Na początek garść mrożących krew w żyłach faktów. Albo – jak kto woli - kilka grudek lodu na rozgrzane czoła. Otóż w ramach eksperymentu zamówiłem w chińskim internetowym marketplejsie pięć - wyglądających na zdjęciach bardzo przyzwoicie - produktów: prosty smartwach, zegarek kwarcowy z bransoletką (całość permanentnie „złocona”), szybką ładowarkę do dwóch urządzeń, aluminiową podstawkę do smartfona i uniwersalny klucz francuski (do śrub w 10 rozmiarach). Zgadnijcie, ile za to wszystko zapłaciłem. 50 złotych! W tej cenie była dostawa Poczty Polskiej.

Chińskie badziewie? Ok, zegarek nie jest może szczytem finezji i urody, ale został wykonany wyjątkowo precyzyjnie i chodzi punktualnie. Smartwatch także działa (nie wiem tylko, czy raportuje te wszystkie moje kroki i tętna do Chin). Klucz (najdroższy w tym zestawie) jest znakomitej jakości. Ładowarka (podobną można kupić w polskich sklepach stacjonarnych za ok. 100 zł) nie zawodzi. Podstawka spełnia swoją rolę. Pytanie: czy istnieje jakakolwiek szansa, byśmy tłukli podobne produkty nad Wisłą w podobnej cenie? Bo – żeby koszty na to pozwoliły – trzeba to tłuc na skalę masową.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że my, Europejczycy pełną gębą, nie potrzebujemy produktów tanich, tylko produkty dobre. W porządku. W ramach eksperymentu sięgnąłem na wyraźnie wyższą półkę i zamówiłem od Chińczyków zegarek automatyczny (!!!) za ok. 200 zł. Z wideo i opisu wynikało, że to jest coś, co w Europie produkowane jest i sprzedawane w detalu za minimum dziesięć razy więcej (cenione szwajcarskie marki dodają jeszcze jedno zero). Wolne żarty! – pomyślałem i czekałem z niecierpliwością na paczkę z Azji, by ją namiętnie obśmiać – do ostatniego trybika (o ile znajdę tam w ogóle jakieś trybiki). No i? Paczka dotarła po 10 dniach – z… Francji. Minę mam zrzedłą do dziś (a minął miesiąc z hakiem). Bo temu produktowi trudno cokolwiek zarzucić: elegancka koperta, szafirowe szkło na wierzchu i od spodu, staranne wykonanie, skórzany pasek. I mechanizm, który po jednym dniu chodzenia nakręca się na prawie dwa dni.

Reklama

Piszę o tym dlatego, bo przekonałem się, że ONI dawno nauczyli się nie tylko robić rzeczy, które nie są tandetą, ale i wytwarzać je po kosztach abstrakcyjnych z punktu widzenia europejskiej fabryki. Potwierdzają to od dawna moi znajomi przedsiębiorcy. Założyciel kilku znanych polskich marek odzieżowych mówi mi, że kiedy pierwszy raz pojechał do Chin zawrzeć kontrakt z tamtejszą fabryką i kilkoma dostawcami komponentów, przeżył szok. Zastanawiał się wtedy nad zatrudnieniem w Polsce szwaczek, które szyłyby mu kolejne kolekcje. Po tej jednej wizycie wybił to sobie z głowy. Fabryka zatrudniająca 20 tys. szwaczek obsługujących topowe maszyny uszyła mu całą kolekcję wiosenno-letnią na Europę Środkową i Wschodnią w… dwa tygodnie. Przez resztę roku realizowała m.in. zamówienia globalnych potentatów – z Włoch, Niemiec, Francji, USA, Hiszpanii, Szwecji. Wykonała zlecenia za kwotę, która nie wystarczyłaby nawet na pensje dla polskich szwaczek.

