Wydaje się, że wszystko, co ma związek z SARS-CoV-2, jest niesprawiedliwe. Wirus bardziej dotknął biednych niż bogatych, bardziej czarnych niż białych. Epidemia utrudnia, a potencjalnie także wywraca życie jednych pokoleń w większym stopniu niż innych pokoleń. W tej nierówności kryje się prawdziwy polityczny i społecznych dynamit. Jedną z prawdopodobnych konsekwencji takiej sytuacji będzie skręt wielu rozwiniętych krajów w lewo, w kierunku jakiejś okrojonej formy „socjalizmu”.

Pokoleniowe skutki epidemii Covid-19 mogą wydawać się sprzeczne z intuicją. W sensie medycznym bowiem wirus zagraża życiu tzw. cichego pokolenia. To osoby, które mają dziś 70, 80 i 90 lat. Ale już ekonomicznie koronawirus dla tych pokoleń nie stanowi dużego zagrożenia. Ich kariery zawodowe już się zakończyły, ich oszczędności – jeśli je posiadały – zostały zamienione na emerytury. Pod względem ekonomicznym „ciche pokolenie” w obecnej sytuacji nie należy do największych przegranych.

Wśród największych ekonomicznych przegranych nie ma także niesławnego pokolenia wyżu demograficznego, czyli „baby boomers”, które ma dziś po 50, 60 i 70 lat. Przedstawiciele tej generacji wychowali już swoje dzieci i nie muszą stresować się zdalną nauką swoich pociech w czasie lockdownów. Większość z nich wciąż zarabia i oszczędza pieniądze lub właśnie wchodzi w wiek emerytalny z relatywnie dużymi emeryturami. Co najlepsze, przez bardzo długi czas kontrolowali świat polityki, dzięki czemu cały system dobrobytu i system podatkowy mogli zbudować na swoją korzyść.

Ludzie w moim wieku, czyli mający ok. 40 lub 50 lat przedstawiciele pokolenia X, również sobie poradzą z ekonomicznymi skutkami pandemii. Owszem, znajdujemy się na samym dole krzywej dobrego samopoczucia w kształcie litery U, ponieważ jesteśmy obciążeni stresem wieku średniego i jednocześnie musimy zajmować się zarówno naszymi starszymi rodzicami, jak i naszymi dziećmi – tymi samymi, z którymi dzielimy nasze home office, aby mogli zdalnie uczęszczać do szkoły. Ale poza tym, nasze pokolenie X miało czas w kwitnących latach 90. oraz kolejnych na budowanie swoich karier zawodowych. W mniejszym stopniu martwimy się o nas, niż o długoterminowe skutki zamknięcia szkół dla naszych dzieci – nazywanych pokoleniem Z.

Reklama

Nieciekawy los 20- i 30-latków

Tak naprawdę jednak powinniśmy pomyśleć z troską o ludziach, którzy mają dziś 20 i 30 lat. Co prawda powinniśmy ich nazywać pokoleniem Y, ale ponieważ osiągnęli pełnoletniość w okolicach przełomu tysiącleci, często nazywa się ich millennialsami. I niestety ich los jest nieciekawy.

Zaczęło się kryzysem finansowym w 2008 roku. Uderzył on w millennialsów, którzy mieli wówczas nadzieję, że wejdą na rynek pracy i rozpoczną swoje kariery. Nagle wszystkie dobre miejsca pracy zniknęły, a milliennialsi musieli mierzyć się z większym niż inne pokolenia ryzykiem stania się i pozostania bezrobotnymi.

Z badań wynika, że nawet 10 lat po kryzysie z 2008 roku wszyscy oprócz najlepiej wykształconych millennialsów zarabiali i oszczędzali mniej niż przedstawiciele poprzednich pokoleń - X oraz boomers - gdy mieli tyle samo lat. Niższe wynagrodzenia na etapie wchodzenia na rynek pracy mają duże konsekwencje, które mogą trwać całe zawodowe życie. Ta niepewna perspektywa jest prawdopodobnie jednym z powodów, dla których millennialsi odkładali małżeństwo i posiadanie dzieci bardziej, niż poprzednie pokolenia. Bardziej prawdopodobne jest też, że wciąż mieszkają z rodzicami.

