Jeśli ludzie zabijają dla 100 zł, co dopiero mówić o sytuacji, kiedy w grę wchodzą dużo, dużo większe sumy. Milion albo kilkanaście. Kilkadziesiąt, a czasem kilkaset milionów złotych. Wtedy każdy chwyt jest dozwolony. Napuszczenie prasy, nasłanie kontroli czy wreszcie wysmażenie paszkwilu i rozpowszechnienie go. Krew się nie leje, za to płyną pieniądze. Można na przykład tak:

„City Security? Proszę, każdy, tylko nie oni. To złodziejska firma. Mają długi w urzędzie Skarbowym i ZUS. Nie płacą ludziom. Moczą swoje liczne spółki, przerzucają z jednej do drugiej długi, a potem stawiają w stan upadłości. A te ich międzynarodowe koligacje, co najmniej podejrzane. Jacyś Rosjanie, Żydzi, Czesi, mają mnóstwo spraw prokuratorskich na karku” – tak, streszczając kwestię, przedstawiciele trzech dużych firm branży ochroniarskiej „zachwalali” swojego biznesowego rywala podczas rozmów z pewną norweską firmą na temat intratnego zlecenia. Nie chcieli dopuścić, aby City Security dostało ten kontrakt. Pech chciał, że Norwegian Global Logistic powstała specjalnie na potrzeby tej akcji. I wszystko, co powiedziano na tych spotkaniach, zostało uwiecznione.

– Chcieliśmy udowodnić, że konkurencja stosuje nieczyste metody, aby nas zniszczyć. By, rozpowszechniając kłamstwa, podważyć naszą reputację i zdeptać dobre imię – Beniamin Krasicki, szef i współwłaściciel City Security (CS) mówi to śmiertelnie poważnie. Teraz w sądzie będzie się domagał przeprosin i wyrównania szkód. Pieniądze zamierza przeznaczyć na cele charytatywne.

Obrona niemożliwa

O donosach jako orężu w walce o kontrakty, pieniądze, wpływy słyszałam od dawna. Tak jak zapewne każdy człowiek w tym kraju. O swoich doświadczeniach opowiadali mi drobni przedsiębiorcy, na których konkurencja słała anonimy do różnych służb i agend państwowych, uprzejmie zawiadamiała o niepłaceniu podatków, zatrudnianiu ludzi na czarno i sprzeniewierzaniu się przepisom sanitarnym. Mówili duzi biznesmeni, którym akcje o charakterze „uprzejmie donoszę” – choć kłamliwe – uniemożliwiały zrealizowanie kontraktów lub wręcz słały ich firmy na dno. „Polskie piekiełko” – kwitowałam, przechodząc nad sprawą do porządku dziennego. Przecież tak po prostu jest. Zwłaszcza że większość moich rozmówców zwierzała się na zasadzie poufności. Bo światem polskiego biznesu rządzi strach. Lepiej się nie wychylać, lepiej nie gadać za dużo, bo można się znaleźć na czarnej liście i jeszcze bardziej oberwać. Tylko nieliczni mieli odwagę mówić o tym głośno. Na potrzeby tego tekstu przywołuję historie, które opowiedzieli mi przedstawiciele różnych dziedzin: medycznej, budowlanej, IT, ochroniarskiej. A mam ich na podorędziu jeszcze kilkanaście.

Reklama

– Nie znam człowieka ze swojej branży, na którego by ktoś nie napisał przynajmniej jednego donosu. Albo, ładniej mówiąc, raportu – wzdycha lekarz z wieloletnim stażem, sława w swojej dziedzinie, który od kilku lat pęta się pomiędzy prokuraturą a tzw. służbami, udowadniając, że nie jest słoniem, wielbłądem, łapówkarzem, malwersantem... Nie, nie jest to Mirosław G., którego proces znów wrócił na łamy gazet. Z tym moim rozmówcą akurat ostatnio nikt nie rozmawia, nie wzywa na przesłuchania, sprawa wydaje się samoistnie umierać, przyschła... Ale szkody, jakich narobiła w jego karierze, pozostały.

