Początek roku na światowych giełdach i rynkach finansowych wypadł fatalnie, dla niektórych – najgorzej w historii. Przypomniał o tym, co się działo po załamaniu koniunktury wiosną 2000 r., w styczniu 2008 r i w 2009 r. Osiem lat temu rozkręcał się wielki kryzys finansowy, którego echa – mimo upływu lat – pobrzmiewają do dziś i który stał się zarzewiem wszystkich lub prawie wszystkich późniejszych kłopotów. Sprawa jest znana: to była reakcja na pęknięcie bańki kredytowej, czyli m.in. na masowe udzielanie kredytów hipotecznych osobom, które de facto nie były w stanie regulować zobowiązań.
I na wyrafinowaną, piętrową sekurytyzację długów, która okazała się pułapką. Chodzi o tworzenie pakietów wierzytelności o zróżnicowanej jakości, stanowiących zabezpieczenie emitowanych papierów wartościowych, głównie obligacji. Emisje takie oznaczały przeniesienie ryzyka na wiele instytucji finansowych, w tym inne banki czy fundusze, a ostatecznie nawet na słynnych emerytów, np. norweskich. Jednocześnie pozwalały pozyskiwać kapitał na dalszą ekspansję kredytową. Do czasu, kiedy skala niewypłacalności dłużników stała się zbyt duża i zbudowana w ten sposób piramida zaczęła się walić.
Rok 2000 to z kolei pęknięcie Nie mogło być inaczej: gorączka porównywalna z XVII-wieczną tulipomanią w Holandii (za niektóre cebulki kwiatów płacono wtedy tyle, ile za domy) musiała wywołać chorobę rynku. Powrót do zdrowia wiązał się ze zwycięstwem zasad normalnej ekonomii nad przekonaniami, że w wirtualnym świecie nie liczą się przychody i zyski. Liczy się tylko obecność w sieci, a kto pierwszy zajmie w niej miejsce, zyska większą wartość. Wiara w cuda została brutalnie zweryfikowana, a w ślad za nią – astronomiczne wyceny.
Początek 2016 r. jest inny. Nie jest związany z pęknięciem żadnej bańki. W każdym razie nic o tym nie wiadomo. Żadne wyjaśnienia – radykalny spadek cen surowców, zwłaszcza ropy, dekoniunktura na rynkach wschodzących, podwyżka (dotąd raptem jedna – o 0,25 pkt proc.) stóp procentowych w USA, obawy o gospodarkę Chin – nie są przekonujące. Przed laty na porządku dziennym były prognozy mówiące o prawie 200 dol. za baryłkę ropy, co miało spowodować kataklizm inflacyjny oraz poważnie zaszkodzić rozwiniętym gospodarkom. Nic takiego się nie stało. Nie ma powodów – na razie – by przesadzać z oceną przewidywanych skutków odmiennego, równie silnego trendu.
szkodzą krajom, które je sprzedają, ale mniej lub bardziej pomagają innym. W Stanach Zjednoczonych kłopoty ma branża naftowa, lecz konsumenci nie mają powodów do narzekań, a ich nastroje i popyt mają kluczowy wpływ na koniunkturę. Lepiej wygląda również bilans handlu z zagranicą (mniejsze wydatki na import). Ostatecznie, jak oceniają eksperci, niskie ceny ropy są korzystne dla największej gospodarki świata.
Nie ma powodów – na razie – by podwyżkami stóp procentowych przesadnie zawracać sobie głowę. Podejrzana byłaby teza mówiąca o tym, że rynki antycypują już długą serię podwyżek i zarazem tragiczne jej skutki w realnej gospodarce. Nic przecież nie jest przesądzone. Fed, który przez wiele lat utrzymywał zerowe stopy i wydrukował kilka bilionów dolarów, nie zamienił się nagle w stado jastrzębi. Nie wiadomo też, jak uzasadnić twierdzenie, że stopy, które nominalnie są symboliczne, a mimo ewentualnych kolejnych podwyżek mogą być jeszcze długo realnie ujemne, miałyby wywołać nie tylko zwykłą recesję, ale i bardzo silne, globalne wstrząsy gospodarcze porównywalne z kryzysem z 2008 r. Chyba że przyznajemy, iż jakikolwiek wzrost kosztów pieniądza jest nie do udźwignięcia dla USA i Amerykanów.
jest poważna. Twarde lądowanie nie jest wykluczone. Olbrzymie rezerwy dewizowe tego kraju nie są gwarancją, że wszystkie problemy uda się rozwiązać. Zwłaszcza gdyby doszło do paraliżującego gospodarkę pęknięcia bańki kredytowej i nieruchomościowej, którą niektórzy diagnozują. Przy wszystkich różnicach, czy nie ma żadnych analogii do sytuacji z lat 90. ubiegłego wieku, kiedy w pułapkę stagnacji i deflacji wpadła druga wówczas pod względem wielkości gospodarka świata, czyli Japonia (również z powodu pęknięcia bańki na rynku kredytów i nieruchomości)?
