Historia Argentyny powinna być nauczką dla wszystkich – populizm i fiksacja na przeszłości nie mogą prowadzić do niczego dobrego - pisze tygodnik „The Economist”.

Dawno, dawno temu…

Na początku XX wieku Argentyna wydawała się gospodarką przyszłości – rosła szybciej niż amerykańska w ciągu poprzednich czterech dekad, a PKB per capita był wyższy niż w Niemczech, Francji czy Włoszech, pisze brytyjski tygodnik "The Economist". Argentyna miała płodną ziemię, słoneczny klimat, świeżą demokrację i wykształconą ludność.

Reklama

Teraz nadal wiele przemawia za ojczyzną tanga: wspaniała przyroda Patagonii i najlepszy piłkarz świata Lionel Messi. Jednak gospodarczo kraj jest ruiną i znajduje się w samym centrum kryzysu na rynkach wschodzących. Można za to winić niekompetencję prezydent Cristiny Fernández de Kirchner, jednak ona jest tylko ostatnim z całej dynastii politycznych populistów z zerową znajomością ekonomii, których tradycje sięgają jeszcze Juana i Evity Perón.

Przepis na porażkę

Argentyński przepis na porażkę to połączenie słabych instytucji państwowych, nacjonalistycznych polityków, lenistwa przejawiającego się w uzależnieniu od kliku zasobów i upartego wypierania prawdy. Oczywiście miała też pecha (gospodarce opartej na eksporcie zaszkodziła fala protekcjonizmu w latach międzywojennych), jednak w większości sama sobie szkodziła: nie zbudowała mechanizmu ochrony swojej świeżej demokracji przed armią, więc stała się podatna na zamachy stanu i nie uformowała silnych partii politycznych zdeterminowanych, by budować i dystrybuować bogactwo. Polityczne machinacje podkopały wiarygodność Sądu Najwyższego i urzędu statystycznego, a korupcja stała się plagą. Argentyńczycy głosują na charyzmatycznych liderów, obiecujących cudowne rozwiązania w postaci podnoszenia ceł i usztywnienie kursu walutowego zamiast wybierać reformatorów.

Jednym z przykładów szkodliwej działalności państwa jest regularne dofinansowywanie spółek energetycznych, aby ograniczyć ich straty. Dopłaty dla sektora energetycznego stanowią 10 proc. wydatków rządu i 2,5 proc. PKB. Dzięki temu rentowność obligacji tych spółek jest najwyższa spośród papierów na wszystkich rynkach wschodzących na świecie, a inwestorzy zarabiają krocie. Czytaj więcej o całym zjawisku tutaj: Obligacje argentyńskiej spółki „zbyt dużej, by upaść” dają krociowe zyski

Nauczka dla wszystkich

Historia Argentyny powinna być przestrogą dla Europy, której liderzy ze świata polityki i biznesu nie dopuszczają do siebie prawdy – żądanie Włochów, by agencje ratingowe brały pod uwagę ich „dorobek kulturowy” i nie zagłębiały się za bardzo w podejrzane finanse publiczne brzmią niepokojąco podobnie do retoryki prezydent Fernández. Chiny są kompletnie uzależnione od eksportu, Rosja liczy tylko na swoją ropę oraz gaz i pozwala rządzić kleptokratom, a w Turcji Recep Tayyip Erdogan o wyraźnie autokratycznych zapędach łączy styl Peronów z islamem.

Morał? Złe rządy mogą zniszczyć każdy kraj, choćby się zapowiadał na raj na ziemi, podsumowuje "The Economist".

Kłopotów ciąg dalszy

We wtorek Argentyna poprosiła sądy w Stanach Zjednoczonych o odroczenie terminu spłaty części jej zadłużenia sięgającego 1,3 mld dolarów (3,94 mld zł), informuje portal BBC News. Jeśli Amerykanie odmówią, Argentynie grozi kolejne bankructwo (byłoby czwarte w historii kraju).

Sprawa dotyczy pieniędzy należnych wierzycielom, którzy nie zgodzili się na udział w restrukturyzacji długu po bankructwie kraju 12 lat temu. Większość inwestorów, którzy mieli argentyńskie obligacje zgodziła się przyjąć znacznie mniejsze kwoty, ale pewna grupa zażądała całości.

Prezydent Cristina Fernandez de Kirchner powiedziała, że rząd odda pieniądze tym, którzy przyjęli ugodę, ale nie zapłaci nic tym, którzy czekali na spłatę całości wierzytelności – nazwała tych wierzycieli funduszami-sępami.

W poprzednim miesiącu argentyńskie peso straciło 19 proc. na wartości, a inflacja wynosi 25 proc.

>>> Trzy lata temu rynki wschodzące zalewał kapitał, pompowany przez główne banki centralne świata. To wówczas odżyło pojęcie wojen walutowych, gdy władze krajów emerging markets broniły swych walut przed gigantycznym wzrostem wartości. Teraz ofensywa idzie w przeciwnym kierunku. Na rynkach wschodzących po wojnach walutowych przyszedł kryzys