Od dziś uczniowie i rodzice muszą się mierzyć z dodatkowymi procedurami, które zostały opracowane przez dyrektorów na nowy rok szkolny w dobie pandemii. Jak podkreśla Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego, w szkołach może funkcjonować nawet 26 tys. różnych rozwiązań. Resort edukacji przekonuje jednak, że to jest dobre rozwiązanie, bo właśnie dyrektorzy najlepiej znają specyfikę swoich placówek. Ale część rodziców, zwłaszcza tych, którzy są sceptyczni tak wobec wprowadzanych obostrzeń, jak i samego koronawirusa, szykuje się na batalię.

Nie dla maseczek

Minister Dariusz Piontkowski po konsultacjach z głównym inspektorem sanitarnym zdecydował, że choć nie będzie obowiązku noszenia maseczek w części wspólnej szkół, to dyrektorzy we własnym zakresie mogą takie rozwiązania wprowadzać, podobnie jak i inne restrykcje. Z takiej możliwości zdecydowała się skorzystać m.in. dyrekcja Szkoły Podstawowej nr 222 w Warszawie. Noszenie maseczek lub przyłbic w ogólnodostępnych przestrzeniach zamkniętych (w szatni, na korytarzu, w łazienkach, sekretariacie i bibliotece) obowiązuje tam wszystkich. Taką decyzję argumentuje się brakiem możliwości zachowania dystansu społecznego. Takie regulacje wprowadzają również inni szefowie placówek.

Te praktyki nie podobają się jednak niektórym opiekunom.

Reklama

– Przecież to absurd, rozwiązanie tylko na pokaz. Maseczki musiałyby być ciągle wymieniane na nowe. Jedna powinna być zakładana na pięć minut, bo tyle trwa zazwyczaj przerwa – przekonuje Przemysław Popielec, założyciel inicjatywy „Strajk Rodziców”. Zwraca uwagę, że uniemożliwiłoby to dzieciom spożywanie posiłku i picie w czasie przerw. – Pojawia się pytanie, kto to będzie kontrolował i egzekwował? Gdzie będą wyrzucane zużyte maseczki, na których ma znajdować się śmiercionośny wirus? Czy ktoś będzie mył też krany i toalety po każdym skorzystaniu? – zastanawia się Przemysław Popielec.

Podobnego zdania są inni aktywiści. – Wszystkie tego typu decyzje dyrektorów są bezprawne, bo ministerstwo nie wprowadziło takiego obowiązku. Żadna ustawa nie daje ku temu podstaw – mówi Adam Mazurek, lider grupy „Ogólnopolski Strajk Dzieci do szkoły”.

Kwestionowane są również takie zapowiadane rozwiązania, jak odmowa przyjęcia dziecka do szkoły, jeśli np. ma ono katar lub kaszle. – Takie działania można porównać z zakazem wejścia do środka komunikacji publicznej. Prawo do nauki wynika przecież z art. 70 konstytucji, ale też art. 1 prawa oświatowego i konwencji o prawach dziecka – zauważa Adam Mazurek.

Rodzicom nie podoba się też wymóg mierzenia temperatury oraz umieszczanie dzieci, które mogą mieć infekcję, w izolatorium. – Takie działania prowadzą tylko do stygmatyzowania uczniów. Opracowaliśmy specjalne oświadczenia, które można składać w sekretariatach szkół – mówi Adam Mazurek. I dodaje, że rodzice chętnie je pobierają.

– Rodzice też mają swoich prawników i mogą skutecznie walczyć z tego rodzaju absurdami – deklaruje aktywista.

Ci potwierdzają, że takie oświadczenia są wiążące dla dyrektorów. – Nie mogą oni tak po prostu zbagatelizować żądania rodziców, którzy składając tego typu deklaracje, powołują się na określone przepisy – mówi Łukasz Łuczak, adwokat i ekspert ds. prawa oświatowego.

Dyrektorzy szkół przyznają, że tego rodzaju pisma do nich trafiają. – Już zetknęliśmy się z takimi deklaracjami. Niestety tak to jest, jak się rządzi wytycznymi, a nie prawem. I jeśli jest prawo, to nieuzgodnione z nami – mówi Marek Pleśniar, szef Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

– Pozostaje mi jedynie apelować do rodziców, aby popierali stanowisko dyrektorów. Mam nadzieję, że MEN jednak jeszcze zrewiduje swoje decyzje i wprowadzi do rozporządzeń covidowych prawo do badania temperatury u uczniów, a także zobowiązania do maseczek w części wspólnej szkoły – dodaje.

Niektórzy odpuszczają

Część dyrektorów uznała jednak, że skoro rząd nie chce wprowadzać odgórnie takich restrykcji, to również oni nie będą wychodzić przed szereg i narażać się rodzicom.

– Nie stać nas na bramki do mierzenia temperatury u uczniów, a indywidualnie wykonywanie tego jest praktycznie niemożliwe. A poza tym wymaga to zgody rodzica, bo to są dane wrażliwe. Nie wprowadziliśmy też obowiązku noszenia maseczek w przestrzeni wspólnej. Zdajemy sobie sprawę, że nie mamy ku temu podstawy prawnej. Dlatego ograniczyliśmy się tylko do zaleceń wydanych przez MEN. Jednak wytyczne czy dobre praktyki nie są podstawą prawną do wprowadzania restrykcji – mówi Jacek Rudnik, wicedyrektor Szkoły Podstawowej nr 11 w Puławach.

Kłopotliwe orzeczenia

To niejedyny problem dyrektorów. Wciąż nie ma też zgody między GIS i MEN, czy w jednostkowych przypadkach, jak np. orzeczenie o indywidualnym nauczaniu, trzeba prosić o opinię sanepidu i zgodę organu prowadzącego na nauczanie hybrydowe.

– W takich przypadkach również nie mamy podstawy prawnej, aby z automatu podejmować taką decyzję – mówi Jacek Rudnik.

W sprawie zabrał głos Mikołaj Pawlak, rzecznik praw dziecka. Sprzeciwia się takiemu rozbudowanemu mechanizmowi decydowania o hybrydowym nauczaniu wobec uczniów przewlekle chorych. Jego zdaniem jeśli dziecko jest w grupie podwyższonego ryzyka, to jego rodzice powinni mieć prawo do decydowania o przejściu na zdalne nauczanie w porozumieniu z dyrektorem szkoły. Z naszych informacji wynika, że resort edukacji, do którego trafiło pismo RPD, wciąż je analizuje. ©℗

Źródło nieznane

Wytyczne MEN dla szefów placówek oświatowych