● Jak pan ocenia ogłoszony niedawno projekt nowych regulacji finansowych?

– W zamierzeniu miało to być rozwiązanie całościowe, ale zawierające pewną koncepcję odpowiedzialności. Najbardziej drażliwą kwestią jest rola Rezerwy Federalnej i to, czy nowe uregulowania ingerują w politykę pieniężną Fed, albo wprowadzają wymiar polityczny – ale to się dopiero okaże.

● Jak się pan czuje po walce obligatariuszy Chryslera z rządem?

– Reprezentowaliśmy wielu klientów, między innymi fundusze emerytalne i ważne instytucje, których beneficjentami są obywatele USA. Bardzo się staraliśmy i zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy.

● Czy prezydent posunął się za daleko w krytycznych uwagach na temat posiadaczy obligacji Chryslera?

– Rozumiem, o co mu chodziło. Chciał postawić Chryslera na nogi: doprowadzić do wszczęcia postępowania upadłościowego, reorganizacji koncernu, a potem wyprowadzenia z upadłości – i to się dzieje. Nadal popieram Obamę, ale to był trudny okres.

● W jaki sposób ten kryzys zmieni kształt Wall Street?

– Nowa Wall Street stanie się bardziej widoczna dopiero za trzy do pięciu lat. Ludzie przesadzają, mówiąc o schyłku wielkich firm. Takie firmy są – i nadal będą – ogromnie ważne dla rynków.

● Która z obecnych wielkich firm ma największe szanse?

– Wydaje mi się, że JP Morgan i Goldman Sachs, jako dwie z tych, które spłaciły pomoc rządową, mają dużą dynamikę.

● Czy z obecnego kryzysu płyną jakieś wnioski co do modelu spółki cywilnej?

– Tak i nie. Z jednej strony świadomość, że jest się wspólnikiem we własnej firmie, to najsilniejszy ze wszystkich bodziec do koncentracji umysłu. Ta świadomość nigdy człowieka nie opuszcza. Tak czułem się w Goldman Sachs, gdy był spółką prywatną i tak się czuję dziś w naszej firmie. Z drugiej strony realistycznie patrząc, wielkie instytucje działające na dzisiejszym rynku nie mogą być prywatne. Model prywatnej spółki cywilnej ma wiele elementów, które mogą nie pasować do wielkiej organizacji.

● Zazwyczaj po recesji następował boom fuzji i przejęć. Czy teraz też tak będzie?

– Na razie brak podstaw do interpretowania wątpliwości na korzyść rynku akcji, a ludzie są konserwatywni. Wcześniej czy później w segmencie fuzji i przejęć nastąpi ożywienie, ale nie przypuszczam, by miało to nastąpić w ciągu najbliższych sześciu miesięcy.

● Pracował pan w Londynie i w Nowym Jorku. Jak ten kryzys wpływa na rywalizację między nimi?

– Bardzo ważne będą dwie kwestie. Po pierwsze, regulacja obu tych rynków i jej koszt. W obecnym nowym regulacyjnym środowisku, zarówno w USA, jak i w Wielkiej Brytanii, jeden z rynków może stać się droższy, a to musiałoby wpłynąć na zainteresowanie wielkich instytucji działaniem na takim rynku. Na drugim biegunie mamy stawki podatku od dochodów osób fizycznych.

● Czy kryzys finansowy dobiegł końca?

– Nie sądzę. Oceniam sytuację bardziej negatywnie niż większość i nie bardzo rozumiem, skąd się bierze ożywienie, jakie od kilku miesięcy panuje na rynkach akcji. Powiedziałbym, że zaczniemy wychodzić z kryzysu za jakiś czas, pod koniec roku.

● Jakie najważniejsze wnioski wyciąga pan z tego kryzysu?

– Działam w branży od trzydziestu lat i przeżyłam chyba sześć kryzysów – a mam nadzieję przeżyć kolejnych sześć. Przekonałem się, że w bańce spekulacyjnej bardzo trudno pływać pod prąd. To potrafią tylko nieliczni. Poza tym podczas kryzysu można się wiele dowiedzieć o ludziach. Niektórzy są gotowi zmierzyć się z problemami, inni uparcie nie uznają faktów.

Jednym z moich ulubionych przykładów żeglowania pod wiatr jest postępowanie Juliana Robertsona, byłego menedżera wielkiego funduszu arbitrażowego, który w czasach spekulacyjnej bańki technologicznej stanowczo nie chciał angażować się w sektorze technologii. Nie mówiono: „Ale spryciarz”, lecz częściej: „Czy on rozumie, w jakim kierunku zmierza świat?”

● Czy ludzi, którzy potrafią dostrzec nadchodzący kryzys, można poznać po jakichś szczególnych cechach?

– Po tym, że wierzą w siebie. Ludzie pewni siebie, kierujący się czymś więcej niż instynkt samozachowawczy, często najwcześniej zdają sobie sprawę, że świat się zmienił.

Z WIELKIEGO BANKU DO WŁASNEGO

Zanim Peter Weinberg (51 lat) założył w 2006 roku niezależny bank inwestycyjny Perella Weinberg, spędził 20 lat w Goldman Sachs, z którym wiąże go rodzinna tradycja. W 1906 roku jego dziadek zatrudnił się tam jako dozorca, nie mając nawet średniego wykształcenia. Stopniowo, przechodząc wszystkie szczeble, osiągnął szczyt i prowadził firmę przez 30 lat. Peter Weinberg, wybrany w 1992 roku na wspólnika w GS, stworzył w banku grupę wykupów finansowanych kredytem i kierował jej oddziałem na Europę. Pełni kierownicze funkcje w Harvard Business School i Columbia Medical School. Ostatnio doradzał posiadaczom obligacji Chryslera, którzy walczyli o przesunięcie na wyższe miejsce w kolejności zaspokojenia wierzycieli w postępowaniu upadłościowym wobec tego koncernu. Doradza Federalnej Korporacji Ubezpieczenia Depozytów w sprawach pomocy dla zagrożonych banków i w innych kwestiach.

Więcej wiadomości z Financial Timesa w serwisie "Financial Times w Forsalu".