Na innowacyjne pomysły wpadali inżynierowie oraz hobbyści, pasjonaci i naukowcy. Wymyślali wszystko, co dziś uważamy za oczywiste: od paska klinowego po telefony, windy, technologie wydobycia ropy oraz telewizory. Najczęściej byli to w miarę dobrze wykształceni mężczyźni, których ojcowie też byli wyedukowani i dzięki temu lepiej sytuowani.
Ci wynalazcy zadziwiająco często byli imigrantami: ponad 45 proc. patentów zgłosili innowatorzy, którzy do Nowego Świata przyjechali jako osoby dorosłe. Opracowane przez nich koncepcje są również wyjątkowo często cytowane, co jest miarą tego, jak wielu innych wynalazców korzystało z części lub całości danego patentu. W Ameryce w latach 1880–1940 w dziesięciu stanach o najwyższej skali innowacji imigranci stanowili ok. 20 proc. populacji. Dla porównania – w dziesięciu stanach o najniższej skali innowacji było ich ledwie ok. 2 proc. Czy to robiło różnicę? Tak, stany z większą liczbą patentów zgłoszonych przez imigrantów bogaciły się znacznie szybciej (za część tego efektu odpowiada to, że imigranci przemieszczali się do tych miast oraz stanów, gdzie łatwiej było im się rozwijać i bogacić).
Skąd to wiemy? Zespół naukowców, kierowany przez współczesnego imigranta Ufuka Akcigita (Uniwersytet Chicagowski), Johna Grigsby'ego (Uniwersytet Chicagowski) i Toma Nicholasa (Uniwersytet Harvarda) połączył nazwiska wynalazców zgromadzone przez urząd patentowy z kolejnymi spisami powszechnymi, realizowanymi w USA od 1880 r. W spisach wyszperali kraj pochodzenia, wiek w momencie przyjazdu, a także miejsca zamieszkania (zmiany miast czy stanów), zmiany w ich stanie cywilnym oraz koleje życia ich dzieci (w tym także ich patenty). Czy ci wynalazcy i ich patenty o dużej wartości biznesowej pogłębiły nierówności? Niekoniecznie. Stany Zjednoczone charakteryzowała wówczas znacznie większa mobilność społeczna i niższe nierówności dochodowe. Tak długo jak na innowacje wpadały konkretne osoby, a nie firmy, dużo łatwiej było dzięki dobremu pomysłowi i ciężkiej pracy zarobić na pomyśle, niezależnie od pozycji dochodowej ojca.
A co z tymi, którym nie tylko nie udało się wpaść na dobry pomysł i go opatentować, ale wręcz życie potraktowało ich źle? Choć trudno nazwać USA w latach 1911–1935 państwem dobrobytu, to w części stanów, w przypadku śmierci ojca, pozostawiona bez dochodu matka mogła skorzystać ze świadczenia finansowego. Jako że mamy 2021 r., większość tych dzieci przeżyła już całe swoje dorosłe życie, można więc porównać je do dzieci tych matek, które nie otrzymały świadczenia – i albo próbowały utrzymać je samodzielnie, albo przynajmniej częściowo powierzyły dzieci opiece instytucjonalnej, by zapewnić im dach nad głową i wyżywienie. Wnioski? Świadczenia dla wdów przełożyły się na dłuższe życie, lepsze wyniki edukacyjne i rzadsze problemy zdrowotne u dzieci niż opieka instytucjonalna. Efekty były wyraźniejsze w uboższych rodzinach. To rewelacyjne efekty, biorąc pod uwagę, że świadczenie stanowiło jedynie ok. 25 proc. ostatnich dochodów ojca i wypłacano je jedynie przez trzy lata. O ile z pewnością wiele racji jest w wątpliwościach, czy niewielkie transfery dla słabo wykształconych i niekoniecznie zaradnych społecznie osób są najlepszym pomysłem na politykę społeczną, to jest to lepsze niż opieka zinstytucjonalizowana.
A skąd to wiemy? Adriana Lleras-Muney (Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles), Anna Aizer (Uniwersytet Browna) wraz ze współautorami prześledziły rejestry gminnej pomocy społecznej, by zidentyfikować 16 tys. chłopców urodzonych między 1900 r. a 1925 r. i osieroconych przez ojców przed 1935 r. W tej grupie znaleźli się nastolatkowie, których matki otrzymały świadczenie oraz chłopcy, których matki o takie świadczenie wystąpiły, ale go nie otrzymały (np. na skutek cięć w budżecie świadczenia). Następnie połączyły te dane ze spisami powszechnymi, co pozwoliło prześledzić resztę życia chłopców (śledzenie dalszego trwania życia dziewczynek było niemożliwe z uwagi na to, że często zamążpójście było związane ze zmianą nazwiska).
Dlatego gdy zadzwoni do ciebie, droga czytelniczko i kochany czytelniku, ankieter GUS i powie, że jest rachmistrzem spisowym i będzie chciał od ciebie informacji o tobie, dzieciach, adresie zamieszkania, a nawet narodowości i religii – weź udział w badaniu. Nawet jeśli mniej ufasz ludziom, a już w szczególności urzędom, nawet jeśli bardzo lubisz swoją prywatność i korci cię, by pozmyślać w tej rozmowie – spróbuj szczerze odpowiedzieć na pytania. A jeśli nie chce ci się rozmawiać z rachmistrzem, weź udział w spisie online. Kto wie, może kiedyś ktoś udostępni te dane do badań i da się z tego wyciągnąć parę ważnych wniosków. ©℗