Nie przedstawi się, na potrzeby tego tekstu woli pozostać anonimowy. Bo jeśli teraz zabierze głos, może się okazać, że jego wrogowie jeszcze z nim nie skończyli. Ale nawet ci, którzy jeszcze nie mają na swoim koncie takich doświadczeń, wolą się nie wychylać. Na każdego można znaleźć haka, obrzucić guanem, opluskwić – tłumaczą powściągliwość. Nawet jeśli okaże się – za jakiś czas – że wszystko było nieprawdą, smród pozostaje.

Agnieszka Pachciarz, była prezes Narodowego Funduszu Zdrowia, zapewnia, że za jej panowania anonimy szły do kosza, niektóre do ewentualnego wykorzystania w wojewódzkich oddziałach funduszu. Żaden z anonimowych donosów nie spowodował jakiegoś poważnego postępowania wobec kogokolwiek. Większość co prawda w ogóle nie trafiała na jej biurko, ale to, co trafiło, budziło dezaprobatę wobec braku cywilnej odwagi autora, żeby się podpisać. – Tylko jednej sprawie nadałam administracyjny ciąg dalszy, ale nie miałam wyjścia, gdyż została przekazana z Kancelarii Premiera Rady Ministrów – mówi. O tym, która to była ze spraw, nie powie. Ale wiele ich się zdarzyło na przestrzeni ostatnich lat. Żeby wspomnieć tylko historię białostockiego kardiochirurga prof. Tomasza Hirnle, przeciwko któremu jego współpracownik zmontował prowokację mającą na celu oskarżenie go o branie łapówek. W tym przypadku motywacją była złość na zwierzchnika, który sprzeciwiał się, żeby mniej zdolny kolega zdobył specjalizację chirurga kardiologa na jego oddziale. W grę więc wchodziły kariera i przyszłe zarobki. To wystarczyło, żeby zdesperowany mężczyzna zorganizował pułapkę korupcyjną z udziałem osób z półświatka i zawiadomił odpowiednie służby. Jemu akurat to przedsięwzięcie się nie opłaciło, gdyż prowokacja wyszła na jaw, a on został ukarany utratą prawa do wykonywania zawodu na trzy lata. Ale prawdę mówiąc, takich historii zakończonych happy endem – czyli ukaraniem potwarcy i oczyszczeniem poszkodowanego – jest na razie niewiele. Zwykle donosiciele wygrywają, bo ludzie się boją albo nie chcą reagować.

A co na to organy ścigania? Ludzie z tzw. służb przyznają, że jakieś 90 proc. wszczynanych spraw to właśnie takie, których matką był donos. – Jest nas za wielu, każdy chce mieć sukces. Więc jeśli donos ma cień prawdopodobieństwa, to wszyscy się rzucają na pomówionego, żeby ten sukces mieć – mówi jeden z funkcjonariuszy. Przynajmniej przez chwilę. Wszystkie media podadzą, że zatrzymano takiego a takiego. Że za parę lat okaże się, iż były to dęte zarzuty – co z tego.

