Zasięg to w tej historii słowo-klucz

Dotąd lotnictwo, żeby skutecznie używać bomb, zwykle musiało podchodzić bliżej, ryzykując wejście pod parasol OPL. Rosyjska taktyka poszła w inną stronę: samolot ma pozostać dalej, a bombę „wypchnąć” w stronę celu na dystansie, który jeszcze niedawno kojarzył się raczej z innymi klasami uzbrojenia. W praktyce chodzi o to, by nosiciele, na przykład Su-34, mogły wykonywać uderzenia, nie wchodząc w strefę działania wielu systemów obrony powietrznej. Dla obrony to nie tylko kwestia technologii, ale też logistyki: trzeba inaczej planować osłonę, dyżury, priorytety. Bo jeśli zagrożone zaczynają być obiekty oddalone 150–170 km od linii walk, to „zaplecze” przestaje być zapleczem.

ikona lupy />
SU-34 / Flickr.com / poter.simon

Warto też pamiętać, jak to wyglądało na początku tej historii i jak szybko to przyspieszyło. Gdy na początku 2023 roku na Ukrainie zaczęły pojawiać się pierwsze rosyjskie bomby z „doklejonym” modułem planowania i korekcji (UMPK), mówiono o zasięgu rzędu kilkudziesięciu kilometrów. To już wtedy było groźne, ale wciąż ograniczało, jak głęboko można uderzać bez ryzyka dla samolotu. Dziś narracja jest zupełnie inna: mówi się o szybowaniu bomb na ponad 100–150 km, a przy wersjach z napędem nawet o okolicach 200 km. Najważniejsze: w kilka lat zasięg miał urosnąć z „kilkudziesięciu” do „ponad stu kilkudziesięciu” kilometrów.

ikona lupy />
Bomba szybująca UMPK - pierwszych serii. / Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej

Elektronika ma być „odporna na zakłócanie”

Drugim filarem przekazu jest elektronika. W opisach modernizacji pada, że bomba ma mieć nowocześniejszy system naprowadzania, odporny na zakłócanie radioelektroniczne. To ważne, bo w wojnie powietrznej coraz częściej wygrywa ten, kto lepiej „psuje” sygnał przeciwnika — zagłusza, zniekształca, oszukuje nawigację. W materiałach pojawia się także wątek fragmentu UMPB-5R z wielokanałową, odporną na zakłócenia anteną CRPA, co ma sugerować próbę wzmocnienia odporności na utratę lub degradację sygnałów nawigacyjnych. Oczywiście nie oznacza to, że takiej broni nie da się zwalczać — wojna elektroniczna to wyścig bez mety — ale nawet częściowa poprawa odporności może wystarczyć, by zwiększyć skuteczność przeciwko celom stałym. Najbardziej narażone mają być magazyny, sztaby i infrastruktura, czyli rzeczy, których nie da się „przesunąć” w ostatniej chwili.

ikona lupy />
Wywiad ukraiński zabezpieczył niezniszczony układ naprowadzania takich bomb. / Telegram

Silnik z Chin? Wątek, który może zaboleć bardziej niż same liczby

Do tego dochodzi jeszcze jeden trop, robiący się politycznie niewygodny, bo zahacza o łańcuchy dostaw. W doniesieniach pojawia się sugestia, że wersje z dodatkowym silnikiem turboodrzutowym mogłyby wykorzystywać chińskie jednostki Swiwin SW800Pro. Jeśli ten trop jest trafny, to nie jest to już tylko ciekawostka dla pasjonatów. To pytanie o to, jak skutecznie da się ograniczać produkcję takich systemów sankcjami, i czy w praktyce komponenty nie znajdują drogi okrężnej. W tej klasie uzbrojenia skala robi różnicę: pojedyncze użycie to incydent, ale masowe zastosowanie staje się metodą, która stopniowo wyczerpuje możliwości obrony. Najważniejsze jest jedno: napęd może zamienić bombę w broń „prawie rakietową”, ale tańszą i łatwiejszą do produkcji niż rakiety maewrujące.

ikona lupy />
Rosyjska bomba, która nie zadziałała. W rogu chiński silnik odrzutowy. / Telegram / Kadr z filmu ukraińskich saperów.

Mała „widoczność”, płaska trajektoria i presja masowości

Największym problemem dla obrońców ma być nie tylko zasięg, ale też sposób lotu bomb. Rosyjskie przekazy podkreślają, że takie bomby mają stosunkowo małą „widoczność” radarową i lecą po spłaszczonej trajektorii, co może utrudniać wykrycie oraz przechwycenie. A nawet najlepsze systemy przeciwlotnicze mają swoje limity: liczbę kanałów naprowadzania, tempo reakcji, zapas pocisków. W praktyce chodzi o przeciążenie obrony i zmuszenie jej do rozproszenia sił.

Polski wątek wraca jak bumerang: „a my mamy czym?”

W tle tej historii wybucha też dyskusja bliższa Polsce. W mediach społecznościowych pojawiają się głosy, że podobne zestawy konwersyjne, zamieniające klasyczne bomby w szybujące i korygowane, dałoby się przygotować dla polskich samolotów w krótkim czasie, o ile są środki i zielone światło. Jednocześnie krążą informacje o ograniczeniach dostępu polskich firm do systemów i integracji uzbrojenia z węzłami podskrzydłowymi czy podkadłubowymi w zachodnich samolotach, co miałoby utrudniać szybkie wdrożenie takich polskich rozwiązań „z marszu”. Na tym etapie to głównie mieszanka pytań i niedomówień, ale jedno jest pewne: temat bomb szybujących wraca, bo wojna pokazała ich brutalną użyteczność.

Co to oznacza na 2026 rok? Mniej „magii”, więcej zimnej kalkulacji

Nowa rosyjska bomba szybująca UMPB-5 wpisuje się w wyraźny trend: atakować dalej, precyzyjniej i taniej niż rakietami dalekiego zasięgu, a przy okazji zmusić obronę do rozciągania sił na większym obszarze. Jeśli w 2026 roku takie środki będą używane masowo, „omijanie zachodniej obrony przeciwlotniczej” nie będzie oznaczało magicznego niewidzialnego lotu. Będzie oznaczało coś prostszego i bardziej niepokojącego: przeniesienie ryzyka z samolotu na samą tanią bombę i przesunięcie pola walki głębiej na tyły.