>>> Czytaj też: Czy powinniśmy bać się kłopotów Chin? Tłumaczymy powiązania Polski i Państwa Środka
W jakiejś mierze wciąż w niej przecież tkwi, choć od dłuższego czasu próbuje się z niej wydobyć za pomocą sprawdzonych przez amerykański bank centralny narzędzi, dorzucając własne rozwiązania, jak – niedawno – ujemne nominalne stopy procentowe. Świat przeszedł jednak nad tym do porządku dziennego i jako taki radził sobie całkiem nieźle. Dlaczego miałby popaść w przerażenie na widok chwiejących się ekonomicznie Chin? Japonia nie okazała się kamieniem u szyi globalnej gospodarki czy jej liderów, w tym USA. Dlaczego Chiny, dziś druga gospodarka na świecie, miałyby odegrać tę rolę?
Amerykański eksport do Państwa Środka nie jest duży. Najpoważniejsze straty poniósłby, jak się wydaje, amerykański kapitał ulokowany w chińskich aktywach. Ale przecież nie czeka on bezczynnie na katastrofę; spora jego część została chyba w ostatnich miesiącach wycofana. Chiny były długi czas niemal niezastąpione w roli kupca obligacji skarbowych USA. Inaczej mówiąc, z gromadzonych przez siebie nadwyżek finansowały amerykański deficyt. W przypadku załamania nie będą w stanie odgrywać tej roli. Ich rezerwy będą pożerane przez uciekający kapitał oraz wewnętrzne programy stymulacyjne. Jednak Fed udowodnił chyba, że drukując pieniądze (luzując ilościowo politykę pieniężną) potrafi w razie potrzeby zapanować nad rynkiem amerykańskiego długu?
Z kolei rynki wschodzące, nawet te największe, jak Brazylia czy Rosja, nigdy nie były w centrum uwagi na kluczowych giełdach. Nie na tyle, by wywołać na nich panikę, a rozwinięte gospodarki wpędzić w gigantyczne kłopoty. Popularności – przejściowej, ale niekiedy bardzo dużej – emerging markets nie odpowiada realne znaczenie tych krajów w globalnym systemie ekonomicznym. Ewentualna katastrofa gospodarcza za naszą wschodnią granicą czy w Ameryce Południowej to nie jest to, przed czym drżą inwestorzy i analitycy skupieni przy monitorach w nowojorskich i londyńskich biurach.
Co się więc dzieje? Dlaczego początek roku wypadł tak źle? Co inwestorzy giełdowi wiedzą lub przeczuwają, z czego my jeszcze nie zdajemy sobie sprawy dostatecznie jasno? Najbardziej radykalni eksperci uważają, że w odniesieniu do prawie wszystkich aktywów inwestycyjnych na świecie mamy do czynienia z bańkami, co miałoby być skutkiem m.in. ekstremalnie luźnej polityki monetarnej. Przy tych założeniach przekłucie balonów jest tylko kwestią czasu, jeśli już się nie zaczęło. Inni specjaliści naśmiewają się z takich tez. Trudno wskazać, gdzie jest prawda.
Rynki piszą własny scenariusz. Bywa, że się mylą. Przesadzają z reakcjami. Zachowują się histerycznie. Być może tak jest i tym razem, a jakiekolwiek analogie z początkiem 2008 r. czy z 2000 r. są nieuzasadnione. W dyskusjach na ten temat wiele osób tak właśnie twierdzi. Dobrze by było, aby miały rację. Rzeczywiście, trudno – na razie – wskazać wyraźny powód strachu, który opanował giełdy. Możliwe jest też jednak, że to odpowiedź rynków nie na taką czy inną bańkę, ale na koszyk zgniłych jaj, w którym są i kłopoty Chin, i turbulencje na emerging markets czy w krajach produkujących surowce, i wreszcie nierozwiązane problemy gospodarek rozwiniętych, o których wszyscy zdają się zapominać.
A kluczowe może być to, że świadomości wyzwań towarzyszy uzasadnione przekonanie o wykorzystanym już lub bardzo ograniczonym arsenale do dyspozycji (rekordowo zadłużonych) rządów i banków centralnych. Jedyne, co jest pocieszające, to zgodność opinii wielu znanych inwestorów, analityków i ekonomistów, że globalna gospodarka jest w niebezpieczeństwie. Rzadko się zdarzało, by ta zgodność była potwierdzeniem słuszności ich sądów. Wyjaśnienie co do natury fatalnego początku roku uzyskamy niebawem. Bywa, że rynki się mylą – owszem – ale nie mają zwyczaju trwać w błędzie. Jeśli się nie mylą, znowu będziemy mówić o globalnym kryzysie, potencjalnie nie mniej niebezpiecznym niż ten z 2008 r.
>>> Polecamy: Najgorszy w historii rok dla giełd. To początek finansowej katastrofy?