„Zniszczymy cie to kwestia czasu poczekamy az ta z warszawy troche od ciebie odstapi bo ma kawalek plecow potem znikasz z mapy biznesu mamy na ciebie haki” – to treść jednego z kilku SMS-ów wysłanych przez nieznanego (oczywiście) nadawcę, jakie w marcu zeszłego roku zaczęły przychodzić na numer telefonu dr. Tomasza Ludygi, założyciela prywatnej kliniki EuroMedic w Katowicach. Wygrali w 2012 r. kontrakt w NFZ na świadczenie usług medycznych, oferując średnio o 5 zł mniej za punkt, niż wynosiła średnia na lokalnym rynku. Na przykład w chirurgii naczyniowej 47 zł wobec 52 zł. Życzliwi ostrzegali, że „w zębach” będą oddawali. Bo jeśli oni wygrali i zarobili, ktoś stracił. Potem zaczęła się seria kontroli ze wszystkich możliwych stron. Śląski Oddział NFZ. Potem wydział kontroli i audytu Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego. Był sanepid, nadzór farmakologiczny, kilku konsultantów wojewódzkich różnych specjalizacji. Wreszcie CBA. W sumie 230 dni kontroli. Jedna z lokalnych gazet pisała o szpitalu niemal co tydzień – że korupcja, że nie mają sprzętu, że nie mają ludzi. Skończyło się odebraniem kontraktu. Dziś już jest niemal pewne, że sprawa zostanie umorzona, bo zarzuty okazały się grubo szytą bzdurą. Za to prokuratura zaczęła się interesować byłym już szefem katowickiego oddziału NFZ. Ale cel został osiągnięty: wyeliminowano rywala. Pieniądze z jego kontraktu zabrali inni. Musiał zwolnić ludzi, walczy o przeżycie. Do następnego konkursu może przystąpić za dwa lata.

„Nie słuchał Ludyga jak ostrzegaliśmy go ze mu już nic nie pomoze” – drwił potem w SMS-ie anonim. Dr Tomasz Ludyga i jego zespół byli bezradni. Kropkę nad i postawiła seria artykułów opublikowanych w jednym z ogólnopolskich tygodników. Oprócz EuroMedica zostali w nich opisani jeszcze inni gracze medycznego biznesu, którzy mieli jakoby zatrudniać znajomych królika, fundować obfite lunche, kręcić lody. – Nie wiadomo dokładnie, kto, z kim, dlaczego – śmieje się gorzko jeden z lekarzy, który obserwował z czujnością całą awanturę, bo i jemu się oberwało rykoszetem. Kilka osób zostało obsmarowanych, kilka zdymisjonowanych, ogólnopolski NFZ czeka na nowego szefa. Wtajemniczeni mówią, że oprócz pieniędzy (a o nie zawsze idzie walka) w grę wchodziła też walka platformerskich buldogów pod dywanem. Nastąpiło przetasowanie. Teraz branża czeka, kto okaże się wygranym.

Inni też mają kłopot

– Pierwszy brutalny atak na swoją firmę przeżyłem w 2004 r. – wspomina Borys Stokalski, prezes spółki z branży IT Infovide Matrix, członek rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Zbiegło się to w czasie z rozstrzygnięciami w sprawie CEPiK – prestiżowy projekt, przy którym doradzali, o dużym budżecie, na który nie brakowało amatorów. Po rozstrzygnięciu przetargu do skrzynek dziennikarzy i polityków zaczęły płynąć sążniste donosy. – Że Infovide jest firmą służb, że naszym cichym akcjonariuszem był ówczesny szef Prokomu, że nasze doradztwo jest nierzetelne. Wpadliśmy na pomysł publikacji białej księgi – pełnej dokumentacji naszej pracy, co pomogło w relacjach z mediami – opowiada Sokalski. Ale echa tamtych ataków wracają. – Ta praktyka w branży niestety funkcjonuje – ubolewa. I dodaje, że do idei białej księgi wrócili teraz, przy okazji infoafery – bo choć są Bogu ducha winni, przeciwnicy chcieli ich do niej przylepić. Tak samo, jak okazją do kolejnego ataku i podważania ich wiarygodności biznesowej przez konkurencję było wstrzymanie realizacji projektu dla Enei.

