Choć do rozpoczęcia roku szkolnego zostało zaledwie kilka dni, cały czas trwają rozmowy dotyczące sytuacji nauczycieli, ich awansu zawodowego i podwyżek (ostatnio: 9 proc. od stycznia). Toczą się na szczeblach samorządowych oraz związkowych, temat dominuje na odbywających się właśnie teraz radach pedagogicznych. Po przerwie wróciły też rozmowy na szczeblu ministerialnym i mają szanse dotrzeć jeszcze wyżej, bo po ostatnim spotkaniu ze związkowcami minister Czarnek zapowiedział, że protokół z sugestiami i wnioskami trafi do szefa rządu. – Dalsze rozmowy są niewątpliwie potrzebne. Najszybciej trzeba się spotkać z premierem, by sprawdzić, jaki mamy zakres możliwych działań i uzgodnień – mówił kilka dni temu wiceminister edukacji Dariusz Piontkowski. Zapowiadając, że być może trzeba będzie wrócić do dyskusji o wcześniejszych emeryturach dla nauczycieli, wzroście subwencji i wielu innych systemowych rozwiązaniach dotyczących finansów w oświacie. To jednak nie uspokaja związkowców, a ZNP ogłasza pogotowie protestacyjne.
Równolegle mamy próbę oceny, ilu od września w systemie edukacji będzie uczniów z Ukrainy (ukraiński szef resortu oświaty mówił, że poza krajem przebywa ok. 631 tys. dzieci w wieku szkolnym) i jak to wpłynie na polskie realia. Emocje podbija perspektywa nowego przedmiotu – historii i teraźniejszości – oraz podręcznika do niego, który stał się już hitem mediów społecznościowych.
Reklama
Tak oto edukacja awansowała do rangi polskiego sportu narodowego, na którym – jak na piłce nożnej – znają się wszyscy. I tylko gdzieniegdzie słychać głosy, że w ogólnonarodowym wzburzeniu umykają nam kwestie fundamentalne dla tego, co będzie się działo po pierwszym dzwonku.