Inny znany polski przedsiębiorca, z branży robotyzacyjnej, opowiada mi, jak jego pracownik wymyślił genialnego robota – taniego, a zarazem takiego, którego można normalnie programować tak, jak roboty przemysłowe. Czyli idealnego dla szkół. Produkt staje się światowym hitem, więc trzeba było uruchomić większą produkcję. Jak to wygląda w praktyce? Myśl jest polska, oprogramowanie polskie (z Krakowa), ale kluczowe komponenty pochodzą z Chin. „Weźmy takie kable – opowiada przedsiębiorca. – Robot potrzebuje ich kilkadziesiąt, a każdy jest z nieco innymi wtykami. Pytałem w Polsce, pytałem w Chinach. U nas nikt mi ich nie zrobi. A Chińczycy bez szemrania wyprodukowali za 300 dolarów zapas kabli na kilka lat! Wyszło koło złotówki za sztukę!”.

Tak jest ze wszystkim. Sprawdźcie, kto wyprodukował wasz telefon, komputer, zegar, mikser, malakser, waszą sokowirówkę itp. Niby to wszystko wiemy. Ale nie zawsze uświadamiamy sobie, za ile ONI to robią.

Żeby Polska zastąpiła Chiny w Europie, musi umieć wyprodukować wszystko w choćby zbliżonej cenie. Czy to możliwe? Pod jakimi warunkami? Jakie są nasze atuty, a co jest kulą u nogi?

Wszyscy wskazują na Polskę

O potrzebie, a nawet konieczności przeniesienia produkcji wielu dóbr z Chin do Europy (lub bliżej Europy – do zaprzyjaźnionych krajów) mówi się od lat. W pandemii ta dyskusja wybuchła na dobre z powodu poprzerywania łańcuchów dostaw, czyli – mówiąc po ludzku – totalnego braku całej masy elementarnych komponentów i gotowych produktów. Nie mogłeś/mogłaś kupić prostej maseczki, albo nowego auta? Ceny lepszych telewizorów oszalały? Fabryki w Polsce i całej Europie musiały zawiesić produkcję? W drugiej i trzeciej fali pandemii działo się tak nawet przez to, że siedemnastu Chińczyków w Szanghaju i trzydziestu w Shenzhen dostało kataru, który mógł być covidem i komunistyczne władze zamknęły na miesiące całe miasta, w tym fabryki.

Jak się zabezpieczyć przed takimi sytuacjami w przyszłości? Przenieść produkcję najważniejszych towarów i komponentów do państw bliższych (geograficznie lub chociaż mentalnie) Zachodniej i Środkowej Europie. Logiczne.

Po zbrodniczej napaści Rosji na Ukrainę doszedł inny mocny argument: Chińczycy poczuli krew i chcą ewidentnie wykorzystać sytuację do realizacji swego długofalowego celu, czyli zburzenia dotychczasowego układu politycznego i gospodarczego globu – a ściślej: zdobycia pozycji dominującej w świecie. Mają już nie tylko przewagę liczebną, ale też - na wielu polach - technologiczną nad naszym World of Western Values (WWV). Wojna handlowa wytoczona im przez USA za czasów Donalda Trumpa była tylko przygrywką do tego, co wkrótce musi się stać – czyli globalnej konfrontacji świata Zachodu i świata Innych Wartości. W tym drugim Chiny już dziś grają pierwsze skrzypce, przy okazji tłukąc w bębny (a jakże – bojowe; posłuchajcie Xi). Rosjanie będą tylko ciężkostrawną przystawką do kolacji po występie.

Owszem, za sprawą trwającej od paru dekad ery globalizacji myśmy się stali niesamowicie od siebie zależni: Zachód od Chin, fabryki świata, a Chiny od Zachodu, kluczowego (pod względem wartości) nabywcy produktów, a jednocześnie dostawcy (świadomego lub mimowolnego) zaawansowanych technologii. Wyjście z tego klinczu jest piekielnie trudne. I to dla obu stron. Banalny przykład: 143 mln Rosjan nie jest w stanie zastąpić w roli klientów 143 mln Europejczyków, nawet tych najbiedniejszych, z byłych demoludów, bo ich zasoby finansowe są wielokrotnie mniejsze. Półtora miliarda Hindusów konsumuje również wielokrotnie mniej niż 300 mln Amerykanów i 450 mln mieszkańców UE. Dlatego Chińczycy tyle eksportują do bogatych krajów.