Na pewno nie ułatwia to życia, zwłaszcza jeśli się jest spółką giełdową i każda niekorzystna informacja odbija się na cenie akcji. Poza tym trudno się bronić, jeśli nie jest jasne, jaki wróg i czym atakuje. A przy dużych kontraktach, gdzie w grę wchodzą także decyzje polityczne, donos, prowokacja, czarny PR są wykorzystywane z wielką siłą, na całego. Los takich inwestycji przekłada się na pozycję i sukcesy (bądź porażki) politycznych decydentów, dlatego donosem próbuje się grać na ich poczuciu bezpieczeństwa.

Jarosław Duszewski, który był specjalnym koordynatorem austriackiej spółki Alpine Bau, realizującej liczne kontrakty drogowe w Polsce, dziś tylko się śmieje. I przypomina sprawę dymisji wiceministra Tadeusza Jarmuziewicza: ktoś doniósł reporterom, że spotkał się z przedstawicielem firmy w restauracji. – To było spotkanie w przydrożnym barze, na prośbę samorządowców. Było nas tam 16, obiad na głowę kosztował 26 zł. Wójt chciał rozmawiać o odszkodowaniu od Alpine za zniszczone drogi. A zrobiono z tego farsę, niby-skandal, że ktoś się dogadywał pod stołem – oburza się dziś. Dodaje: niewygodnego ministra nie ma, Alpine nie ma, sprawa mostu w Mszanie za 150 mln zł zamieciona pod dywan. I przyznaje, że donosicielstwo jest powszechne. Wcześniej, kiedy Alpine wygrywała jakiś przetarg i szukała podwykonawców, od razu na jego biurku pojawiały się sterty anonimów: firma donosiła na firmę, człowiek na człowieka. – Na szczęście w małym światku zna się ludzi, wie się, kto jest kim. Ale część spraw trzeba było weryfikować. To była dodatkowa robota – kwituje Duszewski.

City montuje akcję

– My w pewnym momencie nie byliśmy w stanie normalnie funkcjonować – wyznaje Beniamin Krasicki, współwłaściciel firmy ochroniarskiej City Security.

– Było tak, że kiedy zaczęliśmy rosnąć, zbierać lukratywne kontrakty, nasze istnienie stanęło kością w gardle większym graczom. Z różnych stron zaczęły napływać informacje, że ktoś robi nam koło pióra, rozpowszechnia fałszywe informacje – opowiada Krasicki (rocznik 1973). To były dziesiątki drobnych sygnałów. Na przykład rozmawiają z kontrahentem o współpracy, już są niemal dogadani, a tu nagle pojawia się arktyczny chłód, potem telefon milczy, wreszcie pada zdawkowe, że w obliczu pewnych nowych informacji sprawa jest nieaktualna. – Kiedyś po spotkaniu, na którym podpisałem umowę o świadczenie usług z pewnym dużym koncernem, jego prezes na pożegnanie rzucił: „Ciekawe, za ile minut zaczną spływać kolejne donosy” – opowiada Krasicki. Zdawał sobie sprawę, że zaczyna być coraz groźniejszym konkurentem dla innych, na tym polega biznes, żeby konkurować. Ale przecież nie tak.

– W branży ochroniarskiej nikt nie p... się w tańcu – komentuje właściciel agencji public relations, pracującej na potrzeby dużych korporacji. Tłumaczy, że tutaj, jako iż większość firm ma korzenie milicyjne lub wręcz esbeckie, stosuje stare, sprawdzone za dawnych czasów metody. A że walczą między sobą zawodnicy wagi ciężkiej, to na śmierć i życie, a nie do pierwszej krwi.

Polski rynek ochrony zaczął się tworzyć zaraz po 1989 r., ludzie zakładający firmy wywodzili się głównie z ekipy byłych milicjantów i pracowników służb specjalnych. Początki były burzliwe, metody stosowane przez ochroniarzy co najmniej kontrowersyjne, z raportu Najwyższej Izby Kontroli z 1997 r. wynika, że te „niepaństwowe formacje uzbrojone” współpracowały z obcymi służbami, kumały się z mafią, nielegalnie ściągały długi etc. Ale czasy się zmieniały, branża się konsolidowała i cywilizowała. W efekcie podzieliła między siebie rynek. Konsalnet, Impel, Juwentus, Solid Security – w zasadzie nie było im równych, zgarniali największe kontrakty, a reszta drobnicy zadowalała się okruchami z pańskiego stołu. Jeśli nawet jedna firma gigant straciła w danym roku kontrakt na rzecz drugiego giganta, to było wiadomo, że dostanie inny, równie lukratywny – tak się między sobą wymieniali.

