Czy euro przetrwa nadchodzącą jesień? Wiosną kraje posługujące się wspólnym unijnym pieniądzem kupiły sobie tylko trochę czasu, udzielając finansowych gwarancji zagrożonym krajom Europy. Od tamtej pory nie udało się jednak rozwiązać problemów Grecji czy Portugalii, a fiskalna zapaść Irlandii uległa wręcz pogłębieniu. Czy przywódcy strefy euro są przygotowani na powtórkę rynkowej paniki sprzed kilku miesięcy?

Nie jesteśmy naiwni. Wiemy, że nie dotarliśmy jeszcze do końca kryzysu finansowego. Są wprawdzie pierwsze sygnały gospodarczego ożywienia, także wewnątrz Eurolandu, który uchodził przecież w ostatnich miesiącach za pacjenta szczególnej troski. Ale bylibyśmy nieuczciwi, nie dostrzegając oczywistych zagrożeń.

Co grozi dziś wspólnej walucie?

Przede wszystkim niepewne podstawy wzrostu gospodarczego. Ożywienie napędzane w dużej mierze publicznymi pieniędzmi może się wkrótce wyczerpać. A w tej sytuacji nie da się wykluczyć, że w niektórych krajach strefy euro banki znów mogą mieć poważne problemy z płynnością finansową. Nie mówię tu jednak o tak spektakularnych kłopotach jak podczas dwóch poprzednich jesieni, gdy na skraju załamania znalazł się cały system. Stąd wniosek, że tegoroczna jesień będzie jednak spokojniejsza.

Tylko pod warunkiem, że na rynkach finansowych znów nie zapanuje panika. A nie będzie przecież łatwo jej uniknąć. Zwłaszcza że zadłużone po uszy najsłabsze ogniwa Eurolandu – Grecja czy Irlandia – desperacko potrzebują pieniędzy, by uniknąć zawalenia się napiętych do granic możliwości finansów publicznych.

Reklama

Wierzę, że do paniki nie dojdzie. W odróżnieniu od sytuacji z wiosny tego roku dysponujemy dziś bardzo konkretnym mechanizmem ratunkowym. Grecja dostała już realne pieniądze, a na dodatek stworzyliśmy wart 750 mld euro europejski mechanizm stabilizacyjny. Rynki wiedzą, że strefa euro nie dopuści do wpadnięcia żadnego ze swoich członków w spiralę bankructwa. I to wcale nie dlatego, że jesteśmy tacy szlachetni. W tym wypadku solidarność opiera się na pragmatycznej wspólnocie losu. Jeśli kłopoty ma Grecja, zagrożone jest całe euro. I czują to w portfelach Niemcy, Włosi czy Holendrzy. To dla inwestorów najlepsza gwarancja szczerości naszych intencji.

Co by się stało, gdybyście nie rozpięli nad Grekami, Portugalczykami i Hiszpanami wartego 750 mld euro parasola ratunkowego? Czy w grę wchodził rozpad strefy euro?

Fiasko projektu wspólnej waluty wieszczyły zwłaszcza media anglosaskie – moim zdaniem z jasną intencją kompromitacji tej idei. Rzeczywistość była bardziej skomplikowana. Jako szef Eurogrupy mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć: w tamtym momencie euro nie było zagrożone. Niemniej stanęliśmy wobec brzemiennego w skutki wyboru. Albo zostawiamy Greków samym sobie i patrzymy, co się będzie działo, albo ruszamy z nowym, niesprawdzonym mechanizmem stabilizacyjnym. Dziś jestem przekonany, że gdybyśmy wówczas nie rozpięli parasola ratunkowego nad Grecją i innymi, długofalowe skutki finansowe, walutowe, a w konsekwencji również socjalne i polityczne, mogły być dla euro bardzo poważne.

Ale dlaczego tak długo zwlekaliście z ratunkiem? Można przecież było mieć ten sam efekt za dużo niższą cenę.

Należałem do tych, którzy życzyli sobie wówczas, by do porozumienia doszło wcześniej. To było niezwykle frustrujące. Ta konieczność mozolnego przekonywania niektórych kolegów przy stole, jak dramatyczna jest sytuacja. Pamiętam doskonale weekend między 7 a 10 maja, gdy na rynkach finansowych zagotowało się (oprocentowanie greckich obligacji wzrosło wówczas do rekordowego poziomu, co oznaczało, że rynki nie zamierzają pożyczać Atenom żadnych pieniędzy, a sytuacja fiskalna Grecji jeszcze się pogorszy – red.). Dopiero wtedy niektórzy unijni przywódcy zrozumieli, jak poważne mamy kłopoty.

