W grudniu 2019 r. ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 3,4 proc. – był to najwyższy odczyt inflacji od 2012 r. Przewyższał także przewidywania ekonomistów, którzy twierdzili, że tak wysoki wzrost cen zanotujemy dopiero w styczniu, co miało mieć związek m.in. z podwyżką płacy minimalnej do 2,6 tys. zł brutto.

Od lat inflacja ma u nas bardzo złą prasę. Cóż, w debacie publicznej wciąż dominuje szkoła ekonomiczna, według której najbardziej pożądany jest jej minimalny wzrost. Tak, gdybyśmy byli społeczeństwem rentierów, niechęć do inflacji byłaby zrozumiała. Jednak w kraju, w którym zdecydowana większość społeczeństwa żyje z bieżących dochodów z pracy, często mieszkając w mieszkaniach obciążonych hipotekami, takie demonizowanie wzrostu cen musi zastanawiać.

>>> Czytaj też: Polska liderem wzrostu cen. Pod względem inflacji zostawiliśmy Unię w tyle

Wzrost zamiast marazmu

Przede wszystkim zadziwiające jest to, że wzrosty cen są u nas uznawane za sygnał, że z gospodarką dzieje się coś niedobrego. Kilkuprocentowa inflacja, a z taką mamy właśnie do czynienia, najczęściej jest dowodem na coś przeciwnego: towarzyszy ona rosnącym płacom i dobrej koniunkturze. Pensje mają wpływ na inflację, bo są częścią kosztów pracy – przy rosnących wynagrodzeniach pracodawcy muszą podnosić ceny, jeśli chcą utrzymać marże na stałym poziomie. Ale choć pensje – zwiększające się – są istotną częścią kosztów pracy, to jednak ceny nie rosną równe szybko – gdyby tak było, to jakikolwiek wzrost realnych dochodów byłby niemożliwy. A więc per saldo pracownicy – a tych jest zdecydowana większość – wychodzą na swoje. Pracodawcy mogą za to cieszyć się rosnącym popytem, co zresztą wykorzystują do podwyższania cen.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP