Białorusin Andrej Sańnikau, Ukrainka Julia Tymoszenko, Rosjanin Michaił Chodorkowski. Opozycjonistę, ekspremier i oligarchę łączy jedno. Wszyscy odsiadują wyroki w ramach systemu, który jest światową osobliwością. Były Związek Radziecki nie rozmontował spadku po Gułagu. Swoich politycznych i biznesowych wrogów wsadza razem z pospolitymi kryminalistami do kolonii karnych.

Ani Sańnikau, ani Tymoszenko, ani Chodorkowski nie odsiadują wyroków w regularnych więzieniach. Są nowym wcieleniem legendarnych zeków. Zakluczonnymi, czyli zamkniętymi. Nie szukają jak dawniej uranu czy złota. Nie budują transsyberyjskich magistrali. Pokutują w wersji soft. Dla Zachodu są symbolem oporu wobec systemu. Na Wschodzie są numerem w kartotece i obok mniej lub bardziej przeciętnych przestępców pełnią rolę taniej siły roboczej.

Najbardziej żywotny post-Gułag działa w Rosji. Obecnie trwa jego reforma, której założenia wpisano do dokumentu szumnie zatytułowanego „Strategia 2010 – 2020”. Współcześni zekowie mają być posegregowani. Recydywiści nie będą siedzieli ze zwykłymi przestępcami. Zmniejszy się również obłożenie kolonii. Dziś wyroki odsiaduje w nich 756 tys. osób. Co – według ustaleń Międzynarodowego Centrum Badań Więziennictwa – daje Rosji trzecie miejsce na świecie, tuż po USA (2,2 mln) i Chinach (1,6 mln).

Trzy lata temu było ich ponad milion. Państwo rosyjskie musi się spieszyć ze zmniejszaniem liczby osadzonych. Post-Gułag po prostu zaczyna się rozłazić w szwach. Kiedyś na siebie zarabiał, dziś trzeba w niego inwestować. – Większość budynków, w których przetrzymywani są osadzeni, w najlepszym razie pamięta czasy sowieckie. Wiele kolonii pochodzi nawet z XVIII wieku – mówi DGP kryminolog rosyjski Paweł Czikow. To tylko połowa problemu. Kolonie – dawne zaplecze siły roboczej Sojuzu – dziś są wylęgarnią chorób zakaźnych. – Aż 90 proc. więźniów ma poważne problemy ze zdrowiem. Połowa z nich jest zakażona HIV, ma zapalenie wątroby albo płuc – mówi Czikow. Nie znaczy to oczywiście, że z zeków nie ma pożytku.

Zek: konkurencyjna siła robocza

Kazańska kolonia jest monopolistą w regionie, jeśli chodzi o odlewnictwo metali. W skali federacji zaspokaja większą cześć popytu na wyroby metalowe. Administracja kolonii potrafi zarabiać. I uchodzi za – jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało – dobrego pracodawcę. Szefostwo szuka specjalistów po więzieniach i koloniach w całej Rosji. Ich średnia pensja to równowartość 9 tys. – 15 tys. rubli (970 – 1600 zł). Część jest potrącana jako koszty utrzymania. Inna odprowadzana na alimenty, jeśli osadzony musi je płacić. Reszta trafia na konto zeka. Zdarzają się jednak przypadki, że osoby wychodzące na wolność mają na więziennym koncie kilka tysięcy dolarów.

W 2010 r. na utrzymanie systemu, który zatrudnia 344 tys. osób, budżet wydał 162,8 mld rubli (17,5 mld zł). Osadzeni wyprodukowali towar wart 25,2 mld rubli (2,7 mld zł). Między innymi pieluchy, ubrania, kubki, elektronikę. Część rosyjskich biznesmenów widzi w zekach konkurencyjną siłę roboczą, w którą warto inwestować. W permskiej kolonii kobiecej nr 32 znany rosyjski przedsiębiorca i polityk Aleksandr Lubimow otworzył dla zeczek szkołę animacji trójwymiarowej. Inwestycja pochłonęła 400 tys. dolarów. Dziś osadzone więźniarki zarabiają na chleb za pomocą programu graficznego Maya. Na zamówienie rosyjskich stacji telewizyjnych tworzą kreskówki 3D. Tymczasem Lubimow swoje zyski liczy w milionach rubli (setkach tysięcy złotych) rocznie.

Najbardziej znany rosyjski zek – Michaił Chodorkowski – siedzi w kolonii karnej w karelskim miasteczku Siegieża, pracuje przy produkcji plastikowych wyrobów dla fabryki papieru.

Kolonia kaczaniwska nr 54 w Charkowie lata świetności ma już dawno za sobą. Kiedyś była obozem pracy przymusowej. Dziś wyroki dożywocia odsiadują w niej kobiety. Wśród nich skazana na 7 lat była premier Ukrainy Julia Tymoszenko. Osadzenie jednej z liderek pomarańczowej rewolucji w Kaczaniwce nie jest przypadkowe, a zemsta obecnej ekipy rządzącej na Ukrainie za porażkę 2004 r. jest wyrafinowana. Większość towarzyszek spod celi to morderczynie.

Kaczaniwka powstała w 1927 r. i w czasach stalinowskich miała wkład w budowę ZSRR. Jako quasi-fabryka butów sama na siebie zarabiała. Po wojnie kolonia wyspecjalizowała się w wychowaniu trudnej młodzieży. Młodzi przestępcy odsiadywali w niej wyroki i kończyli coś na wzór sowieckich zawodówek, które dawały kwalifikację do pracy w przemyśle. Dziś osadzone w Charkowie kobiety za symboliczne pensje szyją torebki. Tymoszenko popracuje w niej jeszcze długo. Władze ukraińskie szykują dla niej drugą sprawę, która potencjalnie może zwiększyć wyrok o kolejne pięć lat.

