Właściwie wszystko, co mówią nam o energetyce politycy i potem powtarzają media jest grubą nieprawdą, brednią lub co najmniej manipulacją. Co gorsza, wielu polityków lubi w te bajki wierzyć i buduje na nich plany na przyszłość.

Swoim zwyczajem postanowiłem skonfrontować najbardziej nośne energetyczne baśnie i kłamliwe narracje z liczbami i suchymi faktami. Oto siedem opowieści o siedmiu energetycznych zbójach.

Drożyzna? Mamy najtańszy prąd w historii!

Reklama

Wszystkie media poświęcają cenom energii dla gospodarstw domowych tyle miejsca, jakby to była gardłowa sprawa. Jesteśmy od miesięcy straszeni, że energia elektryczna dla gospodarstw domowych może zdrożeć „nawet o 60 proc”. Rząd i parlament wprowadzają specjalny program osłonowy dla Polek i Polaków o najniższych dochodach – w domyśle: żeby nie zrujnować ich budżetów. Faktycznie w drugiej połowie roku przeciętne gospodarstwo, zużywające nieco ponad 2 tys. KWh prądu rocznie, zapłaci rachunki o 27 proc. wyższe niż dotąd. Przy 2,5–procentowej inflacji taki wzrost wydaje się szokujący. No, ale trzeba by go umieścić w jakimś sensownym kontekście.

Po pierwsze ten wzrost realnie oznaczał będzie podwyżkę miesięcznych opłat ze 150 do 190 zł. Czyli przeciętne gospodarstwo musi co miesiąc wysupłać dodatkowo 40 zł. Czy to dużo? Jak wynika z danych GUS, mamy w tym roku do czynienia z największym wzrostem dochodów REALNYCH gospodarstw domowych w Polsce od czasu wybuchu pandemii. Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w kwietniu 2024 roku wyniosło 8 272 zł brutto (prawie 6 tys. zł na rękę). To wzrost o 11,3 proc. rok do roku - mocno ponad inflację.

Nominalny przyrost gotówki w portfelach pracowników zatrudnionych w firmach powyżej 9 osób wyniósł ok. 660 zł. W mikrofirmach było to zapewne ponad 500 zł, zaś w gronie osób otrzymujących gołą płacę minimalną – dokładnie 472 zł (wzrost z 2 789 zł netto w drugiej połowie 2023 r. do 3 261 zł netto od 1 lipca 2024 r.). No, to teraz zestawcie sobie z tymi kwotami wzrost rachunków za energię: średnio o 40 zł.

Dodajmy do tego jeszcze kontekst historyczny. Tak się składa, że identyczne nominalne przeciętne wynagrodzenie w Polsce odnotował GUS w… 1982 roku, czyli na początku stanu wojennego. Komunistyczne władze wydały wówczas rozporządzenie ustalające nowe sztywne ceny kluczowych produktów (młodszym wyjaśniam, że w systemie realnego socjalizmu rząd regulował wszystkie ceny – oczywiście te oficjalne, bo równolegle działał czarny rynek z własnymi stawkami, wielokrotnie wyższymi od urzędowych). Przytoczę garść przykładów:

  • masło stołowe śmietankowe - 60 zł za 0,25 kg
  • ser żółty twardy ("Edamski", "Gouda" o zawartości 40% tłuszczu) 190 zł za 1 kg
  • schab z kością - 360 zł za 1 kg
  • szynka wieprzowa gotowana - 550 zł za 1 kg
  • kiełbasa zwyczajna - 190 zł za 1 kg.

Wyobraźcie sobie takie ceny dzisiaj... No dobra, a ile wtedy płaciliśmy za energię i jej nośniki? Proszę bardzo:

  • energia elektryczna - 1,80 zł za 1 kWh
  • węgiel kamienny gruby - 3.000 zł za 1 tonę
  • miał węglowy - 2.250 zł za 1 tonę
  • gaz ziemny wysokometanowy - 2,70 zł za 1 m3
  • centralne ogrzewanie - 5,50 zł za 1 m2 powierzchni użytkowej mieszkania miesięcznie
  • benzyna - 32 zł za litr (!) – wyobraźcie sobie taką cenę dziś na stacjach!

Jednym z najbardziej rozpowszechnionych mitów na temat PRL-u jest to, że „wiele rzeczy było wtedy tańsze, zwłaszcza utrzymanie mieszkania”. No, niech mi ktoś to udowodni przy pomocy powyższych stawek. Rachunki za prąd – produkowany z węgla, którego fedrowaliśmy blisko 200 mln ton rocznie, czyli ponad trzy razy więcej niż dziś, z dużo dostępniejszych (a więc tańszych w eksploatacji) pokładów – były w przypadku przeciętnej rodziny DWA RAZY WYŻSZE NIŻ DZIŚ. Ba, okazuje się, że NIGDY W HISTORII prąd w Polsce nie był tak tani, jak obecnie. I to się nie zmieni nawet po tych 27-procentowych podwyżkach.

Świetny materiał na ten temat stworzył niezawodny Bartłomiej Derski w serwisie WysokieNapiecie.pl - szczerze polecam zwłaszcza wykres pokazujący, ile kilowatogodzin prądu mogliśmy kupić w Polsce za płacę minimalną w ostatnich kilkudziesięciu latach. Przykładowo:

  • W 1949 r. – 478 kWh
  • W 1975 r. (szczytowy moment epoki Gierka) – 1 350 kWh
  • W 1989 r. (moment upadku PRL) – 2 200 kW (w kolejnych pięciu latach było to między 1 050 a 1 500 kWh)
  • W latach 2001-2007 – 1 500 kWh
  • W 2015 r. (koniec poprzednich rządów PO-PSL) – 2 000 kWh
  • W 2023 r. (koniec rządów PiS) – 3 000 kWh
  • W 2024 r. – 2 836 kWh bez bonu energetycznego lub 3 814 kWh z bonem energetycznym – osoby o najniższych dochodach będą korzystać z bonów.

Jak widać, za najniższą krajową można w tym roku kupić prawie TRZY RAZY WIĘCEJ PRĄDU niż w szczytowym okresie epoki Gierka, gdy Polska fedrowała rekordowe ilości węgla, a jego spalanie nie było obciążone karami za emisję CO2. Z punktu widzenia najmniej zarabiających prąd jest najtańszy od 120 lat i niemal DWA RAZY TAŃSZY niż 9 lat temu.

Co istotne: mimo tego, że bardzo przybyło nam urządzeń elektrycznych, my tego prądu nie zużywamy wcale więcej niż 10, 20, 30 czy 40 lat temu (bo te urządzenia są energooszczędne). Ale też nie zużywamy mniej.

Dlaczego polskiemu rządowi zależy, żebyśmy zużywali dużo prądu

W ramach walki z ociepleniem klimatu wszystkie kraje europejskie uznały, że jednym z celów transformacji energetycznej musi być ograniczenie zużycia energii. Po rosyjskiej napaści na Ukrainę, kiedy ceny surowców energetycznych na wiele miesięcy oszalały, a rządy wprowadzały programy chroniące gospodarstwa domowe (i inne podmioty) przed skutkami drastycznych podwyżek, nacisk na oszczędzanie prądu i ciepła mocno stężął. Ale nie w Polsce. Pierwotny limit zużycia, pozwalający przeciętnemu gospodarstwu płacić obniżone stawki (subsydiowane przez państwo), czyli 2 tys. kWh, szybko podniesiono do 2,5 tys., żeby – bez specjalnych starań – załapali się nań w zasadzie wszyscy.

Efekt jest taki, jak na wstępie tego tekstu. Odwiedzający nasz kraj cudzoziemcy nie mogą wyjść ze zdumienia, jak bardzo marnujemy energię. – Francuz zawsze gasi światło i nie pali go bez potrzeby; kiedy ogrzewa dom, to nie rozkręca kaloryferów na maksa otwierając przy tym okna na oścież i paradując w negliżu, tylko ustawia temperaturę na 20 st. i chodzi w polarze. U was takie bezceremonialne podejście do energii wydaje się normą – mówiły ostatnio francuskie top menedżerki na konferencji, którą miałem przyjemność prowadzić. I rzucały bardzo wstydliwymi przykładami.

Warto wiedzieć, że francuski rząd chciałby doprowadzić do redukcji średniego zużycia prądu w mniejszych gospodarstwach do… 1 250 kWh rocznie. W największych ta wartość ma być niższa niż 2,5 tys. kWh rocznie. A wszystko do końca dekady. Głównym narzędziem nakłaniającym obywateli do oszczędności jest – obok kampanii informacyjnych i edukacyjnych – cena energii.

W Polsce nie mieliśmy i nie mamy do czynienia z tego typu działaniem państwa. Za poprzedniego rządu politycy skupili się na szokująco kłamliwych twierdzeniach, że za sprawą polityki klimatycznej Unii, w tym (w kółko brutalnie dezawuowanego systemu handlu uprawnieniami do emisji – ETS) mamy energetyczną drożyznę. Na fundamencie tej narracji zbudowali opowieść o dobrym rządzie, który wszelkimi sposobami broni polskie rodziny przed drożyzną. Obecna koalicja nie zrobiła w tym obszarze właściwie żadnych postępów. Nadal staje przed nami w roli dobrych wujków i jeszcze lepszych ciotek zatroskanych o to, jak szary obywatel poradzi sobie z „najwyższą podwyżką cen energii od 30 lat” i komunikują nam, ile to zrobili, żeby nas uchronić przed finansową ruiną spowodowaną przez słone energetyczne rachunki.

A to przecież wszystko – w świetle liczb i faktów - kompletne brednie. Prawda jest taka, że skutecznie „uchroniony przed drożyzną” Polak będzie mógł korzystać z najtańszego prądu w historii i… tym bardziej nie będzie gasił światła, zakręcał kaloryferów, ani wdziewał polaru zimą.

Wszystkich, którzy myślą sobie w tej chwili, że cała ta kuriozalna narracja i polityka wynika wyłącznie z rozbuchanego populizmu – muszę dodatkowo wnerwić. Otóż wiele wskazuje na to, że przy obecnej konfiguracji polskiej energetyki rząd może mieć interes w zniechęcaniu Polek i Polaków do oszczędzania energii. Jeśli bowiem zagłębić się w dane Eurostatu dotyczące poziomu opodatkowania energii elektrycznej w poszczególnych krajach europejskich, to okaże się, że Polska ustanowiła absolutny rekord Starego Kontynentu, jeśli nie świata: na naszych rachunkach za prąd wszelkiego rodzaju daniny dla państwa stanowią… 48,6 proc., gdy np. w Niemczech 27,9 proc., na Słowacji 30 proc., a w Czechach 17,7 proc. Generalnie obciążenie podatkami oscyluje w Europie między 15 a 25 proc. (w Wielkiej Brytanii – 14 proc.), ale są kraje (np. Holandia), gdzie jest to mniej niż 10 proc.

Tak na logikę: Jak się kosi niemal połowę kwoty z rachunków za energię, to się nie ma większego interesu w ograniczaniu zużycia, prawda?

Na dopłaty do energii wydaliśmy więcej niż na edukację

Przyznam szczerze, że niewiele raportów w życiu zszokowało mnie tak bardzo, jak ten opublikowany przez Polski Instytut Ekonomiczny (przypomnijmy: państwowy think thank) pod koniec rządów PiS. Dotyczył wszelkiego rodzaju dopłat, zasiłków, bonów i innych subsydiów do rachunków za energię, jakie rządy w całej Europie uruchomiły po wybuchu kryzysu energetycznego w 2022 r.

„Koszt polskich programów wsparcia w latach 2022-2023 jest szacowany na 3,6 proc. PKB, czyli ok. 1550 dolarów (6 260 zł) na mieszkańca rocznie” – wyliczył PIE w oparciu o informacje Agencji ds. Współpracy Organów Regulacji Energetyki (ACER). Mówimy tu o łącznej kwocie ok. 238 mld zł, czyli średnio 119 mld zł rocznie.

Temu też trzeba nadać kontekst: otóż wedle danych Ministerstwa Finansów, w tym samym czasie wydatki publiczne na oświatę i wychowanie – licząc łącznie z budżetu państwa i jednostek samorządu terytorialnego - sięgnęły kwoty 106,3 mld zł rocznie, co stanowiło 3,5 proc. PKB. Część oświatowa subwencji ogólnej, przekazywana szkołom za pośrednictwem samorządów, wyniosła 56 mld zł.

Zestawcie to ze 119 mld zł, które – z tego samego źródła, czyli z kieszeni podatników – wydaliśmy na dopłaty do energii. I jeszcze raz zerknijcie na to, co napisałem wcześniej.

Wedle analiz PIE, tylko cztery kraje w UE wydały – w przeliczeniu na mieszkańca - więcej pieniędzy na dopłaty do energii: Malta (5,6 proc.), Francja (4,3 proc.), Słowacja (4,2 proc.) i Austria (4,1 proc.). Średnia dla UE wyniosła 2,4 proc. PKB. Najmniej kosztowne dopłaty uruchomiła Dania (0,37 proc. PKB).

W opisanych wyżej realiach my nadal będziemy dopłacać do energii. A powinniśmy sobie wszyscy powiedzieć prosto w oczy, że myśmy większość tych miliardów przepalili w piecach. Niskie rachunki za prąd okazały się dla naszego państwa ważniejsze od edukacji kolejnych pokoleń.

Takie działania nie mają nic wspólnego z interesem i realnymi potrzebami Polski, ani zdecydowanej większości Polek i Polaków. To bardzo drogie kupowanie przez polityków świętego spokoju, by nie rozwiązywać żadnych istotnych problemów.

Nasz szokująco drogi węgiel

Najgorsze jest to, że od lat rządzący stosują prymitywną metodę – zrzucania z helikoptera gotówki wyjętej z naszych kieszeni – zamiast podejmowania skutecznych działań w kluczowych obszarach. Z powodu całej serii tego typu zaniechań, do wymienionych wyżej horrendalnych dopłat do rachunków za energię trzeba by doliczyć równie kuriozalne dopłaty do rodzimych kopalń węgla kamiennego. Już dawno przekroczyły one 100 mld zł, a w tym roku dorzucimy zapewne kolejne 7 mld zł.

Skalę paranoi, w jakiej tkwimy, pokazuje mi w Excelu doświadczony menedżer z branży energetycznej. Tu też ważny jest kontekst: swego czasu prezydent Andrzej Duda stwierdził, że „Polska ma węgla na 200 lat” (można przypuszczać, że powiedział mu to ojciec, profesor krakowskiej AGH, przewodniczący Sejmiku Małopolskiego). Zasugerował przy tym, że węgiel będzie fundamentem polskiego bezpieczeństwa energetycznego tak długo, aż będzie się go opłacało wydobywać. Działania rządu – a na pewno hasła głoszone przez czołowych polityków PiS - wydawały się z tym spójne. Beata Szydło do dziś szczyci się z „uratowania” przed zamknięciem kopalni działającej od ponad 100 lat w jej rodzinnej gminie Brzeszcze.

To teraz zerknijmy na liczby, jakie pokazał mi wspomniany menedżer w Excelu.

W poprzedniej dekadzie cena tony węgla energetycznego w portach ARA (Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia) mieściła się – poza chwilowymi wahnięciami – w przedziale między 50 a 100 dol. za tonę. Tuż przed wybuchem pandemii było to niespełna 70 dol. Polska energetyka kupowała wtedy krajowy węgiel po 320 zł. Po wybuchu zarazy gospodarka spowolniła i cena w ARA spadła do 50 dol., a w kraju do 262 zł. Po rosyjskiej napaści na Ukrainę wiosną 2022 węgiel w ARA przebił na chwilę 300 dol., nasza energetyka kupowała nasz krajowy średnio po 535 zł, a więc zasadniczo taniej. Ale:

  • już w grudniu 2022 r. cena w ARA spadła poniżej 200 dol., zaś w połowie 2023 r. – w okolice 100 dol. I od tego czasu oscyluje między 100 a 110 dol. za tonę, czyli -w zaokrągleniu - między 400 a 440 zł.
  • tymczasem polskie kopalnie kontrolowane przez rząd sprzedawały w 2023 r. węgiel elektrowniom i elektrociepłowniom kontrolowanym przez ten sam rząd po 741 zł za tonę; w przypadku węgla dla ciepłownictwa wzrost ceny rok do roku wyniósł przed ostatnim sezonem grzewczym… 85 procent (gdy w ARA ceny spadły rok do roku o 100 proc.); prezesi spółek węglowych tłumaczą, że dramatycznie poszybowały im koszty płac (średnia pensja górnika za 2023 r. była o 17 proc. wyższa niż rok wcześniej i wyniosła 14,2 tys. zł miesięcznie) oraz… energii; trzeba wiedzieć, ze ta energia została w 60,5 proc. wytworzona z węgla (przede wszystkim kamiennego).
  • wedle najnowszego raportu Forum Energii, zużycie węgla energetycznego w Polsce spadło rok do roku o 8 mln ton, natomiast wydobycie o 4 mln ton. Import pozostał na bardzo wysokim poziomie – spadł zaledwie o 2 mln ton względem rekordowego 2022 r. W efekcie „wydatki Polski na import paliw pozostają bardzo wysokie – wyniosły 138 mld zł w samym 2023 r. Od 2014 r., uwzględniając inflację, było to już 1,2 bln zł. Pocieszające jest jedynie to, że Rosja przestała być głównym dostawcą (z wyjątkiem paliw, jak LPG), ale „całościowy import rośnie, a uzależnienie Polski od sprowadzanych surowców pozostaje na wysokim poziomie – 43 proc.”.
  • według zestawień Instrat Energy, w marcu tego roku wydobyto w Polsce aż o 15 proc. mniej węgla energetycznego niż rok temu (przy 17 proc. niższej sprzedaży)
  • na koniec ostatniego sezonu grzewczego Polska miała gigantyczne zapasy węgla kamiennego, sięgające blisko 13 mln ton, z czego przy kopalniach – 4,9 mln, a przy elektrowniach - 7,6 mln.
  • cena węgla dla energetyki wyniosła 482 zł za tonę i spadła rok do roku o prawie jedną trzecią; ciepłownicy płacili średnio 619 zł za tonę, czyli o 38 proc. mniej niż przed rokiem. Gdyby krajowe kopalnie nie obniżyły cen, hałdy ich niesprzedanego węgla zasłoniłyby całe Tatry i widok na Bałtyk; przypomnijmy – cena w ARA wynosi ok. 400 zł.

Mówi mi menedżer: od ponad roku opłaca się kupić tysiące ton węgla w ARA, przewieźć je koleją do Brzeszcz i wsypać do kopalni, po czym stamtąd wydobyć - taki urobek będzie tańszy niż ten oryginalny. Abstrahuję tu od faktu, że w wyniku eksploatacji powierzchnia w gminie Brzeszcze zapadła się w 100 lat o 20 metrów pod centrum i kościołem parafialnym, a pod cmentarzem nawet o 60 metrów, a szkody górnicze są codziennością. Je także należałoby doliczyć do ceny.

Co istotne: z wszelkich raportów (w tym rządowego PIE) wynika, że w ostatnich latach rząd Zjednoczonej Prawicy „ratował polskie górnictwo” głównie w swojej propagandzie. Wydobycie ustawicznie spadało, podobnie sprzedaż. Mimo to zatrudnienie w kopalniach utrzymuje się na mniej więcej stałym poziomie – ok. 76 tys. etatów. Te etaty są już niemal równie kosztowne, jak w (odkrywkowym) górnictwie australijskim, gdzie wydajność górnika jest radykalnie wyższa; w Global Energy Monitor czytamy, że w Polsce do wydobycia 1 mln ton węgla rocznie potrzeba 822 górników – dwa razy więcej niż w Indiach i… 9 razy więcej niż w USA i na Antypodach.

Wydajność górników w Polsce stale spada głównie z powodu coraz trudniejszych warunków geologicznych. Wedle PIE, efektywność w latach 2018-2023 spadła z 777,4 ton/pracownika do 646,3 ton/pracownika, czyli średnio o cztery procent rocznie. Natomiast koszt wydobycia węgla kamiennego w latach 2016-2023 wzrósł o… 283 procent - z 246 do 942 złotych za tonę.

Tymczasem wynagrodzenia rosną mocno ponad inflację – to efekt nacisków niezawodnych związków zawodowych gotowych w każdej chwili podpalić Warszawę, jeśli nie dostaną tego, czego żądają. Dziś postulat jest taki, żeby całkowicie zablokować import dla energetyki (który wzrósł z 1,5 mln ton w 2018 roku do 3,9 mln ton w 2023 roku); krajowe elektrownie miałyby obowiązek kupować krajowy węgiel, choć koszty jego wydobycia są już w większości kopalń dwa razy wyższe od ceny zakupu surowca w portach ARA.

Dlatego, Drogi Czytelniku, musisz być przygotowany na to, że do swoich historycznie niskich rachunków za prąd dopłacisz dwa razy, bo także subsydiując dobrostan naszych górników. Spięcie tego „biznesu” pochłonie w tym roku 7 miliardów złotych.

OZE pomaga, ale nas nie zbawi

W przywołanej już przeze mnie siódmej edycji raportu Forum Energii „Transformacja energetyczna w Polsce” czytamy, że „rok 2023 był rokiem prawdziwych rekordów”:

  • Choć nadal głównym źródłem produkcji energii elektrycznej pozostaje węgiel, jego udział w miksie spadłdo najniższego w historii poziomu 60,5 proc. – to o 10 p.p. mniej niż rok wcześniej
  • Produkcja z odnawialnych źródeł energii (OZE) sięgnęła po raz pierwszy 27 proc.
  • Jednocześnie wzrosła produkcja energii z gazu ziemnego – o ponad 40 proc. To skutek spadku cen paliwa i elastyczności generacji gazowej.
  • Hurtowe ceny energii w Polsce na tle innych krajów UE utrzymują się na bardzo wysokim poziomie, szybko rośnie też uzależnienie gospodarki od importowanych paliw kopalnych.

I wreszcie coś, co w obecnej sytuacji geopolitycznej powinno nas wszystkich przerażać: „Brak spójnego planu na transformację skutkuje rosnącymi ryzykami związanymi z bilansowaniem systemu i zachowaniem jego bezpieczeństwa. Z roku na rok rośnie niedyspozycyjność jednostek konwencjonalnych. Poziom rezerw mocy pozostaje niski (…) Spada udział mocy dyspozycyjnych, elastyczność źródeł nie rośnie, dlatego bezpieczeństwo krajowego systemu elektroenergetycznego nie ulega poprawie”.

Rząd zakłada, że do 2030 r. udział OZE w produkcji energii elektrycznej dobije w Polsce do 50 proc., przede wszystkim za sprawą licznych nowych farm wiatrowych oraz rozbudowy mocy zawodowej i prosumenckiej fotowoltaiki. Udział produkcji prądu z węgla ma w tym czasie spaść do 29 proc. (wiatr ma osiągnąć 30 proc., słońce 13 proc., a gaz, ropa i odpady – 18 proc.) I to jest, jak się wydaje, na razie wartość graniczna przy naszym miksie. Potrzebujemy przecież energii także wtedy, kiedy nie wieje i nie ma słońca. Dziś zapewnia nam ją przede wszystkim węgiel (kamienny i brunaty) oraz gaz. W okolicy 2040 r. tę funkcję miałby przejąć atom. Ale – po pierwsze – najpierw musimy zbudować i uruchomić siłownie, a po drugie…

Atom nie zapewni nam taniej energii

Tu wracamy do menedżerek z Francji, które podkreślają – podobnie jak wszyscy eksperci (a nie lobbyści i piarowcy), że energia z elektrowni jądrowej jest tylko z pozoru darmowa. Jeśli uwzględnimy wszystkie koszty – budowy i eksploatacji oraz niezbędnych remontów i modernizacji – to okaże się, że wbrew zapowiedziom niektórych decydentów, energia atomowa wcale nie będzie tania jak barszcz. Sam koszt budowy pierwszej polskiej elektrowni (na Pomorzu) ma wynieść ok. 150 mld zł.

Posiadanie energetyki jądrowej wcale nie chroni też z zautomatu przez kryzysami energetycznymi – we Francji, gdzie z atomu wytwarza się dwie trzecie energii (a ma być 75 proc.), po napaści Rosji na Ukrainę ceny spotowe wzrosły siedmiokrotnie, a ustabilizowały się dopiero w 2024 roku, czyli po niemal dwóch latach.

Dlatego Francuzi także potrzebowali rządowego programu osłonowego dla gospodarstw domowych i innych wrażliwych podmiotów. Okazał się on jeszcze kosztowniejszy niż w Polsce.

Konserwatywni negacjoniści klimatyczni też inwestują w OZE

Na koniec zostawiłem sobie „mędrców”, którzy na każdym kroku walczą z OZE, wyśmiewając wiatraki i fotowoltaikę. Celują w tym negacjoniści klimatyczni, których odsetek w polskiej klasie politycznej zdaje się stale rosnąć – wbrew postępom nauki i dostępności wiedzy. Wiedza nie ma tu jednak nic do rzeczy, bo wielepieje są na nią z natury impregnowani.

Ich argumentacja oparta jest na kilku zebranych (dosłownie) do kupy faktach. Nie można na przykład zaprzeczyć, że:

  • Farmy wiatrowe i panele fotowoltaiczne nie są na razie w stanie zapewnić stabilnych dostaw energii 24/7
  • Chiny zwiększają zużycie paliw kopalnych, zwłaszcza węgla; rocznie spalają 4 mld ton, więc nawet jeśli Polska zjedzie do zera z obecnych 55 mln ton rocznie, nie będzie to miało dla klimatu na Ziemi żadnego znaczenia.

Łatwo z tego wyciągnąć wniosek, że nie powinniśmy się oglądać na „ekoterrorystów” i wyrzucić na śmietnik „cały ten Zielony Ład” (jeśli trzeba – to opuścić w tym celu Unię) i nadal palić sobie węglem, jak dziady i prababki, co nam zapewni święty spokój i konkurencyjność, zaś w świetle tego, co robią Chiny, Indie itd. - przyrodzie nie zaszkodzi; ojciec pana prezydenta RP sugerował nawet w minionym roku, że człowiek nie ma na klimat żadnego wpływu, więc czemu mielibyśmy nie spalać węgla…

Te narracja jest na prawicy superpopularna i nośna niczym info o nowej skąpej bieliźnie topowej celebrytki. Ale w kontekście przedstawionych przeze mnie wyżej liczb i faktów – jest to po prostu kupa śmiechu, która – wbrew wszelkim pozorom - w ogóle nie trzyma się kupy.

Nasi wielepieje, miszczowie walki z OZE, powinni czasem wyjść ze swej – potwierdzającej ich przekonania – bańki i zmierzyć z realiami. Poleciłbym zwłaszcza to, co napisał ostatnio w „Financial Times” John Burn-Murdoch. Zauważył otóż, że „w odwiecznie konserwatywnym Teksasie, zdominowanym przez republikanów oraz potężny biznes paliw kopalnych, produkcja energii z paneli fotowoltaicznych stała się w tym roku wyższa od produkcji energii z węgla”.

Tak, kowboje i nafciarze z Teksasu też myślą i mówią to, co prof. Jan Tadeusz Duda (ojciec Andrzeja). Ale robią to, co im podpowiada zdrowy rozsądek i – przede wszystkim – gospodarczy interes. Dlatego 14 maja ustanowił krajowy rekord w produkcji prądu z fotowoltaiki (19,1 GW) wyprzedzając progresywną Kalifornię. Ba, nie jest to ich ostatnie słowo, bo – choć z powodu sceptycyzmu wobec OZE Teksas zaczął inwestycje późno, to każdego roku podwaja moce z PV.

Cytowany przez „FT” think tank Ember przewiduje, że już w tym roku Teksas w przeliczeniu na mieszkańca zyska najwięcej mocy zainstalowanej w fotowoltaice nie tylko w USA, ale i na świecie. Owszem, Teksańczycy mają gaz z łupków – i on (zamiast węgla) zapewnia im stabilne dostawy energii, kiedy nie świeci i nie wieje. Ale nikt tu już nie powie, że OZE to brednie ekoterrorystów. A jeśli powie, to zostanie zaraz rozstrzelany śmiechem.

I to z magnum. Kaliber 44.

A w Polsce, pośrodku Europy, można opowiadać i wcielać w życie energetyczne kocopoły – pozostając przy tym „poważnym politykiem”.