W Chinach państwo jest wszędzie. Nie tylko monopolizuje (lub prawie) tzw. sektory strategiczne (m.in. obronny, tytoniowy, transport, edukację, wydobycie gazu ziemnego i ropy naftowej, elektrownie). Działa także w branżach konkurencyjnych, takich jak produkcja żywności, sprzedaż detaliczna czy prowadzenie hoteli. W wielu przypadkach państwowe firmy wykorzystują swój uprzywilejowany status, by przejmować prywatne spółki.

Jedno prawo, trzy księgowości

Na czym polegają te przywileje? Na łagodniejszym traktowaniu przez władze. Łatwo im się wymigać od konsekwencji, gdy oszukują klientów, uchylają się od płacenia podatków albo łamią warunki wydanego przez urzędników pozwolenia. Tymczasem zarządzający prywatnymi chińskimi spółkami w podobnych sytuacjach muszą liczyć się z egzekwowaniem prawa z całą surowością: z aresztowaniem prezesów bądź właścicieli, zawieszenie prawa do prowadzenia działalności gospodarczej i w efekcie z ruiną finansową.

Autor twierdzi jednak, że w Chinach państwowe firmy są też lepiej zorganizowanie niż prywatne. Co prawda większość członków partii komunistycznej nie uczęszczała na kursy MBA na Harvardzie, ale przez 70 lat mogli się ćwiczyć w zarządzaniu metodą prób i błędów. Prywatny sektor w Chinach ma za sobą tylko trzy dekady praktyki. Do dzisiaj prywatne firmy działają w Państwie Środka, jakby były w szarej strefie. Często prowadzi je jeden człowiek. Nie jest za to rzadkością posiadanie trzech księgowości: jednej dla urzędu skarbowego, jednej dla banku i tej prawdziwej – dla siebie (niektórzy żartują, że jest jeszcze czwarta – dla żon).

Z drugiej strony państwowe firmy to duże organizacje zarządzane zespołowo, zwykle według czytelnych zasad i z bardziej przejrzystymi finansami. Te firmy mają także lepszy dostęp do finansowania (biorą 2/3 kredytów bankowych), które jest w dodatku tańszego niż dla prywatnych. Łatwiejsze są także ich kontakty z urzędnikami, którzy mniej obawiają się okazać im przychylność, gdyż nie narażają się na oskarżenia o korupcję.

>>> Czytaj też: Dyplomacja pieniądza, czyli dlaczego Chiny rządzą światem

Kontrola znów rośnie

Autor zauważa, że w ostatniej dekadzie w Chinach państwo znów zwiększyło swoją ingerencję w gospodarkę. Po koniec lat 80. XX w. ze 100 ministerstw pozostało 40. Od tego czasu liczba ministerstw, biur i innych organów regulacyjnych wzrosła ponownie do około 100. Tylko w sektorze finansowym są cztery duże organy regulujące (Chińska Komisja Regulacyjna Papierów Wartościowych, Chińska Komisja Regulacyjna ds. Ubezpieczeń, Chińska Komisja Regulacyjna ds. Bankowości i Ludowy Bank Chin), których uprawnienia wcześniej były skupione w banku centralnym. Zhang, który w latach 1986–1989 pracował w trzech wspomnianych komisjach, zauważa, że wtedy były one bardzo małe. Dzisiaj pełnią rolę ministerstw, choć oficjalnie nimi nie są.

To zresztą typowe dla chińskiej gospodarki. Dwie dekady temu rozwiązano np. Ministerstwo Przemysłu Tekstylnego, ale powołano do życia Radę ds. Odzieży, która pełni te same funkcje. Dawne Ministerstwo Przemysłu Petrochemicznego to dzisiaj firma China Petrochemical Group (Sinopec). W marcu 2013 r. przestało istnieć Ministerstwo Kolei, powstała za to Generalna Korporacja Kolei, która gra dokładnie tę samą rolę. Bez względu na nazwę te podmioty wykonują zadania rządu i są finansowane albo współfinansowane z pieniędzy podatników.