Nie można jednak przeoczyć wielkiego zwrotu w polityce Komunistycznej Partii Chin, jakim jest celowe i metodyczne odchodzenie od eksportu na rzecz pobudzania konsumpcji wewnętrznej. Zarobki w Shenzhen są już takie, jak w Warszawie i Lizbonie, a może i wyższe. Za dekadę mogą być takie, jak w Paryżu i Berlinie. Równocześnie Chińczycy wychowują sobie konsumentów w innych krajach niekoniecznie bliskich WWV – głównie w Azji i Afryce. A zarazem uzależniają, kogo się da, od swojego kapitału i technologii oraz kontrolowanych przez siebie surowców rzadkich.

Tak, to już jest wojna. Jaką rolę na froncie WWV miałaby odegrać Polska?

Dostałem ostatnio, dosłownie w ciągu dwóch tygodni, kilka raportów sygnowanych przez Bardzo Poważne Instytucje, jak Reuters, AmCham czy ING i Europejski Kongres Gospodarczy. Ich autorzy starali się odpowiedzieć na pytanie, kto mógłby zastąpić Chiny w roli fabryki świata – przynajmniej dla naszej części Europy (czyli Unii, Szwajcarii, Norwegii i ewentualnie Brytyjczyków). Analitycy pytali zarówno importerów gotowych towarów, jak i właścicieli czy menedżerów wielkich fabryk, działających na Starym Kontynencie, ale korzystających z komponentów i surowców importowanych z Państwa Środka (większość takich firm mocno ucierpiała w ostatnich latach z powodu przerywanych łańcuchów dostaw). Wszyscy odpowiedzieli dość zgodnie, że najwięcej atutów ku temu, by stać się fabryką Europy, ma Polska. Głównie dlatego, że już trochę taką fabryką jest (weźmy RTV, a zwłaszcza AGD, czy całą branżę automotive). Poza tym ma (z Ukrainkami) blisko 40 mln ludzi (czytaj: konsumentów), sąsiaduje z największą gospodarką Unii (Niemcy) i dysponuje największymi w naszych części Europy zasobami ludzi rozgarniętych/dobrze wykształconych (wiem, nie wszyscy wierzą, ale naprawdę tak jest). Dzięki temu przyciąga rekordową w dziejach liczbę inwestorów.

Tezę, że właśnie Polska odegra w deglobalizacji, a właściwie reglobalizacji (czyli układaniu światowego łańcucha dostaw na nowo) kluczową rolę, lansuje od lat m.in. Hadley Dean, założyciel i szef firmy MDC² (deweloper powierzchni magazynowych i przemysłowych), działający od ponad dwóch dekad w naszym kraju (rozwinął wiele spółek w sektorze nieruchomości, był m.in. szefem EPP – największego właściciela centrów handlowych w Polsce, a wcześniej partnerem zarządzającym na Europę Wschodnią w Colliers International).

„Myślę, że Polska pozostanie motorem wzrostu Europy przez najbliższe 30 lat. Wraz z końcem przyjaznej globalizacji zdominuje produkcję i logistykę w Europie. Wystarczy zadbać o to, by nowa produkcja była z jednej strony odpowiednio wydajna, a z drugiej – zrównoważona, neutralna dla środowiska” – uważa Dean.

Podobnego zdania są analitycy Banku Gospodarstwa Krajowego. Na naszym ostatnim INFORum Gospodarczym w Krakowie Adam Piłat z tego państwowego banku rozwoju mówił m.in. o szansach, jakie pojawiły się w związku z kryzysami. W jego opinii, zmiany w globalnym łańcuchu dostaw mogą prowadzić do przenoszeniu aktywności z odległych zakątków globu, zwłaszcza Chin, do krajów bardziej przyjaznych Zachodowi, albo wręcz do Europy, w tym do Polski. Jest jednak duże „ale”.

„Jeśli spytamy przedsiębiorców o to, czy trzeba działać w tym kierunku i czy zamierzają to robić, to odpowiedź jest najczęściej twierdząca, ale jeśli popatrzymy na realne zachowania gospodarcze, tu i teraz, czyli na dane o wymianie handlowej, to tej deglobalizacji nie widać. Na razie jesteśmy na etapie uświadamiania sobie tego, że zapewne globalizacja już nie będzie wyglądała tak, jak dotychczas i trzeba zmienić niektóre źródła zaopatrzenia, a część fabryk po prostu przenieść, ale takie zmiany nie dokonują się z dnia na dzień. Coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, że deglobalizacja obejmie w pierwszej fazie najbardziej wrażliwe i strategiczne surowce, komponenty i produkty – istotne dla bezpieczeństwa, zdrowia, stabilności rynku i życia społeczeństw Zachodu” – mówił analityk BGK.