Ma pan na myśli Niemców?

Nie tylko. Musiałem przy wyjaśnianiu powagi sytuacji używać więcej języków niż tylko niemieckiego. Musimy pamiętać o dynamice panującej w tym wysoce skomplikowanym organizmie, jakim jest Unia Europejska. To otoczenie nie sprzyja podejmowaniu szybkich, zdecydowanych działań. Przypominam, że pierwsze rozmowy na temat pakietu ratunkowego dla Grecji datują się na 11 lutego. 10 maja mieliśmy już gotową decyzję polityczną. Jak na UE te trzy miesiące to całkiem niezłe tempo. Znam ten interes od dwudziestu lat i wiem, że w normalnych warunkach decyzje podejmujemy dużo, dużo wolniej. Zwłaszcza że to postanowienie dotyczyło ryzykownego i zupełnie nowego mechanizmu, który nie miał precedensu.

Kto właściwie był pomysłodawcą parasola, który uratował euro?

To był rezultat intensywnych konsultacji Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Eurogrupy.

Prezydent Francji Nicolas Sarkozy twierdzi, że to jego pomysł.

Nawet Francuzi są tylko częścią strefy euro. Ich wkład był istotny, ale nie wyłączny. Fakty są takie, że decyzja o ustanowieniu europejskiego mechanizmu stabilizacyjnego miała wielu ojców.

Kłopoty nie skończyły się jednak wcale wraz z jego przyjęciem. Wkrótce nowy słowacki rząd zapowiedział, że nie będzie brał udziału w akcji ratowania Grecji.

Wściekłem się wtedy. Natychmiast przeprowadziłem dwie długie rozmowy ze słowackim ministrem finansów, a gdy to nie dało rezultatu, z nową szefową tamtejszego rządu Ivetą Radiczovą. Próbowałem ich przekonać, że Grecja to wspólny problem nas wszystkich, a jej niewypłacalność może mieć fatalne skutki dla wspólnej, więc także słowackiej, waluty. Czułem jednak, że mają dla tych argumentów mało zrozumienia.

Słowacja tłumaczyła, że bogatsi nie mają prawa domagać się pomocy ze strony biedniejszych.

Składam to na karb bardzo świeżego członkostwa Słowacji w UE i strefie euro. Bratysława najwyraźniej ma problem ze zrozumieniem tego, że w tej wspólnocie zasada solidarności jest bardzo ważna i działa nie tylko w jedną stronę. Na szczęście ostatecznie udało się ich przekonać do wzięcia udziału w mechanizmie stabilizacyjnym, choć nadal nie chcą wziąć udziału w pomocy tylko dla Grecji. Dzięki temu posunięciu udało się utrzymać cały parasol. Złamane słowo pozostaje jednak złamanym słowem. Podważenie tak kluczowego zobowiązania poprzedniego rządu, jeśli mnie pamięć nie myli jeszcze się w tak otwartej formie i tak dramatycznym momencie, nigdy w UE nie zdarzyło.

Parasol finansowy to jednak w najlepszym wypadku tylko aparatura pomagająca utrzymać pacjenta przy życiu. Ale do postawienia strefy euro na nogi niezbędne są głębokie reformy. W ciągu kilku ostatnich miesięcy wiele się o nich mówiło. Ile ma szanse wejść w życie?

Najważniejsza jest przebudowa paktu stabilności i wzrostu. Pracuje nad tym specjalna grupa powołana przez Hermana Van Rompuya. Kalendarz jest taki, że pod koniec września pojawią się konkretne propozycje ustawowe. Nowe przepisy powinny być gotowe koło lutego.

Prawdziwe zmiany czy tylko kosmetyka?

Celem jest skuteczne zaostrzenie mechanizmu sankcji dla państw łamiących kryteria z Maastricht. Dotychczas były one przewidziane dopiero po długim procesie politycznym: niekończących się dyskusjach, napomnieniach i ostrzeżeniach. Chciałbym, żeby sankcje (na przykład odbieranie pieniędzy przysługujących krajowi z budżetu UE – red.) były nakładane z automatu. Inaczej pakt stabilności i wzrostu pozostanie bezzębnym straszakiem.

Czy państwa członkowskie, zwłaszcza duzi gracze jak Niemcy czy Francja, są na to gotowe?

