Różnica miedzy oprocentowaniem obligacji hiszpańskich i niemieckich wzrosła do poziomu najwyższego w całej historii Eurolandu (blisko 300 pb). Taniał nie tylko dług Portugalii czy Hiszpanii, ale również Włoch, Belgii i Francji. Z pewnością nastroju poprawiać nie mogła ocena Willema Buitera, głównego ekonomisty Citigroup, który twierdzi, że rekiny wkrótce zaatakują Japonię i USA. Uważam jednak, że niewielu potraktowało tę prognozę bardzo poważnie, bo obraz rynku byłby dużo gorszy.

Pozytywem było to, że Barack Obama, prezydent USA dał znać, iż chce się porozumieć z Republikanami w sprawie przedłużenia zwolnień podatkowych dla najbogatszych. To bardzo spodobało się rynkom i poprawiło sytuację w sektorze finansowym. Nie widziałem dużego wpływu wypowiedzi szefa WikiLeaks. Julian Assange zapowiedział na początek roku publikację „megaprzecieku”, który będzie dotyczył jednego z największych amerykańskich banków (nie chciał powiedzieć, którego). Sam sobie jednak zaprzecza mówiąc, że „nie można mówić o jakimś przestępczym działaniu bankowców, a tylko o niemoralnym”, a jednocześnie twierdząc, że „będzie to powód do wszczęcia śledztw i wprowadzenia nowych regulacji”. Owszem ceny akcji banków spadały (najwięcej Bank of America), ale gdyby naprawdę się tego wystraszono to spadałyby mocniej. To jednak nie znaczy, że planowana publikacja nie jest zagrożeniem. Tyle tylko, że zagrożeniem już na przyszły rok.

Z pewnością dobre informacje dotarły ze strefy makro. Indeks Chicago PMI wzrósł jednak z 60,6 pkt. do 62,5 pkt. Oczekiwano spadku do 60 pkt. Dane regionalne ostatnio rynek raczej lekceważy, ale z pewnością nie zaszkodziły bykom. Indeks zaufania konsumentów publikowany przez Conference Board wzrósł z poziomu 49,9 pkt. do 54,1 pkt., czyli wyraźnie mocniej niż oczekiwano. Potwierdził w ten sposób obraz malowany przez podobny indeks Uniwersytetu Michigan.

Zachowanie rynku akcji było od początku sesji podobne do tego, co widzieliśmy w poniedziałek. Znowu duży spadek indeksów i potem systematyczne odrabianie strat. Szeroki rynek, czyli S&P 500 zachowywał się bardzo dobrze. Kolejny raz przetestował wsparcie broniące od października przed spadkami (okolice 1.174 pkt.) i szybko wrócił w okolice poniedziałkowego zamknięcia. Z pewnością nieco pomagało bykom kończące miesiąc „window dressing”. Końcówka był słabsza niż w poniedziałek. Straty pół procent przez indeks szerokiego rynku nie można uznać za znaczącą, ale mam wrażenie, że rynek jest już na krawędzi i jeśli szybko nie pojawią się dobre informacje z Europy to spadnie dużo mocniej.

GPW rozpoczęła wtorkową sesję wzrostem indeksów. Poszła za innymi rynkami europejskimi i za USA. Nawet wtedy, kiedy europejskie byki zwątpiły u nas WIG20 rósł o około 0,3 proc. Jak tylko sytuacja w Europie zaczęła się poprawiać to i u nas indeks błyskawicznie wzrósł. Pretekstem do wzrostu mogły też być dane o zaskakująco dużym wzroście PKB. Po tym jednoprocentowym wzroście rynek wszedł w marazm. Po południu indeks zaczął się osuwać naśladując to, co działo się na innych giełdach, ale nawet wtedy, kiedy indeksy tam się już solidnie czerwieniły u nas WIG20 nadal rósł. Nawet bardzo słaby początek sesji w USA nie złamał naszego rynku. Dokonał tego dopiero fixing zdejmując z WIG20 20 pkt., przez co sesja zakończyła się małym spadkiem. Obrót był potężny, co wyraźnie sygnalizuje, że obserwowaliśmy przebudowę portfeli funduszy w ostatnim dniu miesiąca. O tej sesji można spokojne zapomnieć, ale nie o tym, że rynek czeka na okazję do odbicia.

Reklama