały miejsca kwarantanny, np. w pustym teraz internacie, do którego mogłoby trafić na 14 dni dziecko razem z opiekunem ze sporządzonej wcześniej listy osób mogących podjąć się takiej opieki. Samorząd odpowiadałby za wyposażenie ich miejsca pobytu oraz wyżywienie – wyjaśnia Joanna Luberadzka-Gruca z koalicji.

Dodaje, że wytyczne te zostały wysłane do kancelarii premiera oraz MRPiPS, ale do tej pory nie nadeszła odpowiedź. Na pytanie DGP, czy resort monitoruje sytuację w domach dziecka i zamierza skierować do samorządów instrukcje w sprawie zasad przyjmowania dzieci, również nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

– Propozycję koalicji oceniamy pozytywnie, choć pewnie najlepszym rozwiązaniem byłoby przeprowadzanie testów. Pozwoliłoby to na w miarę szybką reakcję i podjęcie decyzji, czy dziecko może dołączyć do grupy wychowanków, czy konieczne są inne działania – wskazuje Marcin Lewandowski.

O taki test jest jednak bardzo trudno. – Wiem o jednym samorządzie, któremu udało się wywalczyć test dla przyjmowanej dziewczyny. Jego wynik przyszedł jednak dopiero po pięciu dniach (na szczęście negatywny), a ona przez ten czas przebywała z innymi wychowankami – opowiada Joanna Luberadzka-Gruca.

Testowanie lub obowiązkowe obejmowanie izolacją byłoby zasadne również wobec nastolatków wracających z ucieczek. Takich przypadków samowolnego opuszczania domu dziecka – na kilka dni lub dłużej – wcale nie brakuje, zwłaszcza teraz, gdy niektórzy wychowankowie źle znoszą pobyt w zamkniętej placówce.

– Nie wiemy, czy dziecko było u rodziny, czy przebywało w zupełnie innym miejscu. Dlatego zapobiegawczo organizujemy dla nich kwarantannę – podkreśla Arkadiusz Paturej, dyrektor PCPR w Olsztynie.

Komputer poszukiwany

W obliczu epidemii domy dziecka muszą mierzyć się też z problemami wynikającymi z zamknięcia szkół i konieczności zorganizowania warunków do zdalnej nauki. Podstawową trudnością było to, że tylko nieliczne placówki dysponowały wystarczającą ilością sprzętu, by umożliwić każdemu wychowankowi uczestniczenie w lekcjach online, oraz potrzebnym do tego szybkim internetem.

– W naszych placówkach mamy pracownie komputerowe, ale jest w nich po 4–5 komputerów. Cały czas staramy się pozyskać dodatkowe laptopy, a na razie musimy radzić sobie z tym, co mamy – mówi Mirosław Sobkowiak.

Wiele samorządów nie miało więc innego wyjścia niż kupno nowych komputerów. Ratunkiem w tej sytuacji jest też sprzęt (nowy lub używany) przekazywany przez osoby prywatne lub organizacje pozarządowe oraz pochodzący ze zbiórek internetowych.

– Dzięki pomocy jednej z fundacji otrzymaliśmy 78 tabletów. Dzięki temu oraz naszym własnym zasobom udało się zabezpieczyć sprzęt do nauki dla wszystkich wychowanków, a mamy ich łącznie 96 w siedmiu placówkach – wskazuje Rafał Walter, dyrektor PCPR w Inowrocławiu.

>>> Czytaj też: Ratownicy pozostawieni na pastwę losu i epidemii