Jak czytamy, Elektrownia Turów, należąca do państwowej PGE, to wdzięczny temat do analiz dla ekspertów od klimatu i transformacji regionów. "Po pierwsze, jest duża — z mocą bliską 2 GW jest ważnym elementem krajowego systemu energetycznego. Po drugie, spala węgiel brunatny, czyli najbardziej emisyjne z paliw energetycznych. Wreszcie po trzecie, zlokalizowana w pobliżu granicy polsko-niemieckiej oraz polsko-czeskiej zbiera krytykę od obu tych sąsiadów" - zauważa gazeta.

Podaje, że najnowszą analizę zleciła Krajowa Izba Klastrów Energii, a pracowali nad nią eksperci Instytutu Elektroenergetyki, Zakładu Elektrowni i Gospodarki Elektroenergetycznej Politechniki Warszawskiej. Według gazety wynika z niej, że Elektrownia Turów może zostać zastąpiona miksem OZE, takich jak wiatr, słońce, biomasa oraz woda. Efektem miałyby być nie tylko korzyści ekologiczne, ale też ekonomiczne i poprawienie warunków życia mieszkańców oraz stosunków z Czechami i Niemcami.

"Analiza wykazała, że w celu pokrycia produkcji energii elektrycznej obecnej pracy elektrowni Turów należy przyjąć odpowiedni miks OZE: za 1,14 GW odpowiadałyby farmy wiatrowe, za 2,1 GW — farmy fotowoltaiczne, za 0,06 GW — elektrownia na biomasę, a za 2,3 GW — elektrownia szczytowo-pompowa" — czytamy.

Wedle szacunków ekspertów z Politechniki Warszawskiej nakłady inwestycyjne na budowę elektrowni szczytowo-pompowej w Turowie wyniosłyby 14 mld zł, a koszty operacyjne i utrzymania to łącznie 6,5 mld zł przez 25 lat. "Łącznie daje to koszt wytwarzania energii przez 25 lat na poziomie 20,5 mld zł. Należy jednak pamiętać, że nowa elektrownia stanowiłaby część systemu zasilanego również słońcem, wiatrem i biomasą. Koszt wytwarzania energii w całym systemie przez 25 lat eksperci oszacowali na 41 mld zł. Tymczasem porównywalnie wyliczony koszt kontynuowania wytwarzania w węglu brunatnym to… aż 104 mld zł. Na tak wysoką kwotę wpływ mają koszty paliwa, uprawnień do emisji dwutlenku węgla, a także koszty rekultywacji terenu" - wylicza "PB".(PAP)

Reklama