Strach przed jesienią

Łukasz Łagód, psycholog związany ze Stowarzyszeniem SOS Wioski Dziecięce, zwraca uwagę, że na stare szkolne demony nakładają się nowe. – Pandemia nie jest pieśnią przeszłości. Cieszymy się, że oficjalnie zniknęła, lecz była z nami aż dwa lata. A jak dołożymy do tego strajk nauczycieli z 2019 r., to okaże się, że są uczniowie, którzy nie znają normalnej szkoły – mówi. I zaznacza, że normalność definiuje jako stały tryb funkcjonowania. – A obserwuję wśród młodych ludzi szukających u mnie wsparcia niepokój o to, co będzie jesienią – dodaje.
Przypomina także, że wojna spowodowała, iż w Polsce pojawiła się wielka liczba ukraińskich dzieci, którymi próbował zaopiekować się także nasz system edukacji. I o ile początkowo kierowały dyrektorami, nauczycielami, rodzicami i uczniami empatia oraz chęć wsparcia, o tyle już w czerwcu można było zaobserwować oznaki zmęczenia. – Myśleliśmy: byle do końca roku szkolnego. I liczyliśmy, że coś się wydarzy. Zawieszenie broni? Pokój? Nowy rok szkolny oznacza, że do starego wyzwania trzeba podejść w inny sposób – podkreśla Łagód.
Wyczerpanie tym, co było i niepewność wobec tego, co nastąpi. Zestawienie tych lęków, zdaniem naszego rozmówcy, to dobry pretekst do tego, by skończyć wreszcie z obawami, że wsparcie specjalisty – psychologa, przynosi ujmę. A samo Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce alarmuje: przybywa uczniów, którzy takiej pomocy potrzebują m.in. ze względu na poczucie wyobcowania w szkole, brak poczucia wspólnoty czy przynależności. Tymczasem inflacja i rosnące koszty życia powodują, że trudno z domowego budżetu wysupłać pieniądze na prywatną wizytę u specjalisty. – Dlatego największym wyzwaniem w tym roku szkolnym, z mojej perspektywy, będzie zwiększenie dostępu do specjalistów w szkołach – stwierdza.
Także w ocenie Jędrzeja Witkowskiego z Centrum Edukacji Obywatelskiej będzie to trudny rok. – Nie znamy faktycznej liczby dzieci z Ukrainy, które trafią do szkół. Ale chodzi o setki tysięcy. Dyrektorzy zaczynają mieć świadomość, że będzie to miało duży wpływ na codzienne działanie placówek i procesy uczenia się. Choćby z uwagi na barierę językową, zróżnicowanie wiedzy czy konflikty międzykulturowe. Trzeba mieć świadomość, że nasz system oświaty działa w granicach możliwości kadrowych, lokalowych, finansowych. Do tego dochodzi nieznana liczba dzieci ukraińskich, które są w Polsce i uczą się jedynie w szkole online prowadzonej z ich kraju, o której nic nie wiemy. Nie wiemy, czy potrzebują pomocy, także psychologicznej. Może okazać się, że w XXI w. mamy w kraju dziesiątki tysięcy dzieci w wieku szkolnym poza szkołą – podkreśla.
Pozytywnie ocenia ruch Ministerstwa Edukacji, które przeznacza 520 mln zł na blisko 18 tys. etatów – właśnie specjalistów: psychologów oraz pedagogów. Wyzwaniem będzie zapełnienie tych wakatów. Obecnie zatrudnionych jest ok. 21 tys. osób, a potrzeba drugie tyle. W nieco ponad połowie szkół w kraju są psycholog i pedagog. Samorządy alarmowały, że są miejsca, gdzie chętnych do pracy po prostu brak. Uzyskały tyle, że w tym roku szkolnym szukają (i znajdują) psychologów w miarę możliwości, a nie obligatoryjnie. – Docenić należy fakt, że MEiN widzi, iż liczą się nie tylko wyniki naszych uczniów w tej części badań PISA, gdzie jest mowa o osiągnięciach naukowych, bo tu jesteśmy na europejskim podium, lecz także dobrostanie, a nasi 15-latkowie wypadają źle – mówi.
Witkowski zwraca uwagę, że w poprzednich latach były próby powołania pełnomocnika rządu do spraw wspierania wychowawczej funkcji szkoły. Pojawiało się rozporządzenie, ale niewiele się wydarzyło. – Warto wrócić do pomysłu. Dyrektorzy, z którymi rozmawiamy, mówią, że nauczyciele przedmiotowcy w większości są dobrze przygotowani do zawodu, ale mają braki jako wychowawcy klas. Powinny pojawić się pomysły, jak w skali systemu wspomóc ich programowo m.in. szkoleniami z zakresu umiejętności miękkich, wychowawczych – rozważa.
Bo to, z czym będziemy mieli do czynienia, to rosnące zróżnicowanie wiedzy i kompetencji wewnątrz klas. To odroczony w czasie skutek pandemii. Czyli przepaść między uczniami, którzy mogli liczyć na wsparcie rodziców w nauce czy sfinansowanie korepetycji, a tymi, którzy zostali bez tego. Żeby nie zgubić tych ostatnich potrzebne będą zdolności pedagogiczne nauczycieli.
Zdaniem Witkowskiego od września odżyje dyskusja, czy wracamy do szkoły ponownie, czy od nowa. Nie jest to gra słów, tylko istotne rozróżnienie: odtwarzamy warunki znane sprzed pandemii i wojny w Ukrainie, przywracamy rutynę, czy staramy się spojrzeć na realia świeżym okiem. – Badania, także nasze, pokazują, jakiej atmosfery potrzebują dzieci do nauki. Przede wszystkim mniej strachu. Mobilizuje lekka konkurencja, a nie rywalizacja, która wciąż dominuje – opisuje. Przypomina, że przy pracach nad rządową Zintegrowaną Strategią Umiejętności (ZSU) Instytut Badań Edukacyjnych postawił diagnozę, że dziś w szkołach dominuje wiedza przedmiotowa. Tymczasem powinny to być zarówno wiedza, jak i kompetencje. Czym są te ostatnie? Zdolnością do wykorzystania zdobytej wiedzy w praktyce. – Owszem, są one obecne w ogólnych celach podstaw programowych. Ale jak dochodzimy do wymagań szczegółowych, egzaminacyjnych i tego, co w podręcznikach, to brakuje odzwierciedlenia tej idei – mówi Witkowski.
Jednym z zadań, jakie wyznacza sobie MEiN na ten rok, będzie kontynuacja programu „Laboratorium przyszłości”, miliardowej oferty resortu dla szkół na doposażenie ich w nowoczesny sprzęt. – Kupiono drukarki 3D i wiele innych urządzeń, które można w szkole ciekawie wykorzystać do rozwijania kompetencji uczniów. Teraz powinniśmy wesprzeć nauczycieli w pracy z tym sprzętem na lekcjach. To duży potencjał – podkreśla Witkowski.
I właśnie wsparcie szkolnej kadry w najpełniejszym wykorzystaniu dóbr kupionych w ramach „Laboratorium…” znalazło się na liście podstawowych kierunków realizacji polityki oświatowej państwa w roku szkolnym 2022/2023. Fakt, na odległym, przedostatnim miejscu. Warto więc przypomnieć inne: wychowanie zmierzające do osiągnięcia ludzkiej dojrzałości poprzez kształtowanie postaw ukierunkowanych na prawdę, dobro i piękno, uzdalniających do odpowiedzialnych decyzji; wspomaganie wychowawczej roli rodziny przez właściwą organizację i realizację zajęć edukacyjnych; wychowanie do życia w rodzinie; ochrona i wzmacnianie zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży; działanie na rzecz szerszego udostępnienia kanonu i założeń edukacji klasycznej oraz sięgania do dziedzictwa cywilizacyjnego Europy, m.in. przez umożliwienie uczenia się języka łacińskiego już od podstawówki; doskonalenie kompetencji nauczycieli do pracy z uczniami przybyłymi z zagranicy, w szczególności z Ukrainy; oraz wspomaganie kształcenia w szkołach ponadpodstawowych w związku z nową formułą egzaminu maturalnego od 2023 r.

