W roku 2015 Gliński nie chciał teki ministra nauki. Wybrał kulturę. Dziś głównym powodem tej kumulacji ma być niechęć do oddania resortu nauki liderowi Porozumienia Jarosławowi Gowinowi, który doprasza się miejsca w rządzie. Gowin ma zostać dopuszczony, ale do jakiegoś resortu gospodarczego (prawdopodobnie rozwoju). Jest też inny powód: po wyborach pojawiły się głosy polityków prawicy, że za zbyt małe poparcie dla Andrzeja Dudy wśród młodego pokolenia odpowiadać ma atmosfera w szkołach i na uniwersytetach. Gliński ma więc stać się wielkim koordynatorem ich „odbijania”. Także kultura ma być częścią problemu, stąd to połączenie. No i Kaczyński chce dowartościować polityka, który zawsze był mu wierny.

Tyle że nawet zwolennikom słusznego komasowania ministerstw aż tak potężny superresort może się wydawać czymś mało racjonalnym. Poszczególnymi segmentami mają kierować sekretarze stanu z szerokimi kompetencjami. Albo się usamodzielnią i wtedy padnie pytanie o sens czapy pod nazwą „Piotr Gliński”. Albo, nie mając takiej siły politycznej jak członek rządu w randze wicepremiera, będą się do niego tłoczyć z inicjatywami i koniecznymi do podjęcia decyzjami, co doprowadzi do zatorów i patów.

Jeśli politycy PiS uznali, że edukacja czy nauka to dla nich priorytety, powinni poświęcić im jak najwięcej uwagi. A dodajmy też, że na jesieni będą one wymagały i tak szczególnej troski, wobec możliwej drugiej fali pandemii. Potrzebne będą trudne decyzje wymagające rozeznania w tej materii. Czy polityk zajmujący się wszystkim naraz ogarnie to z lotu ptaka?

Z ust ludzi, takich jak Ryszard Terlecki czy Zbigniew Ziobro, padają uwagi o konieczności przyjrzenia się szkolnym programom. Budzi to niedobre skojarzenia ‒ te programy powinny być skuteczne i atrakcyjne, ponad ideologicznymi podziałami. Ale nawet jeśli przyjąć niepokój PiS jako coś naturalnego ‒ w końcu każdy ciągnie oświatę w swoją stronę ‒ trzeba uznać te głosy za niekompetentne.

PiS popchnął już szkoły podstawowe i średnie w bardziej tradycyjnym kierunku – reformą likwidującą gimnazja. Tyle że zaraz po jej wdrożeniu podjął bezsensowną wojnę z nauczycielami. Rząd rozrzucający pieniądze na lewo i prawo, nagle w kwestii czasu pracy nauczycieli i ich wynagrodzeń zaczął przemawiać językiem Balcerowicza. Choć wcześniej w kampanii obiecywał inny kierunek.

Reklama

Można wątpić, czy dziś nauczyciele realizują zmienione programy, szczególnie przedmiotów humanistycznych, inaczej niż w sposób czysto formalny. Jeszcze przed pandemią rozsypały się w wielu szkołach wszelkie zajęcia dodatkowe. O szkole uczącej nowoczesnego patriotyzmu można by myśleć, gdyby istniała przynajmniej minimalna chemia między kadrą pedagogiczną a rządem. Tej chemii nie ma. Politycy PiS nie mają też rezerwowej armii „konserwatywnych nauczycieli”. Narzekania Terleckiego czy Ziobry to w tej sytuacji zwykłe marudzenie. I wątpliwe, aby zajęty wszystkim równocześnie Gliński miał tu cudowną receptę.

W kwestii reformy nauki dokonanej przez Gowina można tę frustrację w PiS nawet zrozumieć. Rzeczywiście, humanistyka nie jest w niej priorytetem, a system punktowania publikacji naukowych preferuje tematykę międzynarodową ponad krajową. Trzeba jednak wątpić, czy dopiero co wprowadzona w życie zmiana, uzależniająca uczelnie po części od lokalnych elit gospodarczych, może zostać zaraz odwołana, bo to groziłoby chaosem. Wątpliwe także, aby wicepremier Gliński i w tej sprawie przychodził z alternatywnymi pomysłami.

Poza wszystkim młodych ludzi w większym stopniu niż zajęcia szkolne czy akademickie kształtuje szum informacyjny, płynący przede wszystkim z internetu. W tym sensie znaczniejszym problemem niż taki czy inny podręcznik albo nauczyciel jest ton propagandy TVP zaczerpnięty żywcem z dzienników telewizyjnych ostatnich lat PRL. Albo styl komunikowania się z widownią samego wicemarszałka Terleckiego, trącący czymś, co młodzież uważa za obciach.

Do starych problemów wicepremier Gliński może nawet dołożyć nowe. Nie jest złym ministrem kultury. Dał środowiskom artystycznym kilka ważnych prezentów, z korzystniejszym systemem rozliczania podatków na czele. Starał się ożywić różne segmenty twórczości obfitszym niż kiedykolwiek strumieniem pieniędzy.

Ale nie umiał nawiązać dialogu z artystami. Zrażony atakami – przyznajmy, nieraz niesprawiedliwymi ‒ schował się, choć było w tym środowisku sporo osób do pozyskania, zwłaszcza na początku. Twierdził, że nie ma na dialogowanie czasu. Nie zreformował ani branży filmowej, ani teatralnej w kierunku większego pluralizmu. A równocześnie „starych elit” unikał jak ognia, co podobało się prezesowi Kaczyńskiemu.

Teraz tym bardziej nie znajdzie czasu, i to dla żadnej z nowych grup, z którymi powinien prowadzić dialog. ‒ Zamiast jednego środowiska do dąsania się na nie będzie miał cztery – podsumował znajomy aktor. Odważne wyciągnięcie ręki do nauczycieli mogłoby być nowym początkiem. Ale Gliński nie zna ich problemów nawet w takim zakresie jak obecny minister edukacji. Do naukowców miał dla odmiany żal, że nie przyjęli ciepło jego startu na „technicznego premiera” w roku 2012. Spodziewam się tu więc kwasów i nieporozumień. Gowin umiał przynajmniej okadzać wybranych profesorów. Glińskiemu, zapatrzonemu bardziej w to, co myślą o nim na Nowogrodzkiej, nie wystarczy chyba cierpliwości.

Chyba, bo oczywiście każdy może się zmienić. Jeśli PiS ma nadzieję na nowe otwarcie w sferze nauki czy edukacji, to wybrał ryzykowny instrument. To skądinąd również wypadkowa długości (czy też krótkości) partyjnej ławki. Można zrozumieć, że Piotr Gliński, jedna z czołowych postaci rządu, zasłużył na zaufanie Kaczyńskiego. I można się też rozmarzyć nad wizją choć jednej kompetentnej osoby w partii zajmującej się każdą z tych tematyk (w kontekście edukacji krążyło np. nazwisko posłanki Mirosławy Stachowiak-Różeckiej). Tyle że krótką ławkę widać wszędzie. Do MSZ też wciąż nie ma kandydata, poza tradycyjnie gotowym Krzysztofem Szczerskim. A przecież to jeden z kluczy do skutecznej polityki rządowej w następnych trzech latach. ©℗