„Cel odłączenia internetu jest oczywisty – to izolacja informacyjna i uniemożliwienie koordynacji protestu poprzez komunikatory i sieci społecznościowe” – powiedział PAP Andrej Parotnikau, ekspert ds. bezpieczeństwa.

Już w niedzielę rano, w dniu wyborów prezydenckich, na Białorusi internet i działanie komunikatorów były ograniczone – najpierw przestały działać poszczególne strony internetowe, w tym portale niezależnych mediów. Potem padły komunikatory, przede wszystkim popularny na Wschodzie Telegram.

Wieczorem, jeszcze zanim rozpoczęły się protesty, nie działało już nic. Jedyną możliwością kontaktu pozostała łączność telefoniczna, ale komórki również działały z dużymi problemami.

„Ponieważ nie dało się odłączać punktowo poszczególnych komunikatorów, odłączono wszystko” – wskazał Parotnikau. Dodał, że do tych rozwiązań przygotowywano się wcześniej, np. przy okazji mityngów i wieców opozycji.

W poniedziałek problemy z internetem nie ustąpiły, choć zaczęły działać niektóre portale. Pojawiły się instrukcje, tłumaczące, jak obejść blokadę, które w niektórych przypadkach działają, w innych są bezużyteczne.

Reklama

„Chodzi o to, by nie dopuścić do protestu na dużą skalę i by nie był on zorganizowany” - powiedział Parotnikau.

Rzeczywiście, akcje w Mińsku w niedzielę były rozproszone. Po mieście przemieszczały się niewielkie grupy ludzi, które ewidentnie nie były w żaden sposób skoordynowane, chociaż w ich miejskich trasach powtarzał się wspólny wątek – wszyscy próbowali dostać się do tzw. Obelisku, pomnika Mińska Miasta-Bohatera. Tam też – jak można wnioskować na obecnym etapie – skupiły się największe zbiorowiska ludzi i doszło do reakcji ze strony milicji.

Łukaszenka oskarżył o organizację protestu siły zewnętrzne. Z zagranicy, jak przekonywał w poniedziałek, sterowana była blokada internetu, której celem było podsycenie niezadowolenia obywateli.

W niedzielę władze ogłosiły, że białoruska sieć państwowa stała się obiektem ataków DDoS. Ich celem były m.in. serwery KGB i MSW.

Według Parotnikaua brutalna reakcja sił porządkowych na niedzielny protest – użycie granatów hukowych, gumowych kul, armatek wodnych i zatrzymanie ponad 2 tys. osób była przewidywalnym wariantem. „Drugą opcją było spokojne przeczekanie, aż protest sam osłabnie. Moim zdaniem Alaksandr Łukaszenka osobiście podejmował decyzję w tej sprawie” – powiedział analityk.

„Ogłoszono wyniki. Kto jest niezadowolony, dostał pałką. Do zobaczenia za pięć lat” – to zdaniem Parotnikaua sposób myślenia lidera Białorusi. „Błąd polega na niezrozumieniu, że rozpoczął się nieodwracalny proces utraty legitymacji. Nie ma mowy o pięciu latach spokoju, zwłaszcza w obliczu czekających Białoruś problemów gospodarczych” – ocenił.

Polecamy: Łukaszenka: Protestami na Białorusi sterowano m.in. z Polski i Czech