Nie ma chyba nikogo z urzędujących szefów banków, kto dzisiaj miałby dłuższy od pana staż prezesowski w jednej instytucji?

Wygląda na to, że nie.
Reklama
Pan jest prezesem…
Od maja 1999 r. Ten sam bank, ale jego nazwa się zmieniała: najpierw był Rheinhyp-BRE Bank Hipoteczny, później BRE Bank Hipoteczny, a teraz mHipoteczny.
To znaczy, że pan właściwie odpowiada za to, jak nasz rynek hipoteczny wygląda.
Chciałbym, by tak było, ale banki hipoteczne zawsze miały u nas pecha. I mają go nadal. Zaczęto u nas budowę systemu finansowania nieruchomości, nie tworząc go jednak nigdy w całości.
Czego zabrakło?
Mechanizmu przenoszenia aktywów hipotecznych do banków hipotecznych. Chodzi o to, by kredyty hipoteczne nie były finansowane z depozytów, tylko listami zastawnymi. Brakuje również rynku długu. Jeśli spojrzymy na kraje, w których ten system tak działa, na Niemcy, Skandynawię, Francję czy Portugalię - cały mechanizm polega na tym, że pożycza się osobom fizycznym albo podmiotom gospodarczym pod zastaw hipoteki. I na te kredyty bank pozyskuje finansowanie z rynku długu, emitując listy zastawne - one funkcjonują pod różnymi nazwami. Charakterystyczną cechą tych systemów jest to, że zawsze zaczyna się je rozwijać od rynku lokalnego, bo to pozwala uniknąć niedopasowania waluty czy poziomu stóp procentowych. Te kredyty mają charakter długoterminowy i na ogół są udzielane w oparciu na stałej stopie procentowej. Listy zastawne też są na ogół emitowane na stałą stopę i kupują je ci, którzy dysponują długoterminowym kapitałem, głównie ubezpieczyciele oraz fundusze emerytalne.
A w Polsce?
U nas sytuacja wyglądała nieco inaczej. Gdybyśmy sięgnęli do historii mojego banku, to zaczęliśmy od oferowania kredytów na nieruchomości dla osób fizycznych i dla spółek w latach 1999-2000. Ale zbiegło się to z podwyżkami stóp procentowych po kryzysie rosyjskim z 1998 r. Do dziś pamiętam, jak w „Rzeczpospolitej” i „Gazecie Wyborczej” pojawiły się nasze reklamy kredytów na, uwaga, 14,99 proc. w skali roku. To była stała stopa procentowa. Ogłoszenia ukazały się we wtorek, zaś w czwartek prezes NBP Hanna Gronkiewicz-Waltz podniosła stopy procentowe z 15 do 18-19 proc. i rynek praktycznie na 2-3 lata zamarł. Zaczął się ponownie rozwijać w 2003 r., wtedy też pojawiła się dyskusja o tym, czy oferować kredyty walutowe czy złotowe. Jako bank hipoteczny zostaliśmy z tyłu, bo nie mieliśmy dostępu do tanich depozytów. Rynek zaczął się rozwijać w sposób paradoksalny: w którymś momencie wszyscy zdali sobie sprawę, że kredyty walutowe są korzystniejsze, bo odsetki od franka były na poziomie 5-7 proc., a nie 15 proc., jak przy kredycie złotowym. Kolejny paradoks polegał na tym, że - przy obfitości depozytów złotowych i dostępności zagranicznych źródeł finansowania - nikt nie patrzył na możliwość emisji listów zastawnych. Pyta pan, czy odpowiadam za ten rynek. Odpowiem tak: zawsze byłem przeciwnikiem kredytów we frankach i w ówczesnym Rheinhyp-BRE Banku, a potem BRE Banku Hipotecznym nie udzieliliśmy ani jednego kredytu w szwajcarskiej walucie. Jeśli za coś czuję się odpowiedzialny, to raczej za wprowadzenie szeregu nowinek - po stronie pasywów chodzi mi o różnego rodzaju listy zastawne. Emitowaliśmy je zresztą w różnych walutach. Pierwsi wprowadziliśmy list zastawny w obrocie publicznym na warszawską giełdę, pierwsi wychodziliśmy z publicznymi emisjami za granicę. Po stronie pożyczek - to my wprowadzaliśmy kredyt dla deweloperów mieszkaniowych w oparciu o spółki celowe. Później to samo robiliśmy w przypadku nieruchomości komercyjnych. Pamiętam, że na początku byliśmy wyśmiewani - „kto będzie brał u was kredyty w oparciu o spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością?” - jednak dziś to standard. Wprowadziliśmy na rynek także rachunek zastrzeżony, co później zostało zapisane w ustawie deweloperskiej.

Piotr Cyburt od 1999 r. prezes instytucji funkcjonującej pod nazwą mBank Hipoteczny. W latach 90. m.in. wiceprezes Polskiego Banku Rozwoju i Powszechnego Banku Kredytowego