City Security – powstała w 1999 r., prężnie rozwijająca się, wchodząca na rynek rosyjski, a potem, po połączeniu w 2013 r. z czeską Mark 2 Corporation (pod nazwą M2.CS), na europejski – była solą w oku. Bo zaczęła zabierać zlecenia, które ci duzi przyzwyczaili się dzielić między siebie.

O tym, że zasady biznesowego fair play nie obowiązują w walce o rynek, przekonali się, kiedy wygrali przetarg na ochronę galerii handlowych Atrium – jesienią 2013 r. Do centrali firmy błyskawicznie trafił donos, 48 stron profesjonalnie przygotowanych i zmieszanych ze sobą prawdy, półprawdy i zwyczajnych kłamstw, którego anonimowi autorzy opisywali fatalną jakoby sytuację finansową City Security, długi, jakie ta miała mieć w urzędach skarbowych i ZUS, donosili o niepłaceniu wynagrodzeń pracownikom oraz licznych sprawach prokuratorskich, jakie miały być prowadzone przeciwko polskim i czeskim współwłaścicielom firmy.

Odpowiedzią było pismo od Atrium, w którym firma wycofuje się ze współpracy.

– To był szok – wspomina Krasicki. Po okresie milczenia właściciel centrów handlowych zgodził się jednak wysłuchać argumentów firmy. W efekcie City Security (w ramach Grupy M2.CS) została w grze, ale tylko z połową kontraktu. Drugą połowę zachował konkurent, który wcześniej miał całość, Konsalnet. – Od tej pory zaczęliśmy mieć oczy dookoła głowy – mówi Marcin Sejdak (rocznik 1976), współwłaściciel City Security. I obmyślać plan na zdemaskowanie przeciwników.

Akcja została zakrojona na szeroką skalę. W końcu zbudowanie porządnej, norweskiej firmy (co z tego, że wirtualnej) to nie w kij dmuchał. Powstała strona internetowa (http://www.norwegiangloballogistic.com), stworzono dobrą legendę (firma logistyczna, stawia magazyny w Polsce, potrzebuje ochrony, ma też ochotę wejść w interes łupkowy). Wynajęto biuro w prestiżowym centrum finansowym przy ul. Emilii Plater w Warszawie. – I powysyłaliśmy zapytania ofertowe do firm z branży ochroniarskiej. Konsalnetu, Solid Security, Juwentusu i Impelu – wyjaśnia pracownica City Security, która na potrzeby tej akcji występowała jako Olga Mayer, reprezentantka norweskiej firmy na Polskę. Jej współpracownik przedstawiał się jako Michał Stencel. Spotkania były tak organizowane, żeby oferenci mijali się w drzwiach, więc wszyscy w branży wiedzieli, z kim „Norwegowie” rozmawiają. Stawką był kontrakt wart 0,5 mln zł, z możliwością jego podwojenia.

Jak opowiada Olga Mayer (prawdziwego nazwiska nie podamy, gdyż kobieta pracuje jako detektyw, często pod przykrywką, wcześniej była funkcjonariuszką CBŚ), podczas zdecydowanej większości spotkań nawet nie trzeba było specjalnie zachęcać przedstawicieli firm, aby mówili o City Security. Sami chętnie zbaczali na ich temat. – Juwentus bodaj już w 30. sekundzie zaczął nas oczerniać – opowiada detektyw. W przypadku Solid Security i Konsalnetu trwało to tylko nieco dłużej. Jedynie przedstawiciel Impelu zachował godny podziwu umiar i przyzwoitość. Ograniczył się do stwierdzenia, że CS nie jest szczególnie lubiane w branży i nie zaproszono go do grona największych graczy, którzy mają ustalić między sobą kodeks etyczny i zasady takiego funkcjonowania na rynku, aby ich pracownicy nie musieli pracować jako „dziady leśne” za parę złotych. Przedstawiciele innych firm sobie nie żałowali.

Zmieniają się rozmówcy, zmieniają firmy, ale główna narracja pozostaje taka sama: nieuczciwi, zadłużeni, nie wywiązują się z zadań. Różnice tkwią w szczegółach: zdaniem jednych dług wobec państwa wynosi 3 mln zł, według innych jest mniejszy lub większy. Przedstawiciele Solid Security wtajemniczają „Norwegów” np. w szczegóły kontraktu City Security z Atrium, opowiadając, jak to przez trzy miesiące nie byli w stanie obsadzić galerii handlowych swoimi ludźmi, bo ich nie mają (nieprawda, Atrium chciało zerwać kontrakt, powołując się na uzyskane informacje). A przetarg na ochronę lotniska w Malborku wygrali, gdyż zaniżają stawki, oferując 9 zł za roboczogodzinę, podczas gdy Solid Security – 18 zł (faktycznie było to 11,96 zł netto w przypadku CS i 14,05 zł netto w przypadku SS). Z kolei przedstawiciele Konsalnetu opowiadają m.in. o tym, że właścicielem czeskiego współudziałowca Mark 2 Corporation jest były wiceminister ds. bezpieczeństwa, który ma kilka procesów o nielegalne podsłuchy zakładane tamtejszym parlamentarzystom. W rzeczywistości mogło chodzić o brata prezesa Mateja Barty – Vita. Ten faktycznie był ministrem transportu. I rzeczywiście – Vitowi Barcie zarzucono udział w procederze podsłuchiwania politycznych przeciwników, ale został oczyszczony. Z kolei przedstawiciel Juventusu przekonywał „Norwegów”, że sieć hoteli Hilton zrezygnowała z usług City Security, bo ci moczą spółki. A poza tym nie płacą pracownikom. I tak dalej, i tak dalej. Aż trudno uwierzyć.

Najwyższe standardy etyczne

Kontaktuję się z przedstawicielami firm biorących udział w norweskim przetargu. Mówię, że piszę tekst o roli donosów i czarnego PR w biznesie. I pytam, czy oni używają takich narzędzi. Czy mogli oczerniać swojego konkurenta z branży City Security, np. podczas rozmów z firmą Norwegian Global Logistic. Sebastian Kaliski – wiceprezes zarządu komplementariusza Grupy Ochrona Juwentus, odpowiada, że nie przypomina sobie, bo to było dość dawno temu. – Ale my takich metod nie stosujemy. W rozmowach mówimy o faktach lub wiedzy ogólnodostępnej, oczywiście, jeśli klient o to zapyta.

Krzysztof Moszyński z Konsalnetu, dyrektor ds. rozwiązań systemowych, oburza się. Nie mogę oczekiwać, że zdradzi mi szczegóły rozmów biznesowych, gdyż te są objęte tajemnicą handlową. – Ale moja firma jest przeciwnikiem takich metod. A ja osobiście jestem wrogiem złego mówienia o konkurencji. To jest nie tylko nieetyczne, lecz także źle odbierane przez klientów – tłumaczy.

