Premier Mateusz Morawiecki poinformował w sobotę, że w ramach prac rządowych przygotowano trzy projekty rozporządzeń w sprawie ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z epidemią koronawirusa. Z kolei szef resortu zdrowia Adam Niedzielski mówił, że do 29 listopada utrzymany będzie obecny stan obostrzeń i restrykcji wprowadzonych w wyniku epidemii.

Poinformowano również, że od przyszłej soboty placówki handlowe będą mogły działać, ale „w najwyższym reżimie sanitarnym”. – Byliśmy nakłaniani też przez inne branże – teatry, siłownie, gastronomię. Jednak idziemy za radą epidemiologów i zdecydowaliśmy się zostawić je zamknięte do 27 grudnia – mówił Morawiecki. Dodał, że nauka zdalna będzie kontynuowana do 23 grudnia, a ferie będą skumulowane w jednym okresie – 0d 4 stycznia do 17 stycznia 2021 r.

„Analizowane są również trzy warianty obostrzeń w zależności od rozwoju sytuacji. Przygotowano trzy projekty rozporządzeń, które dotyczą: etapu odpowiedzialności mającego obowiązywać od 28 listopada do 27 grudnia br., etapu stabilizacji i powrotu najwcześniej od 28 grudnia br. do podziału Polski na trzy nowe strefy – czerwoną, żółtą i zieloną oraz kwarantanny narodowej, która mogłaby zostać wprowadzona w ostateczności, kiedy trzeba będzie natychmiast i radykalnie ograniczyć transmisję wirusa w społeczeństwie” – czytamy w komunikacie rządowym.

Z sobotnich oświadczeń dla biznesu kluczowe były te dotyczące ferii. Termin wyznaczono przed spodziewaną na przełom stycznia i lutego drugą falą sezonu grypowego. – Pierwsza połowa stycznia to i tak dla wielu firm okres poświątecznego rozruchu i remanentów. Widzimy to m.in. w danych o transakcjach kartami – tłumaczy osoba z rządu. – Jest bon turystyczny, będzie inne wsparcie z tarczy branżowej – dodaje. Pomoc nie trafi jednak do wszystkich, gdyż w wielu miejscach była to działalność nierejestrowana.

Jednocześnie rząd zdecydował się otworzyć galerie handlowe już od przyszłej soboty. Mają działać jak inne sklepy z zachowaniem limitu 1 os. na 15 mkw. Rząd bał się, że jeśli tego nie zrobi, to przepisy będą obchodzone. – Jedna z sieci myślała nawet o ustawianiu przed galeriami tirów, w których odbywałaby się sprzedaż – podkreśla nasz rozmówca. Równolegle z otwarciem galerii rząd przypomina o możliwość pozbawiania pomocy publicznej tych firm, które będą łamały zasady epidemiczne.

Reklama

Gdyby mierzyć głębokość kryzysu tym, jak postrzegają go przedsiębiorcy, to w niektórych branżach mamy powtórkę z wiosny, gdy polska gospodarka zaliczyła bezprecedensową recesję. Taki wniosek można wysnuć z opublikowanych w piątek badań koniunktury, które w pierwszej połowie listopada przeprowadził GUS. Najgorzej jest w restauracjach i hotelach, a przynajmniej tak to ocenia większość przedsiębiorców sprzedających tego typu usługi. Indeks koniunktury w gastronomii i w hotelarstwie zjechał w listopadzie do minus 61 pkt, co oznacza, że liczba firm oceniających źle swoją kondycję była aż 61 proc. większa niż tych, które oceniały ją dobrze. Tak dużego pesymizmu w branży nie było od kwietnia, kiedy to cała gospodarka była zamknięta na cztery spusty, a ograniczenia w poruszaniu się poszły bardzo daleko, z zakazem wstępu do lasu włącznie.