Z moich obserwacji wynika, że jesteśmy w stanie dość szybko porozumieć się co do wprowadzenia automatycznych sankcji w dziedzinie zwalczania zbyt wysokich deficytów budżetowych. Niemcy na przykład z własnej woli wprowadzili już nawet odpowiedni zapis do konstytucji. Trudniej będzie za to w kwestii redukcji zadłużenia publicznego, bo tutaj mówimy o dużo większych sumach, które akumulowały się przez lata, a ich szybkie zmniejszenie będzie się wiązało z koniecznością bolesnych cięć wydatków lub ryzykownych posunięć fiskalnych. Na dodatek na zadłużenie mają wpływ nie tylko rządy, ale również czynniki zewnętrzne, jak np. koniunktura. Dlatego najprawdopodobniej skończy się tu na tzw. sankcjach półautomatycznych.

Czyli podobnych do tego, co jest teraz. Najpierw polityczne ostrzeżenie, potem może kiedyś kara?

Niekoniecznie. Mam wrażenie, że dojrzewamy jednak do zmiany myślenia o problemie. Moim zdaniem, a biorę udział w pracach na najwyższym szczeblu UE od lat 90., we Wspólnocie jest coraz większa świadomość tego, że dług publiczny stanowi kluczowy problem. Musimy powstrzymać jego narastanie. Moja propozycja jest następująca: jeśli kraj strefy euro ma deficyt niższy od 3 proc. PKB, ale dług powyżej 60 proc., trzeba również uważać go za łamiący pierwsze kryterium z Maastricht.

Czy zaostrzenie paktu stabilności i wzrostu wystarczy, by uzdrowić euro?

Oczywiście, że nie. Problemem UE jest dziś nie tylko zadłużenie. Jeśli ostatni kryzys czegokolwiek nas nauczył, to właśnie tego, że pomiędzy krajami strefy euro rosną różnice w poziomie konkurencyjności. Na przykład Grecja od momentu wejścia do strefy euro straciła 25 proc. swojej konkurencyjności. Skutkiem są padające dochody z eksportu i niska dynamika PKB, które nie jest w stanie nadążyć za rosnącymi wydatkami rządowymi. Tu mamy jak na dłoni kliniczne objawy obecnego kryzysu w Grecji czy Portugalii.

Co z tym fantem zrobić?

Trzeba wprowadzić mechanizm monitorowania konkurencyjności wewnątrz strefy euro. Jeśli któryś z krajów zacznie się oddalać od europejskiego mainstreamu z powodu nieodpowiedzialnej polityki ekonomicznej, należy wprowadzić system kar, takich jak za łamanie deficytu.

Czy kraje UE to zaakceptują?

Nie mamy wyjścia. Strefa euro to coś więcej niż tylko strefa wolnego handlu. Zbyt wielkie różnice przekładają się na słabość wspólnej waluty, którą wszyscy mamy w kieszeniach. Tu kończą się żarty.

Co ze zbliżaniem narodowych polityk fiskalnych? Polski komisarz Janusz Lewandowski rzucił niedawno hasło wspólnego unijnego podatku. Czy temat został podjęty na najwyższym szczeblu przywódców Wspólnoty?

Na razie nie, choć uważam, że europodatek to słuszna droga. Unia potrzebuje własnych środków finansowych, by uniezależnić się od transferów ze strony państw członkowskich: od ich widzimisię i nieodpowiedzialnych czasem polityk finansowych. Europejskiego podatku nie da się jednak wprowadzić tak po prostu, obok istniejących już obciążeń narodowych. Nie mówiąc już nawet o oporze samych Europejczyków, uczyniłoby nas to dramatycznie niekonkurencyjnymi wobec reszty świata. Na razie jesteśmy tu w klinczu, bo podatki to przecież najważniejszy bastion państw narodowych, które nie mają na razie ochoty oddawać pola.

Sam pan przyznaje, że euro jest w kryzysie. Czy wobec tego taki kraj jak Polska powinien się spieszyć do członkostwa w tym klubie?