Kiedy te same pytania zadaję Andrzejowi Liminowiczowi, wiceprezesowi Solid Security, nie dostaję tak jednoznacznej odpowiedzi. – Wydaje mi się, że nie – mówi. A potem zaczyna opowiadać, że to jego firma była niejednokrotnie oczerniana. – Trudno mi powiedzieć, co mówiłem o City Security, a co ona uznała za złe – mówi wreszcie i prosi, aby przysłać mu konkretne pytania e-mailem. Wysłałam. Nadeszła odpowiedź z działu prawnego: „Spółka Solid Security nie podejmuje w stosunku do konkurujących z nią przedsiębiorców działań sprzecznych z prawem lub dobrymi obyczajami. W szczególności Solid Security sp. z o.o. nie rozpowszechnia nieprawdziwych informacji odnośnie prowadzonej przez jej konkurentów działalności”.

Do Konrada Powały z Impelu (menedżer ds. obsługi klienta) nie dzwoniłam, bo głupio było mi pytać, dlaczego nie oczerniał swoich konkurentów.

Polska smuta czy światowa norma

Zdaniem prof. Andrzeja Falkowskiego, psychologa biznesu z SWPS, plaga donosów to – przykro mówić – typowo polskie zjawisko. A jeśli nie wyłącznie polskie, to wschodnioeuropejskie. Jak się komuś zaczyna powodzić, trzeba go zniszczyć. A to najłatwiej osiągnąć, donosząc na niego. Tak to działało za starych, dobrych komunistycznych czasów, więc te same metody się i dziś stosuje – wywodzi. W krajach, które mają już dawno za sobą okres drapieżnego kapitalizmu, konkurencję traktuje się z szacunkiem. Panuje zdrowa sytuacja wolnorynkowa: OK, byłeś lepszy. – U nas zdrowa konkurencja to wciąż coś nowego. Wciąż działają mechanizmy przeniesione z dawnych czasów. Do tego dołączają się chciwość i kompleksy nowych biznesmenów na dorobku – mówi. Co gorsza, takie działania nie są zagrożone publiczną anatemą. Przeciwnie – towarzyszy im ogólna akceptacja. Ludzie myślą: „cwaniak, ale ich zagiął, załatwił sobie”. – Jak za czasów Pawki Morozowa donosicielstwo jest nagradzane – ubolewa prof. Falkowski.

To nie tylko spuścizna PRL-u, lecz także wręcz folwarczna kultura obecna jeszcze w wielu polskich organizacjach i w życiu społecznym – dr Jacek Santorski, znany w kręgach biznesowych konsultant w zakresie psychologii biznesu, zgadza się z oceną prof. Falkowskiego. Ale dodaje, że ta – wydawałoby się – dzika fala kapitalizmu, choć w bardziej ukrytej formie, jest obecna we wszystkich krajach. Aczkolwiek obszary patologii są coraz mniejsze. I to, o co należy się starać, to żeby osoby hołdujące takim metodom były wykluczane z życia publicznego. – A nie nagradzane – apeluje.

Pozostaje pytanie o sposób walki z patologiami w stosunkach biznesowych. Czy mamy się zdawać na organy ścigania i wymiar sprawiedliwości, które często zawodzą, przeciągają sprawy, nie dają rady. A może – tak jak City Security – przedsiębiorcy powinni brać sprawy w swoje ręce, co grozi nam kolejną paranoją. Inna sprawa, że w toku prac legislacyjnych są ustalenia, które uniemożliwią włączania jako materiału dowodowego prowokacji i nagrań dokonywanych przez prywatne osoby. Pytam o to prof. Piotra Kruszyńskiego, członka Naczelnej Rady Adwokackiej, specjalistę z zakresu prawa karnego materialnego i procesowego. Odpowiada, że na razie nie ma takiego przepisu. To raz. A dwa, że jeśli ktoś działa w obronie swoich praw, ma do tego moralne prawo. Co do szczegółów wypowie się niezawisły sąd. I tego się będziemy trzymać.

Kilkudziesięciosekundowe „streszczenia” rozmów z przedstawicielami firm Konsalnet, Juwentus i Solid Security znajdą państwo na www.gazetaprawna.pl i www.dziennik.pl