Gdy w 2010 Victor Orban przejmował władzę, obiecał milion nowych miejsc pracy i wzrost gospodarczy.

Na krótko przed wyborami przyszły premier powiedział w udzielonym mi wywiadzie, że jego planem jest zbicie deficytu i bezrobocia połączone z obniżeniem i uproszczeniem podatków. – Monetaryści nazywają mnie populistą. Ja twierdzę, że to realizm – przekonywał. Wtedy orbanomika wyglądała jak pomysł z kosmosu. W Europie szalał kryzys.

Rządy podwyższały podatki, by walczyć z deficytem, a Orban szedł pod prąd. Po objęciu władzy obniżył PIT i CIT, ale wprowadził podatek bankowy. Obłożył nim również telekomy i sieci supermarketów. Czyli tych, którym trudno było zwinąć interes z dnia na dzień i przenieść się np. na Słowację czy do Polski. Naraził się wielkiemu biznesowi, który ochrzcił go mianem victatora.

Pokochali go Węgrzy, bo oprócz niższych podatków dał im pracę (bezrobocie pod koniec 2014 wynosiło 7 proc., w 2010 powyżej 11 proc.) i obiecany wzrost gospodarczy (w tym roku ma wynieść 2,5 proc.). Deficyt budżetowy na koniec ubiegłego roku wynosił zaledwie 2,9 proc. PK B. Orbanomika zdała egzamin, a jej autor zaczął tracić poparcie. Powszechna opinia głosi, że to z powodu autokratycznych zapędów premiera. Ładna teza. Ale nieprawdziwa, bo spadkom towarzyszy wyraźny wzrost poparcia dla prawicowego Jobbiku. Przy jego liderze Gaborze Vonie Orban to ledwie victatorek,