Przenoszenie działalności już objęło m.in. sektor farmaceutyczny, trwają intensywne prace nad uniezależnieniem sektora energetycznego; chodzi zwłaszcza o surowce krytyczne wykorzystywane chociażby do produkcji odnawialnych źródeł czy magazynów energii, ale też o gotowe produkty i komponenty OZE.

Raport „Polska w światowych łańcuchach dostaw. Szanse globalne a ryzyka lokalne“ opublikowany ostatnio przez ING i organizatora Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach wskazuje, że spiętrzenie kryzysów oznacza dla Polski szansę na wzrost zamówień i inwestycji zagranicznych.

„W kontekście napięć geopolitycznych, nasze położenie geograficzne może być przekleństwem, ale i trampoliną do rozwoju gospodarczego jednocześnie. Dla zachodnich gospodarek Polska – także przez prawie 25-letnie członkostwo w NATO i 20-letnie w UE – jest buforem przed agresywną Rosją i pomostem dla powojennej działalności na Ukrainie. Zdywersyfikowana baza produkcyjna w naszym kraju może być alternatywą dla Chin/Azji jako fabryki świata” – czytamy w raporcie. Przepytywani na tę okoliczność polscy przedsiębiorcy i liderzy dużych izb gospodarczych przyznają, że to możliwe – pod warunkiem minimalizacji ryzyk lokalnych, generowanych przez nieodpowiedzialną politykę gospodarczą. Jakie to ryzyka? Wymieńmy (za raportem) wszystkie:

1. Podwyższona presja inflacyjna (i związany z nią wysoki koszt finansowania zewnętrznego);
2. Spirala cenowo-płacowa wzmacniana przez niedobory wykwalifikowanych pracowników;
3. Skomplikowane i niestabilne podatki i regulacje;
4. Blokada środków unijnych;
5. Powolna transformacja energetyczna.



Główny wniosek: „Bez adekwatnej strategii energetycznej i odblokowania potencjału na inwestycje w efektywność energetyczną, odnawialne źródła energii i modernizację sieci energetycznych, możemy tracić szanse na niezależność i wzmocnienie odporności. Polskie firmy już dziś zderzają się z coraz bardziej restrykcyjnymi wymogami ESG ze strony partnerów w łańcuchach dostaw”.

Brutalna prawda jest taka, że aby móc choć w części zastąpić Chiny w europejskim łańcuchu dostaw, Polska musi nie tylko wytwarzać to samo równie tanio, ale i nauczyć się robić to w zupełnienowym, zbudowanym od podstaw, miksie energetycznym – bez węgla i innych paliw kopalnych. To wymaga radykalnego przyspieszenia transformacji (rewolucji!) energetycznej. Nie zrobimy jej bez pieniędzy z Unii.

Musimy się także pożegnać z pracą, jaką znamy. Nie jesteśmy w latach 50. czy 70. XX wieku, współczesne fabryki nie potrzebują tysięcy pracowników. Potrzebują wydajnych robotów i automatów, systemów sterowania opartych na sztucznej inteligencji i zespołu wysoko wykwalifikowanych inżynierów IT, speców od przemysłu 4.0 lub raczej 5.0. To oznacza gigantyczną zmianę gospodarczą, ale i społeczną. I wymaga monstrualnych nakładów inwestycyjnych. Nie uniesiemy ich bez pieniędzy z Unii.

Wreszcie: musimy mieć wielki – co najmniej kilkusetmilionowy - rynek zbytu na towary, bo dopiero odpowiednia skala pozwala obniżyć koszty. To wymaga chuchania na relacje z partnerami w UE i północnej Ameryce, dbania o otwarty przepływ towarów i usług (m.in. dzięki temu Polska awansowała do grona krajów rozwiniętych).

Ok. To teraz sprawdźmy, co robimy nie tak…