Nastroje w gastronomii i hotelarstwie są złe, bo to branża, którą obecny kryzys dotknął bezpośrednio, przez administracyjny zakaz stacjonarnej działalności. I to ona ponosi największe straty. Ponad połowa restauratorów – prawie 55 proc. – uważa, że obecne okoliczności zagrażają stabilności ich firm. Tak dużego odsetka zaniepokojonych o swoją przyszłość nie ma w żadnym innym sektorze odpytanym przez GUS.

Poza gastronomią cierpią też inne sektory, których obroty zależą od społecznej mobilności. Pogarsza się koniunktura w transporcie, znacznie gorzej postrzegają ją też handlowcy. Szczegółowe dane GUS opublikuje za kilka dni, ale już dziś w ciemno można zakładać, że największy dołek mają firmy zajmujące się przewozem osób (sądząc po protestach tej branży sprzed kilku dni) oraz stacjonarne sklepy sprzedające ubrania i buty.

Przemysł

Znacznie lepiej od usług radzi sobie przemysł. W drugą falę epidemii wszedł z impetem: produkcja w październiku wzrosła o 1 proc. w porównaniu ze stanem sprzed roku. A jej wartość osiągnęła poziom, jakiego jeszcze w historii nie mieliśmy.

– Można powiedzieć, że odrobiliśmy straty sprzed wybuchu pandemii. Co zawdzięczamy przede wszystkim eksportowi, bo to branże sprzedające za granicę rosły najbardziej – mówi Michał Rot, ekonomista banku PKO BP. To właśnie zagranicznym popytem można tłumaczyć ponad 17-proc. wzrost produkcji urządzeń elektrycznych czy ponad 8-proc. elektroniki. Dużo słabiej za to wypadły firmy związane z krajowym budownictwem (wzrost o 0,1 proc.) i pozostałe, które mają klientów przede wszystkim w kraju (ich produkcja nawet nieco spadła, o 0,9 proc.).

Eksportowa siła polskiego przemysłu to bardzo ważna przesłanka, bo daje nadzieję, że sektor przejdzie mocny przez całą drugą falę pandemii. Na razie, mimo wprowadzonych obostrzeń w innych krajach Europy, nic nie wskazuje na to, by liczba zleceń z zagranicy jakoś istotnie zmalała – co można wnioskować choćby po skali ruchu samochodowego. Według danych zbieranych przez Polski Instytut Ekonomiczny ruch samochodów ciężarowych w listopadzie nadal jest o 4–5 proc. wyższy niż przed rokiem. Jeśli do tego dodać utrzymujące się duże zapotrzebowanie na energię elektryczną, teza, że fabryki również w listopadzie pracują bez przeszkód, ma mocne podstawy.

Ale jednocześnie firmy przemysłowe też wyraźnie gorzej oceniają swoją sytuację. Tak dużego pesymizmu jak teraz nie było w polskim przemyśle od maja.

Sytuacja w przemyśle będzie kluczowa dla głębokości recesji w IV kw. Bo w to, że właśnie zaliczamy jej drugie dno, nikt nie wątpi. Przemysł jest ważny, bo odpowiada aż za jedną czwartą tego, co wytwarza polska gospodarka. To właśnie zamknięcie fabryk i pozrywanie łańcuchów dostaw przez blokady granic wiosną spowodowało, że polski PKB spadł w II kw. aż o 8,2 proc.

Tym razem tak źle być nie powinno. Przede wszystkim dlatego, że kryzys ma charakter punktowy: dotyczy wybranych branż, a nie całej gospodarczej aktywności. Zamknięcie hoteli i restauracji nie jest dla wzrostu gospodarczego tak zabójcze jak zatrzymanie fabryk. Bo – dla porównania – ich udział w wartości dodanej w normalnym czasie przekracza nieco 1 proc.

Według Michała Rota PKB spadnie w IV kw. o 4,9 proc. w porównaniu ze stanem rok wcześniej. W całym roku polska gospodarka powinna się skurczyć o 3,3 proc. ©℗

Źródło nieznane

Współpraca GOS