Później nadeszła pandemia koronawirusa, powodując kryzys, przy którym załamanie z 2008 roku wydaje się co najwyżej łagodne. Po traumatycznych doświadczeniach w rynku pracy, wielu millennialsów łapało się różnych dorywczych zajęć – jako barmani, bariści, kelnerzy czy pracownicy kontraktowi. Ale właśnie te rodzaje prac znajdują się wśród najbardziej narażonych na skutki lockdownu i szybko mogą się znów nie pojawić.

Narastająca frustracja

Zatem millennialsi mają prawo do frustracji. Ich irytacja wzrasta, gdy obserwują przedstawicieli starszych pokoleń, którzy na ich koszt spijają śmietankę z systemu poprzez coś, co ekonomiści nazywają „socjalizmem pokolenia baby boomer”. O co chodzi? Weźmy pod uwagę choćby hojne i wysokie emerytury publiczne w najbardziej rozwiniętych krajach świata, które trafiają do pokolenia baby boomers. Za te emerytury płacą właśnie milliennialsi (pokolenia Y) oraz pokolenia X.

W USA istnieje system opieki zdrowotnej, który jest powszechny i publiczny dla osób starszych (Medicare), ale często jest on niedostępny lub za drogi dla młodych. W wielu krajach pokolenie baby boomers wywindowało ceny nieruchomości tak, że znajdują się teraz poza zasięgiem finansowym millennialsów. Było to możliwe po części dzięki zwolnieniom z podatku przy okazji kredytów hipotecznych, z których w nieproporcjonalnie większym stopniu korzystały starsze pokolenia podatników. A do tego pojawia się również problem całej góry kredytów studenckich, które leżą na barkach wielu młodych millennialsów w USA.

Tego rodzaju niepokój w połączeniu z hipokryzją pokolenia baby boomers, którzy sprzeciwiają się ingerencji państwa w gospodarkę, jednocześnie czerpiąc z tego państwa duże profity, wyjaśniają, dlaczego wielu millennialsów zwraca się w ku lewej stronie sceny politycznej, a nawet zaczyna używać naznaczonego słowa „socjalizm”. To właśnie mający dość obecnego systemu młodzi wyborcy dawali siłę kampaniom lewicowych populistów pokroju Bernie’ego Sandersa w USA oraz Jeremy’ego Corbyna w Wielkiej Brytanii. Czy millennialsi używają słowa „socjalizm” we właściwym znaczeniu – jako upaństwowienie środków produkcji – jest dyskusyjne. Niemniej chcą po prostu lepszych polityk publicznych, które będą odpowiedzią na ich pokoleniowe problemy. Ale nawet wtedy padają ofiarą politycznego oszustwa marketingowego w formie postulatów kontroli czynszów czy wprowadzeniu podatku od bogactwa.

Wydaje się, że lepszą ścieżką dla polityków na Zachodzie jest zaoferowanie millennialsom bardziej pragmatycznych, ale wystarczająco odważnych alternatyw. Oznacza to rewizję klasycznego liberalizmu – nie tylko w kontekście amerykańskiego rozumienia „lewicowości”, ale także w kontekście europejskiego rozumienia „wolności”.

Na przykład ochrona zdrowia mogłaby być świadczona przez podmioty publiczne, prywatne lub w systemie mieszanym, tak jak w Niemczech. Ale zawsze powinna być powszechna. Oczywista jest również konieczność reformy systemu emerytalnego. Tak samo jak uproszczenie systemu podatkowego, które załata dziury dla pokolenia baby boomers – poprzez poszerzenie bazy podatkowej bez konieczności podnoszenia stawek. Oraz owszem – w dalszym ciągu powinniśmy przyglądać się nigdy dobrze nie wypróbowanemu pomysłowi powszechnego dochodu gwarantowanego (Universal Basic Income), który mógłby nie tyle poszerzać, ale zastąpić rozwiązania z państwa dobrobytu.

Byłoby tragedią, gdybyśmy przetrwawszy pandemię, obudzili się w rzeczywistości prawdziwego „socjalizmu”, który w praktyce oznaczał okradanie społeczeństw z dobrobytu i jednostek z wolności. Aby uniknąć tego losu, wszystkie pokolenia powinny zaoferować millennialsom bardziej sprawiedliwą, liberalną umowę.