Dobrym miernikiem udziału państwa w gospodarce jest stosunek podatków do PKB. Na początku lat 80. XX w. wnosiły one do PKB prawie 30 proc., by spaść do 10 proc. w 1986 r. Od tego czasu ich udział w przychodach państwa regularnie rośnie (w 2012 r. sięgnął 22 proc. PKB). Największy wzrost (z 12 proc. do 22 proc.) miał miejsce w ostatniej dekadzie. Zhang zauważa, że w zachodnia prasa tego nie dostrzega, ponieważ przeczy to przyjętej tezie o wycofywaniu się chińskich władz z zarządzania gospodarką.

Państwo wydaje pieniądze m.in. na infrastrukturę. Na przykład w 1986 r. na rzece Jangcy były cztery mosty i żadnego tunelu. Dzisiaj jest 86 mostów i tuneli. Oczywiście zbudowały je firmy państwowe.

>>> Czytaj też: Morgan Stanley ostrzega: Chiny zafundują światu globalną recesję

Chińczycy kochają państwo

W ostatniej dekadzie prywatny sektor w Chinach rozwijał się dynamicznie, ale państwowy jeszcze szybciej. Państwowe spółki to 80 proc. kapitalizacji giełdowej chińskich giełd. Jest bardzo niewiele liczących się prywatnych firm w Chinach. „Wynik meczu między sektorem państwowym a prywatnym w Chinach w ostatniej dekadzie to: prywatny – 0, państwowy – 1” – podsumowuje Zhang.

W rozdziale 12. („Oni kochają państwo, serio”) autor zwraca uwagę na panujące na Zachodzie przekonanie, że to władze narzuciły kapitalizm państwowy chińskiemu narodowi, który nie ma wyjścia i musi go akceptować. Tymczasem jego zdaniem, gdyby przeprowadzono referendum, czy utrzymać duży udział państwa w gospodarce, większość Chińczyków głosowałaby za. Paradoksalnie pomimo braku demokracji polityka chińskiego rządu odzwierciedla to, czego chcą obywatele.

Jak podsumowuje autor, „centralni planiści w Chinach nigdzie się nie wybierają”.

Książka Zhanga jest bardzo nierówna. Jest w niej mnóstwo ciekawych informacji, ale trzeba się sporo namęczyć, by do nich dotrzeć (osobiście zalecałbym czytanie dopiero od rozdziału 10.). Widać, że autor jest bardziej menedżerem niż pisarzem i nie zatrudnił zawodowego dziennikarza, by pomógł mu skonstruować spójną publikację. Warto jednak po tę książkę sięgnąć, bo pokazuje sprawy Chin z perspektywy kogoś, kto pracował w chińskich państwowych przedsiębiorstwach i w prywatnych firmach amerykańskich. Ma więc porównanie. Doświadczył też tego, jak zmieniała się chińska gospodarka w ciągu ostatnich 30 lat.

O tym, że jego obserwacje są trafne, świadczy chociażby opublikowany we wrześniu 2014 r. przez PEW Global międzynarodowy sondaż. Wynika z niego, że 89 proc. Chińczyków jest zadowolonych z sytuacji gospodarczej swojego kraju. Tego zdania jest tylko 29 proc. Polaków.

52-letni Joe Zhang był pracownikiem banku centralnego Chin (oficjalnie Ludowy Bank Chiński) w Pekinie. W latach 2006–2008 był prezesem rządowej chińskiej firmy Shenzen Investment Limited. Przez 11 lat pracował także dla banku inwestycyjnego UBS. Publikował artykuły m.in. na łamach „The New York Times”, „Financial Times”, i „The Wall Street Journal”. Obecnie mieszka i pracuje w Hong-Kongu.

Źródło nieznane