Niedawno rozmawiałem na ten temat z premierem Donaldem Tuskiem. Oczywiście akceptuję to, że decyzja o członkostwie w euro jest wyłączną sprawą polskiego narodu i parlamentu. Czeka was konieczność nowelizacji konstytucji na wypadek zastąpienia złotego przez wspólną walutę. Z naszej rozmowy wynika jednak, że obecny rząd pozostaje na kursie w kierunku euro. Pytanie tylko, kiedy złożyć formalny wniosek o przystąpienie. Premier Tusk – i ja go rozumiem – uzależnia to od rozwoju sytuacji ekonomicznej. Polska jak na razie przechodzi przez kryzys imponująco. Wzrost gospodarczy należy pochwalić. Problemem pozostaje wysoki deficyt budżetowy, ale odniosłem wrażenie, że rząd nie straci tego celu z oczu. Na razie też korzystacie z istnienia euro – większość waszych największych partnerów handlowych posługuje się wspólną walutą. Taka wygodna sytuacja nie będzie jednak trwała w nieskończoność. W pewnym momencie będziecie musieli podjąć decyzję co dalej. Wierzę, że zdołacie znaleźć kompromis pomiędzy argumentami wewnętrznymi a troską o przyszłość całej eurointegracji.

A jeśli Warszawa uzna, że złotego warto zachować?

Nie sądzę, by obecny polski rząd zbliżał się do takiej decyzji. Debata będzie dotyczyła raczej najbardziej dogodnego momentu wejścia. Polska musi pamiętać, że euro to także projekt polityczny, który oprócz doraźnej ekonomicznej kalkulacji ma też długookresowe znaczenie stabilizacyjne i cywilizacyjne. Wydaje mi się, że większość waszego społeczeństwa generalnie wciąż jest zdania, że przesuwanie się w kierunku jądra Europy, którym jest dziś właśnie strefa euro, leży w waszym żywotnym interesie. Jeśli tak, członkostwo w euro jest dla was niezbędne.

Pytanie też, czy po turbulencjach związanych z kryzysem Euroland się nie zarygluje. Po co wam kolejny kazus Grecji?

Nie. Strefa euro jest otwartym klubem. Tak stanowią traktaty, a ja jako szef Eurogrupy będą dążył do tego, by taka właśnie była też polityczna praktyka. Nie widzę dziś zamiarów, by zmienić ten stan rzeczy. Chcemy lepiej przestrzegać kryteriów z Maastricht. Jednak zasada „kto przestrzega kryteriów, ten ma otwartą drogę do euro” musi zostać podtrzymana.

Na koniec osobiste pytanie. Rok temu był pan obok Tony’ego Blaira najpoważniejszym kandydatem do funkcji pierwszego prezydenta Europy. Nieoczekiwanie unijni liderzy wybrali dużo mniej doświadczonego Belga Hermana Van Rompuya. Trudno było przełknąć gorycz porażki?

W osobie Hermana Van Rompuya Unia znalazła zdeklarowanego Europejczyka. Nie ukrywam jednak, że miałem wielką ochotę na objęcie zadania, które mu przypadło. Okazało się jednak, że pewni europejscy liderzy, którzy podejmowali decyzję, mają odmienne wyobrażenia o urzędzie prezydenta Europy. Moja wizja podobała się przynajmniej 25 członkom UE. Zadecydował jednak opór dwóch pozostałych, którym się nie spodobałem. (Chodziło głównie o sprzeciw Francji. Jak mówi nam anonimowo jeden z wysoko postawionych unijnych dygnitarzy, kandydaturę Junckera zablokował Nicolas Sarkozy, z którym szef Eurogrupy był w sporze o stan francuskich finansów publicznych – red.). Z tym trzeba żyć.

Jest jeszcze szansa na to, by zostać następcą Van Rompuya.

Na pewno nie po zakończeniu jego pierwszej dwuipółletniej kadencji. Sam będę lobbował za tym, by pozostał na stanowisku, bo dobrze wykonuje pracę. Za cztery lata zobaczymy, kto jest w grze.

Jean-Claude Juncker, choć jest tylko premierem maleńkiego Luksemburga, od lat pozostaje jednym z najbardziej doświadczonych i wpływowych polityków w UE. To dziś najdłużej urzędujący premier we Wspólnocie. Jeden z architektów traktatu z Maastricht (jeszcze jako luksemburski minister finansów) oraz powołania wspólnej waluty euro. W 2004 r. został wybrany na pierwszego stałego przewodniczącego Eurogrupy, cyklicznych spotkań ministrów finansów państw posługujących się wspólną walutą. Funkcję sprawuje do dziś. Pod rządami Junckera Eurogrupa urosła de facto do roli rządu strefy euro, gdzie zapadają strategiczne decyzje dotyczące przyszłości integracji monetarnej. Fot. Paweł Ulatowski / DGP
Wczoraj Grecja, dziś Irlandia. Największy kryzys w historii strefy euro wciąż trwa / DGP