Jak pracują polityczni

Na Białorusi spośród 38 obiektów więziennych jedynie dziewięć to klasyczne więzienia i areszty śledcze, w których osadzeni są trzymani w zamkniętych, kilkuosobowych celach i nie pracują. 21 obiektów to kolonie karne o różnym rygorze. Od najłagodniejszych osiedli, w których więźniowie po fajrancie mają prawo swobodnie przemieszczać się po całej zonie, przez zwykłe, w których swoboda poruszania jest ograniczona do kilkusetosobowych baraków, aż po kolonie o zaostrzonym rygorze, w których więźniowie przebywają po pracy w kilkudziesięcioosobowych celach.

Większość więźniów politycznych na Białorusi, a jest ich w sumie 14, odbywa karę w koloniach o zaostrzonym rygorze. Były wiceszef MSZ, lider Europejskiej Białorusi Andrej Sańnikau, o którym od środy wiadomo, że pod wpływem tortur podpisał prośbę o ułaskawienie, przebywał w sumie w trzech łagrach i dwóch więzieniach. Najpierw trafił do kolonii nr 10 w Nowopołocku. W tym samym miejscu odsiaduje karę za zabójstwo Andrej Wasiljeu, domniemany członek szwadronów śmierci, które na przełomie 1999 i 2000 r. porywały i mordowały opozycjonistów. Obawy rodziny Sańnikau były zrozumiałe i niebezpodstawne. Chodorkowski został niegdyś zaatakowany nożem przez współwięźnia. Ten sam człowiek oskarżył go potem o molestowanie seksualne.

Kolonia nr 10 cieszy się fatalną sławą wśród więźniów. – Zona znajduje się obok zakładów chemicznych, więc jest niezwykle brudna. Nawet trawa tam nie rośnie – skarżyła się matka białoruskiego polityka Ała Sańnikawa. – W powietrzu unosi się kwaśny zapach. Ani jednego drzewa poza kilkoma choinkami przy budynku administracji. Zamiast trawy – piasek – dodawała Alena Lichawid, matka innego opozycjonisty Mikity, uwolnionego we wrześniu 2011 r. Więźniowie skarżą się też na surowe porządki. 30-sekundowe spóźnienie może pozbawić prawa do przedterminowego zwolnienia. Za złamanie regulaminu grozi izolatka. Sańnikau skarży się dodatkowo na tortury.

W innej kolonii karnej przedsiębiorcę Mikołę Autuchowicza, skazanego za ujawnienie korupcji w grodzieńskich władzach, próbowano zepchnąć na sam dół więziennej hierarchii, umieszczając go w celi z tzw. pietuchami, świadczącymi współwięźniom usługi seksualne. Jedyną drogą uniknięcia przyporządkowania do pietuchów była próba samobójcza.

Czas upływa więźniom na pracy. Alaksandar Atroszczankau, rzecznik Sańnikaua, trafił do kolonii nr 3 w Wićbie w obwodzie witebskim. Jego praca polegała na produkcji sznurowadeł. – Z miejsca dostałem od więźniów ksywkę „Sasza Dwie Sznurówki”. Dzienna norma wynosiła 400, ale ja ze swoim humanistycznym wykształceniem i marną motywacją pierwszego dnia wykonałem zaledwie dwie – opowiadał były więzień.

Najłagodniejszy reżim panuje na tzw. chemii. To także specyfika wschodniego systemu penitencjarnego. Polega na nakazie pracy połączonym ze skierowaniem do oddalonej od domu miejscowości z zakazem jej opuszczania. Jedynym więźniem politycznym odbywającym chemię jest lider białoruskiej chadecji Pawał Siewiaryniec.

Polityk odsiaduje wyrok w wiosce Kuplin na Polesiu razem z setką innych „chemików”. Siewiaryniec jest zatrudniony w prywatnej firmie rolnej Bordo. Jak mówił szef przedsiębiorstwa, więzień ma nawet szansę na awans na posadę pomocnika kierownika magazynu. – Na razie zapisuję przychody i koszty, wydaję części zapasowe, pomagam wyładowywać ciężarówki, pracuję przy remontach – opowiadał Siewiaryniec dziennikarkom gazety „Salidarnaść”.

Za swoją pracę otrzymuje 700 tys. rubli miesięcznie (275 zł). Niewiele mniej, niż wynosi pensja wolnego robotnika rolnego. Mieszka w dziewięciometrowym pokoju z dwoma innymi „chemikami”. W ten sposób więźniowie sami się utrzymują, a państwo musi opłacić jedynie rozlokowanych w wiosce milicjantów.

Kolonie karne to jedna z wielu pozostałości Związku Sowieckiego. Nowe władze nie widzą sensu zmiany systemu na europejski, polegający na wysyłaniu więźniów do zamkniętych zakładów karnych. Z jednej strony pokutują socjalistyczne idee resocjalizacji przez pracę. Z drugiej skazani w ten sposób dorzucają przynajmniej kilka kopiejek do swojego utrzymania. Dla więźniów politycznych jest to po prostu kolejny sposób na ich upokorzenie.

>>> Czytaj też: Włosi robią porządek z biurokracją. 333 przepisy i ustawy trafią do kosza