Straż miejska nie jest niezbędna

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
1 lipca 2013, 09:55
Od mandatów za złe parkowanie przybywa pieniędzy w kasie, ale bezpieczniej się nie robi
Od mandatów za złe parkowanie przybywa pieniędzy w kasie, ale bezpieczniej się nie robi Maksymilian Rigamonti/Reporter/Dziennik Gazeta Prawna
Priorytetem straży miejskiej powinna być poprawa jakości życia i bezpieczeństwa mieszkańców. W praktyce jednak strażnicy są raczej poborcami mandatów.

W ciągu ostatnich kilku lat dwanaście miast i gmin w całej Polsce zdecydowało się zlikwidować swoje straże miejskie Jak podkreślają sami strażnicy, co najmniej tyle samorządów w tym samym czasie utworzyło taką formację. Powodem rezygnacji jest zazwyczaj szukanie oszczędności. Dodatkowo – jak przekonują samorządowcy – wyczerpała się również ich formuła.

Do takiego wniosku pięć lat temu doszedł Ryszard Kosowski, burmistrz Chrzanowa. – Mieszkańcy ciągle skarżyli się na działania strażników. Było ich trzynastu, a ich ulubionym zajęciem stało się wlepianie mandatów za złe parkowanie. Dwóch weszło nawet w konflikt z prawem – wspomina burmistrz w rozmowie z DGP.

Formacja została rozwiązana, a strażnicy musieli poszukać sobie innego zajęcia (m.in. w straży pożarnej). Wszystkie ich dotychczasowe zadania przejęli urzędnicy w zależności od wydziału. Miasto ma też podpisaną umowę z policją na płatne, dwuosobowe patrole. Policjantów przysyła komenda powiatowa. Kosztuje to ok. 100 tys. zł rocznie – siedmiokrotnie mniej niż wydatki na straż miejską. Samochód, niegdyś wykorzystywany przez strażników, dziś służy urzędnikom.

– Zwiększyliśmy też monitoring w mieście. Jego podgląd ma m.in. powiatowe centrum zarządzania kryzysowego – dodaje burmistrz Kosowski.

Stalowa Wola, największe miasto bez strażników, też płaci za większą liczbę patroli policji i paliwo do radiowozów. W tym roku przeznaczy na ten cel ok. 150 tys. zł (wcześniej 1 mln zł rocznie za straż miejską). Miasto przekonuje, że po likwidacji municypalnych przestępczość nie wzrosła.

Burmistrz Świeradowa-Zdroju Roland Marciniak, który w zeszłym roku pozbył się strażników, zapewnia, że w urzędzie są teraz dyżury telefoniczne. Drobne sprawy urzędnicy starają się załatwiać we własnym zakresie, a w razie problemów proszą o pomoc policję lub kierują sprawę do sądu. Miasto wykupiło dodatkowy etat policjanta. – Kosztuje nas on tyle samo co strażnik miejski (57 tys. rocznie), a ma znacznie szersze kompetencje – chwali się burmistrz.

W nieoficjalnych rozmowach strażnicy miejscy narzekają, że nie mają takich uprawnień jak policja (np. łatwiejszy dostęp do broni palnej – obecnie strażnicy mogą otrzymać broń jedynie od organów policji na wniosek komendanta straży miejskiej). Oficjalnie nawołują, by zamiast likwidować ich formację, zmienić priorytety.

Marek Anioł, rzecznik krakowskiej straży miejskiej, zapewnia, że strażnicy miejscy wcale nie marzą o tym, żeby zajmować się fotoradarami czy wyręczać w zadaniach policję drogową. Woleliby robić to, do czego zostali stworzeni: poprawy jakości życia mieszkańców i ich bezpieczeństwa. I tak też, zapewnia, do problemu podchodzą władze Krakowa.

Wiele gmin wychodzi z innego założenia i wciąż traktuje strażników jak poborców mandatowych.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj