Źródło nieznane

fot. Materiały prasowe

Reklama

Michał Łuczewski socjolog, psycholog, doktor habilitowany nauk społecznych, pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Były dyrektor programowy Centrum Myśli Jana Pawła II. Autor książek „Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej” oraz „Kapitał moralny. Polityki historyczne w późnej nowoczesności”

Z Michałem Łuczewskim rozmawia Emilia Świętochowska

„Homofobiczna agresja w Polsce wzrasta, ponieważ jest wzmacniana przez rządzącą partię, która uczyniła z mniejszości seksualnych kozła ofiarnego, nie troszcząc się o bezpieczeństwo i dobrostan tych obywatelek i obywateli. Margot jest de facto ofiarą politycznych represji, aresztowaną za odmowę bycia poniżaną” – napisali w liście do szefowej Komisji Europejskiej wybitni twórcy i intelektualiści, m.in. Margaret Atwood, Timothy Snyder i Slavoj Žižek. Podpisałby się pan pod tym?

Z jednej strony myślę sobie: „Michał, powinieneś się podpisać, tam jest dużo uznanych ludzi, dobrze byłoby się znaleźć wśród nich, byłbyś w odpowiedniej lidze”. Ale z drugiej strony – ten list wyraża specyficzny punkt widzenia liberalnej inteligencji – nie tylko polskiej, lecz także światowej – która dramatyzuje rzeczywistość i widzi ją w kategoriach apokaliptycznego starcia między dobrem a złem. Idzie ona nieświadomie śladem archaicznych religii, które ściśle łączyły przemoc i sacrum oraz tworzyły rytuały wokół kozłów ofiarnych. W tym liście tym kozłem ofiarnym zostaje ustanowiona mniejszość. Staje się ona czymś świętym, swego rodzaju totemem, znakiem rozpoznawczym, wokół którego inteligencja może się na powrót zgromadzić.

Ale co konkretnie pana w tym liście uwiera?

Konkretnie uwiera mnie to, że nie zostałem zaproszony do jego podpisania (śmiech). Wolałbym, żeby liberalne centrum broniło sfery wolnej debaty i autonomii uniwersytetów, a nie stawiało się po którejś ze stron. Bez tego pochłonie nas zaraz wojna wszystkich ze wszystkimi. W swojej pracy i życiu usiłuję wyjść poza schemat, który obecny jest w tym liście: my jesteśmy dobrzy i bohaterscy, wspieramy tych, którzy są bez skazy, a tamci są źli, homofobiczni itd. Choć ten list podpisali najwybitniejsi współcześni intelektualiści, wyczuwam w nim dużo nieświadomości.

Nieświadomości?

Intelektualiści czasem dużo wiedzą, ale mało widzą. W sytuacji konfliktu i przemocy, z jaką mamy do czynienia, stale zwiększa się nasz niepokój i panicznie próbujemy zrozumieć to, co się dzieje. Podstawową, nieświadomą reakcją staje się wtedy wyłonienie z chaosu trzech grup: bohaterów, ofiar i sprawców, które razem tworzą trójkąt dramatyczny. Kiedy to zrobimy, niepokój na chwilę ustaje. To moment olśnienia, bo wiemy już, co jest grane i po której stronie stanąć. Te trzy pozycje – bohaterów, ofiar i sprawców – możemy następnie intelektualizować i ogrywać w postaci prac naukowych, ustanawianych praw czy też – z drugiej strony – mitów i bajek, które mają taką samą funkcję. Zawsze jest tam jakiś dobry Czerwony Kapturek, zły wilk i bohaterski myśliwy.

I ten list to powiela?

Tak, reprodukuje nieświadomą strukturę: ruch LGBT to ofiary, PiS to wilki, a my – liberalna inteligencja – jesteśmy bohaterami. Ale przecież życie społeczne to o wiele bardziej skomplikowana gra, w której często jesteśmy sprawcami, strojącymi się w szaty bohaterów czy ofiar. Co więcej, jak pokazują badania naukowe na temat tzw. dobrotliwego rasizmu (benevolent racism) białych, liberalnych elit, tego typu symboliczne akcje są często przeciwskuteczne i utrwalają nierówności. Elity skupiają się często na działaniach symbolicznych, pomijając kwestie codziennych wyrzeczeń, które mogłyby poprawić sytuację mniejszości. Bohaterowi nierzadko zależy na tym, by ofiara pozostała ofiarą. Jej status bowiem jest źródłem jego kapitału moralnego. Jestem pewien, że każdy z sygnatariuszy listu mógłby stworzyć bardzo wnikliwą analizę tego, co się dzieje.

Na przykład?

Najciekawszy byłby pewnie Slavoj Žižek, który w głośnym artykule „The Sexual is Political”, krytykował „transgenderyzm” jako utopię świata bez płci, porównywał ją z islamem i kwestionował sensowność skrótu LGBT. Žižek nieraz występował przeciw politycznej poprawności, która broni praw gejów czy skupia się na kwestii rasy, przedstawiając wybory tożsamościowe w spłycony, karnawałowy sposób. A pomijając podstawową kwestię: nierówności ekonomicznych. Žižek raz nawet stwierdził, że największą moralną rewolucją we współczesnym świecie, w którym transgresja stała się normą, jest małżeństwo heteroseksualne. Być może gdyby sygnatariusze listu się spotkali i napisali tekst, lepiej byśmy zrozumieli tę całą grę, a nie tylko byli jej częścią.

Mnie ich list skojarzył się z innym – opublikowanym w lipcu na łamach „Harpers Magazine” listem pisarzy i naukowców w obronie swobodnego przepływu informacji i idei otwartej debaty przeciwko nieliberalnym, inkwizycyjnym zapędom aktywistów spod znaku cancel culture.

Jego sygnatariusze to bardzo podobna grupa – światowy, naukowo-kulturowy olimp, liberalna inteligencja, która przez moralne przemiany spowodowane Black Lives Matter przemieściła się z pola bohaterów do pola sprawców. Biała, kosmopolityczna elita, która cieszy się nieuprawnionym „białym przywilejem”. W tej sytuacji nie mogła już dłużej obsadzać pola bohaterów. List służył jej temu, by obsadzić pole ofiar. Wśród nich była J.K. Rowling, która została „skancelowana”, bo zasugerowała, że „osoby, które menstruują”, to kobiety. Dopiero gdy inteligencja poczuła, że może zostać zrzucona z piedestału, powróciła do liberalnej idei sfery publicznej, gdzie liczy się siła argumentu, a nie argument siły. I gdzie ktoś, kto źle się wyrazi, kończy jako kozioł ofiarny.

Odpowiedzią na apel o tolerancję dla odmiennych poglądów były zarzuty, że liberalni intelektualiści po prostu bronią swojej pozycji.

Ci, którzy atakują elity, mówią im: „Może popieracie BLM, akceptujecie transpłciowość, ale sprawujecie dominację i wyrazami solidarności tylko próbujecie ukryć swoje przywileje”. Współczesną inteligencję charakteryzuje pewien arystokratyczny etos. Ucieleśnia ona strategie „czerwonych książąt”, znanych choćby z „Lamparta” Lampedusy, którzy radykalizowali się i szli za zbuntowanymi masami po to, by nadal im przewodzić: czasem trzeba zmienić wszystko, żeby nic się nie zmieniło. Liberalna inteligencja głosi więc coraz bardziej progresywne hasła, by nie stracić swojego arystokratycznego statusu.