- Zasięg to w tej historii słowo-klucz
- Elektronika ma być „odporna na zakłócanie”
- Silnik z Chin? Wątek, który może zaboleć bardziej niż same liczby
- Mała „widoczność”, płaska trajektoria i presja masowości
- Polski wątek wraca jak bumerang: „a my mamy czym?”
Zasięg to w tej historii słowo-klucz
Dotąd lotnictwo, żeby skutecznie używać bomb, zwykle musiało podchodzić bliżej, ryzykując wejście pod parasol OPL. Rosyjska taktyka poszła w inną stronę: samolot ma pozostać dalej, a bombę „wypchnąć” w stronę celu na dystansie, który jeszcze niedawno kojarzył się raczej z innymi klasami uzbrojenia. W praktyce chodzi o to, by nosiciele, na przykład Su-34, mogły wykonywać uderzenia, nie wchodząc w strefę działania wielu systemów obrony powietrznej. Dla obrony to nie tylko kwestia technologii, ale też logistyki: trzeba inaczej planować osłonę, dyżury, priorytety. Bo jeśli zagrożone zaczynają być obiekty oddalone 150–170 km od linii walk, to „zaplecze” przestaje być zapleczem.
Warto też pamiętać, jak to wyglądało na początku tej historii i jak szybko to przyspieszyło. Gdy na początku 2023 roku na Ukrainie zaczęły pojawiać się pierwsze rosyjskie bomby z „doklejonym” modułem planowania i korekcji (UMPK), mówiono o zasięgu rzędu kilkudziesięciu kilometrów. To już wtedy było groźne, ale wciąż ograniczało, jak głęboko można uderzać bez ryzyka dla samolotu. Dziś narracja jest zupełnie inna: mówi się o szybowaniu bomb na ponad 100–150 km, a przy wersjach z napędem nawet o okolicach 200 km. Najważniejsze: w kilka lat zasięg miał urosnąć z „kilkudziesięciu” do „ponad stu kilkudziesięciu” kilometrów.
Elektronika ma być „odporna na zakłócanie”
Drugim filarem przekazu jest elektronika. W opisach modernizacji pada, że bomba ma mieć nowocześniejszy system naprowadzania, odporny na zakłócanie radioelektroniczne. To ważne, bo w wojnie powietrznej coraz częściej wygrywa ten, kto lepiej „psuje” sygnał przeciwnika — zagłusza, zniekształca, oszukuje nawigację. W materiałach pojawia się także wątek fragmentu UMPB-5R z wielokanałową, odporną na zakłócenia anteną CRPA, co ma sugerować próbę wzmocnienia odporności na utratę lub degradację sygnałów nawigacyjnych. Oczywiście nie oznacza to, że takiej broni nie da się zwalczać — wojna elektroniczna to wyścig bez mety — ale nawet częściowa poprawa odporności może wystarczyć, by zwiększyć skuteczność przeciwko celom stałym. Najbardziej narażone mają być magazyny, sztaby i infrastruktura, czyli rzeczy, których nie da się „przesunąć” w ostatniej chwili.
Silnik z Chin? Wątek, który może zaboleć bardziej niż same liczby
Do tego dochodzi jeszcze jeden trop, robiący się politycznie niewygodny, bo zahacza o łańcuchy dostaw. W doniesieniach pojawia się sugestia, że wersje z dodatkowym silnikiem turboodrzutowym mogłyby wykorzystywać chińskie jednostki Swiwin SW800Pro. Jeśli ten trop jest trafny, to nie jest to już tylko ciekawostka dla pasjonatów. To pytanie o to, jak skutecznie da się ograniczać produkcję takich systemów sankcjami, i czy w praktyce komponenty nie znajdują drogi okrężnej. W tej klasie uzbrojenia skala robi różnicę: pojedyncze użycie to incydent, ale masowe zastosowanie staje się metodą, która stopniowo wyczerpuje możliwości obrony. Najważniejsze jest jedno: napęd może zamienić bombę w broń „prawie rakietową”, ale tańszą i łatwiejszą do produkcji niż rakiety maewrujące.
Mała „widoczność”, płaska trajektoria i presja masowości
Największym problemem dla obrońców ma być nie tylko zasięg, ale też sposób lotu bomb. Rosyjskie przekazy podkreślają, że takie bomby mają stosunkowo małą „widoczność” radarową i lecą po spłaszczonej trajektorii, co może utrudniać wykrycie oraz przechwycenie. A nawet najlepsze systemy przeciwlotnicze mają swoje limity: liczbę kanałów naprowadzania, tempo reakcji, zapas pocisków. W praktyce chodzi o przeciążenie obrony i zmuszenie jej do rozproszenia sił.
Polski wątek wraca jak bumerang: „a my mamy czym?”
W tle tej historii wybucha też dyskusja bliższa Polsce. W mediach społecznościowych pojawiają się głosy, że podobne zestawy konwersyjne, zamieniające klasyczne bomby w szybujące i korygowane, dałoby się przygotować dla polskich samolotów w krótkim czasie, o ile są środki i zielone światło. Jednocześnie krążą informacje o ograniczeniach dostępu polskich firm do systemów i integracji uzbrojenia z węzłami podskrzydłowymi czy podkadłubowymi w zachodnich samolotach, co miałoby utrudniać szybkie wdrożenie takich polskich rozwiązań „z marszu”. Na tym etapie to głównie mieszanka pytań i niedomówień, ale jedno jest pewne: temat bomb szybujących wraca, bo wojna pokazała ich brutalną użyteczność.
Co to oznacza na 2026 rok? Mniej „magii”, więcej zimnej kalkulacji
Nowa rosyjska bomba szybująca UMPB-5 wpisuje się w wyraźny trend: atakować dalej, precyzyjniej i taniej niż rakietami dalekiego zasięgu, a przy okazji zmusić obronę do rozciągania sił na większym obszarze. Jeśli w 2026 roku takie środki będą używane masowo, „omijanie zachodniej obrony przeciwlotniczej” nie będzie oznaczało magicznego niewidzialnego lotu. Będzie oznaczało coś prostszego i bardziej niepokojącego: przeniesienie ryzyka z samolotu na samą tanią bombę i przesunięcie pola walki głębiej na tyły.