Podkreślił, że jeśli Waszyngton zdecyduje się na atak na Syrię, to na pewno nie będzie to tak potężna inwazja, jak w Iraku czy w Afganistanie. Ale USA chcą za wszelką cenę rozwiązać problem Syrii na drodze negocjacji. 

W specjalnym oświadczeniu Kerry stwierdził, że dowody na to, iż syryjski reżim dokonał ataku z bronią chemiczną, są niezbite. Jego zdaniem prezydent Asad ma i wielokrotnie wykorzystywał broń chemiczną; w ataku z 21 sierpnia zginęło 1429 osób, w tym 426 dzieci - podkreślił Kerry powołując się między innymi na częściowo odtajnione informacje amerykańskiego wywiadu. "Sami też widzieliśmy przecież raporty z jedenastu różnych miejsc. Lekarze i pielęgniarki potwierdzali, że ofiary nie miały ran, nie było krwi. Ci ludzie zginęli od gazu Asada" - powiedział Kerry.

Atak z 21 sierpnia był zbrodnią przeciw ludzkości - powiedział Kerry. Podczas wystąpienia polityk powiedział, że zgodnie z informacjami amerykańskiego wywiadu, prezydent Asad wielokrotnie wykorzystywał broń chemiczną. Dodał, że USA wiedzą skąd zostały wystrzelone pociski 21 sierpnia i o której konkretnie godzinie. Według wywiadu, uderzenie zostało przeprowadzone z terenów kontrolowanych przez siły Baszara al-Asada. W docelowym miejscu, w które miały uderzyć pociski, przebywały natomiast siły opozycyjne i zwykli Syryjczycy - powiedział Kerry. Sekretarz Stanu dodał, że reżim prezydenta chciał pozbyć się swoich przeciwników z przedmieść Damaszku. Z informacji wywiadu wynika również, iż atak był przygotowywany przez kilka dni, a oddziały, które znajdowały się w rejonach zajmowanych przez opozycję, wiedziały o nim i były przygotowane na taką ewentualność, nosząc maski gazowe.

Sekretarz Stanu powiedział, że sprzymierzeńcy prezydenta starali się ukryć dowody przeprowadzenia uderzenia. Dlatego reżim tak długo zwlekał z decyzją o wpuszczeniu przedstawicieli ONZ na przedmieścia Damaszku.

Dodał, że ONZ nie ma odpowiedniego mandatu, by stwierdzić, kto dokonał ataku chemicznego - eksperci ONZ mogą tylko stwierdzić, czy atak miał miejsce. Zdaniem Kerry'go świat nie może milczeć i Asad musi odpowiedzieć za atak chemiczny. Jeśli prezydent Barack Obama zdecyduje się na atak wojskowy na Syrię - dodał Kerry - to będzie on ograniczony. Ale kluczową sprawą jest osiągnięcie porozumienia przy stole, drogą rozmów - konkludował amerykański sekretarz stanu.

>>> Czytaj też: NATO nie weźmie udziału w ewentualnej interwencji w Syrii

Przed podjęciem jakichkolwiek działań wobec wobec Syrii rząd USA będzie konsultował się z Kongresem - zapewnił amerykański sekretarz stanu. Kerry powiedział, że najważniejsze są negocjacje z Syrią. Zdaniem obserwatorów, amerykański atak wojskowy na ten kraj jest jednak niewykluczony. Prezydent Barack Obama jest zwierzchnikiem sił zbrojnych USA i może sam zdecydować o akcji militarnej, ale Kongresmeni mają swoje wątpliwości i sugerowali, że chcieliby odegrać jakąś rolę przy podejmowaniu decyzji. Przypominając wcześniejsze słowa prezydenta Obamy Kerry podkreślił, że jeśli dojdzie do interwencji militarnej, to będzie ona ograniczona. "To nie będzie przypominało akcji w Iraku czy Afganistanie, nie będzie tam naszych żołnierzy i nie będzie to interwencja bezterminowa; nie będziemy też ponosić odpowiedzialności za wojnę domową, która już toczy się w Syrii" - podkreślił Kerry.

Barack Obama nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji w sprawie interwencji w Syrii. Prezydent USA przyznał jednak, że rozważa "ograniczony" atak na Damaszek.

Obama stwierdził także, że świat nie może akceptować faktu, iż kobiety i dzieci są "trute gazem". Jednocześnie przyznał, że użycie broni chemicznej i przeprowadzenie w zeszłym tygodniu ataku na cywilów jest wyzwaniem dla świata, a także zagrożeniem dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników - w tym Izraela i Jordanii.

Po wystąpieniu Johna Kerry'ego wszystkie wątpliwości w kwestii amerykańskiej interwencji w Syrii zostały rozwiane - tak uważał Michał Baranowski, dyrektor warszawskiego oddziału The German Marshal Fund. Według Michała Baranowskiego, który był gościem Polskiego Radia 24, słowa Kerry'ego jednoznacznie wskazują na gotowość Stanów Zjednoczonych do interwencji. Uderzając w reżim Asada, Waszyngton chce pokazać swoją siłę w regionie i przestrzec Iran przed dalszym szukaniem dostępu do broni masowego rażenia - ocenia Michał Baranowski. "Żeby dać lekcję Iranowi, musi to być większe uderzenie niż spodziewa się tego Asad" - dodaje ekspert.

>>> Czytaj też: Syria: Inspektorzy ONZ zakończyli zbieranie próbek