Bartosz Sawicki z TMS Brokers nie ma wątpliwości: czeka nas stopniowy spadek ceny uncji i wzrost napięcia na Wschodzie niczego tu nie zmieni.

- Nie widzę dobrych perspektyw dla tego typu inwestycji. Przede wszystkim dlatego, że przed nami okres normalizacji polityki pieniężnej w dużych gospodarkach, jak USA. Jeśli nawet złoto będzie przejściowo drożeć ze względu na jakieś złe informacje z Ukrainy, to przez inwestorów będzie to wykorzystywane jako okazja do jego wyprzedaży – mówi.

Czy złoto da zysk?

We wspomnianej przez analityka normalizacji polityki pieniężnej chodzi o to, że po kilku latach pompowania w system finansowy bilionów nowo wydrukowanych dolarów, amerykański Fed stopniowo ogranicza ten proces. Głównie dlatego, że dostrzega pierwsze sygnały gospodarczego ożywienia. Skoro zabraknie taniego pieniądza, to niektóre aktywa (m.in. złoto), w które był on lokowany, przestaną drożeć. Tak w skrócie wygląda to rozumowanie. Zwolennicy tej teorii wskazują, że odpływ kapitału ze złotego rynku trwa już półtora roku, same fundusze ETF, które stały za złotą hossą, wycofały w tym czasie z niego 33 proc. zaangażowanej kwoty.

- Bez względu na globalne kryzysy, cena złota będzie spadać w kolejnych miesiącach w kierunku 1100 dolarów za uncję – mówi Bartosz Sawicki. Obecnie jest to około 1300 dolarów. Według analityka niewiele zmieni odbudowujący się popyt na złoto fizyczne ze strony azjatyckich jubilerów.

Reklama

I właśnie na takie analizy zżymają się ci, którzy zajmują się sprzedażą złota fizycznego. Filip Fertner, członek zarządu Inwestycji Alternatywnych Profit, wskazuje na fundamentalną różnicę w podejściu do kupowania kruszcu między analitykami z rynku finansowego i ekspertami zajmującymi się tylko metalami szlachetnymi.

- Jestem przeciwnikiem nazywania kupowania złota inwestycją. To błąd. Wynika on z tego, że przez ostatnie kilka lat mieliśmy niemal nieustający wzrost ceny złota i jego kupno bądź zakup instrumentów finansowych opartych na złocie dawał bardzo duże zyski. W Polsce to było szczególnie widoczne, bo wzrost światowej ceny złota zbiegł się w czasie z osłabieniem złotego do dolara. I dlatego złoto zostało potraktowane jako niezły przedmiot spekulacji. Ci, którzy mówią dziś o tym, że złoto nie zapewnia już wysokich stóp zwrotu, odnoszą się właśnie do tej sytuacji. Do inwestowania pieniędzy tak, żeby zarobić w krótkim terminie. Tymczasem złota – zwłaszcza w fizycznej postaci – nie kupujemy po to, żeby szybko zrobić na nim kasę – mówi Fertner.

Według niego wycofywanie się inwestorów finansowych z tego rynku wcale nie musi być złą informacją. Jak mówi notowania złota ostatnio nie wykazują żadnej korelacji z jakimkolwiek innym instrumentem czy towarem, co potwierdza tezę o tym, że znów pełni ono rolę przede wszystkim zabezpieczenia utraty wartości majątku.

- Złoto ma zabezpieczyć nas przed tym, co nieznane, odległe, a nie przynosić bieżące dochody – podkreśla Filip Fertner.

Kryzys podniesie cenę

Wojciech Kaźmierczak, prezes Mennicy Wrocławskiej wypowiada się w podobnym tonie, co jego konkurent. A więc: coraz więcej klientów patrzy na złoto nie jak na maszynkę do szybkiego zarobku, ale raczej zabezpieczenie na wypadek nieprzewidywalnego, odległego w czasie wydarzenia.

- Złoto pełni rolę bezpiecznego aktywa nie od dziś – mówi Kaźmierczak.

I szef Mennicy Wrocławskiej, i członek zarządu IAP obstawiają dokładnie odwrotny scenariusz wobec tego, co wyliczał analityk TMS. Ich zdaniem eskalacja konfliktu ukraińskiego może doprowadzić do wzrostu ceny złota.

- Skoro od stuleci złoto traktowane jest jako konserwant siły nabywczej w czasie. To jasne, że w sytuacjach kryzysowych będzie rosło zainteresowanie nim. A to oznacza wzrost ceny – mówi Filip Fertner. Jego zdaniem mało prawdopodobne jest pobicie rekordu ceny za uncję, (wzrostu powyżej 1900 dolarów za uncję).

- Ale jeśli kryzys będzie się pogłębiał, to przekroczenie poziomu 1500 jest możliwe. Robienie takich prognoz jest niezwykle trudne, bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak bardzo i w jakim kierunku będzie eskalował konflikt. Czy ktoś był w stanie przewidzieć jeszcze kilka tygodni temu, że nad terytorium Ukrainy zostanie zestrzelony samolot pasażerski? – dodaje.

Wojciech Kaźmierczak też unika jednoznacznych prognoz.

- W przypadku dalszej eskalacji w postaci np. interwencji wojsk rosyjskich na Ukrainie, z pewnością dojdzie do skoku cen złota. Trudno jednak przewidzieć, czy byłoby to 1500 czy 2000 tysiące dolarów za uncję. Z kolei deeskalacja konfliktu może być czynnikiem stabilizującym cenę. Choć czynników stymulujących cenę złota jest ostatnio tak dużo, że większych spadków raczej się nie spodziewamy – mówi szef MW.

>>> Czytaj też: Złoto nie obawia się wojny

Jeśli kupować, to co

Prezes Kaźmierczak twierdzi, że w jego firmie już widać zwiększone zainteresowanie zakupami złota ze strony inwestorów indywidualnych. Klienci pytają o małe sztabki i monety bulionowe. Powód? Ukraina.

Filip Fertner dodaje, że dla funkcji, jaką pełni złoto w fizycznej postaci, nie ma znaczenia, w jakiej formie je kupimy. Sztabka będzie nas zabezpieczać tak samo, jak monety.

- Jeśli kupujemy złoto w monetach, to zmienia tylko tyle, że za tym złotem stoi jakiś rząd lub bank centralny i nie potrzebujemy dodatkowego certyfikatu. Co do sztabek: warto jest kupować sztabki oznaczone przez firmy-członków London Bullion Market Association. No i inwestować w takie gramatury, które zapewnią nam pożądaną płynność w przyszłości. Jeśli mamy do ulokowania 100 tys. zł, to nie warto kupować jednej sztabki 250 gramowej, tylko kilka mniejszych. Po to, żeby później - gdy zajdzie potrzeba spieniężenia złota - nie musieć sprzedawać od razu całości – mówi Fertner.

Eksperci unikają odpowiedzi na pytanie, ile majątku należałoby zainwestować w złoto. Trudno jest jednak traktować zakup jednogramowej sztabkę jako zabezpieczenie ze względu na jej niewielką wartość.

- Odpowiadając najkrócej: w złoto należy ulokować tyle, by spieniężenie go w przyszłości zapewniło nam środki na przeżycie przez jakiś czas, albo – w sytuacjach skrajnych – pomogło uratować zdrowie czy życie – mówi Filip Fertner.