Wanat zaczyna tekst tak: „Wyniosłam się z Niemiec, bo w mojej wiosce uchodźcy brudzili, kradli, straszyli turystów, a Niemcy podpalali domy azylanckie – mówiła Polka w głośnym wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”. Sprawdziłam. Zgadza się tylko to, że Polka się wyniosła.”
Dalej cała masa zarzutów, które układają się w jeden ciąg - rozmowa opublikowana przez DGP to antyimigrancka nagonka pod tezę.
- Nie będziemy udawać, że jak ktoś pluje, to pada deszcz. Nie wiem, jakimi racjami kierowało się kierownictwo Tygodnika Powszechnego, drukując taki paszkwil. W najbliższym wydaniu Magazynu DGP, 25 listopada, publikujemy drugą rozmowę z Mayą Paczasny, w którym punkt po punkcie odnosimy się do tej manipulacji – mówi Andrzej Andrysiak, redaktor odpowiedzialny za Magazyn DGP.
Oto jej fragmenty:
- Rozumiem, że nasza historia nie pasowała do tezy Ewy Wanat, że Niemcy to otwarte społeczeństwo, przyjmujące z otwartymi rękami innych, nie tylko uchodźców. W naszej historii nie ma dziur, więc red. Wanat podważa wszystko, co jest niesprawdzalne.
Mówię. Mieszkałam tam bez przerwy przez ponad sześć lat. Załatwiałam sprawy w urzędach, bankach, na policji, w sklepach, rozmawiałam z agentami nieruchomości, architektami, nadzorcami budowlanymi, urzędnikami z Urzędu d./s uchodźców.
Nie ludzie we wsi, tylko jeden człowiek, Polak, nazywany przez nas Józiem Volsksdeutchem, mówiący lepiej po polsku niż po niemiecku, z którym jeśli rozmawiałam, to rozmawiałam po polsku.
Sytuacja, jaka zaistniała w Niemczech i polityka rządu niemieckiego. Oczywiście, byłam wolnym człowiekiem, mogłam otworzyć hotel w Rupprechtstegen i zbankrutować. Jednak, jak trafnie zauważyła Ewa Wanat za chwilę w tej wsi będzie więcej uchodźców niż dotychczasowych mieszkańców. Kto przyjedzie do takiego hotelu.
A dlaczego ceny nieruchomości w tamtej okolicy spadły, dlaczego za nasz dom, 2 tys m2 powierzchni, do tego wyremontowany agencje nieruchomości oferowały mniej niż za domek jednorodzinny w Polsce, dlaczego agenci nieruchomości mówili, że tu żaden hotel nie powstanie? Kiedy zrozumieliśmy, że nie ma sensu otwierać hotelu, postanowiliśmy wystawić nasz budynek na sprzedaż.
Proszę, tu są zdjęcia. Tak wyglądał hotel gotowy do użytkowania.
Widziałam, że w tym artykule cytuje burmistrza Hartenstein, Wernera Woltera. Ciekawi mnie dlaczego w tym tekście nie ma informacji, ilu radnych gminy było za powstaniem domu azylanckiego w naszym hotelu. Odpowiem pani na to pytanie: nie ma, bo to by nie pasowało do tezy, że Niemcy są otwarci, przyjaźni innym. Wszyscy urzędnicy, łącznie z burmistrzem byli przeciwko. Wszyscy! I to na dwóch głosowaniach.
Procedura jest taka, że podpisuje się umowę przedwstępną z rządem niemieckim na otworzenie domu dla uchodźców, po czym władze lokalne muszą się zgodzić na zmianę przeznaczenia budynku. Taką umowę podpisaliśmy w maju 2015 roku. Było przeznaczenie na hotel, a musiała być zgoda na przeznaczenie na dom dla uchodźców. Wszyscy przedstawiciele gminy głosowali przeciwko. Jednogłośnie.
Cały wywiad przeczytasz tutaj: "Był raj, jest śmietnisko". Jak wyglądają Niemcy po fali uchodźców? [WYWIAD]