Pogląd w gorsecie

Profesor Kazimierz Przyszczypkowski z Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu zwraca uwagę, że dziś ze strony zaangażowanych w dyskusję o edukacji – z ramienia władzy centralnej, ale i samorządowej – brakuje próby nadania jej merytorycznego tonu. – Mamy przepisy, po które należałoby sięgnąć, zwłaszcza teraz, gdy trwa dyskusja ideologiczna i światopoglądowa wokół podręcznika do HiT. Minister wraz z krakowską kurator zachwalają, samorządowcy zakazują lub odradzają, organizacje skupiające rodziców piszą petycje i protesty. Owszem, padają głosy, że prawo o systemie oświaty daje nauczycielowi wybór narzędzi, po które sięga w klasie, ale zaraz pojawiają się wątpliwości, że w przypadku tego akurat przedmiotu znajdą się pod niezwykle dokładną lupą. Dlatego przydałby się jasny głos z wykładnią prawa: jaką funkcję w procesie nauczania pełni podręcznik i jakie możliwości mają dyrektor oraz nauczyciel – mówi.
Edukacja awansowała do rangi polskiego sportu narodowego, na którym – jak na piłce nożnej – znają się wszyscy. I tylko gdzieniegdzie słychać głosy, że w ogólnonarodowym wzburzeniu umykają nam kwestie fundamentalne
Podkreśla, że pomijany jest też głos młodzieży, która od września będzie uczyła się nowego przedmiotu. – To nie są bierni odbiorcy rzeczywistości. Oni śledzą tę przepychankę. I jeśli nie chcemy obrzydzić im szkoły do reszty, warto traktować ich bardziej partnersko. Pytam swoich studentów, czy na przedmiotach typu język polski, historia czy WOS mieli możliwość zaproponowania swojej lektury, poddania tematu pod dyskusję. Usłyszałem, że niezwykle rzadko. Nie uda się, nawet w dobrym znaczeniu tych słów, kreowanie oblicza światopoglądowego uczniów, wyłącznie na podstawie wiedzy z podręczników, także tych kwestionowanych, bez sięgania do alternatywnych źródeł, jak media społecznościowe, inne publikacje, analiza wydarzeń kulturalnych – dodaje.
I tu, zdaniem profesora, wracamy do tematu, co wolno nauczycielowi. – Jesteśmy w sytuacji, gdy granicę jego wolności wyznacza jego budżet. To przedstawiciel grupy zawodowej, która, podobnie jak lekarze, powinna kształcić się całe życie. A to oznacza udział nie tylko w kursach, lecz także kupowanie nowych publikacji, bywanie w teatrach, na wystawach, pokazach, wyjazdy do szkół za granicą. Jeśli chcemy, jak mówi ZSU, przekazywać ludziom nie suche fakty, tylko uczyć ciekawie, analitycznie, niesztampowo, to nauczyciela musi być na to stać – ocenia. Profesor Przyszczypkowski wskazuje na jeszcze jedną prawidłowość, która uwidacznia się teraz, ale którą można było dostrzec przy okazji innych „ruchów tektonicznych” w edukacji. – Im silniejszy gorset światopoglądowy ściskający edukację, tym większa aktywność podmiotów obywatelskich. Jak nie w szkole, to poza nią: przybywa stowarzyszeń, oddolnych inicjatyw uczniowskich, rodzicielskich, nauczycielskich – wyjaśnia.

Krótki lont

Doktor Kinga Białek, polonistka i dydaktyczka języka polskiego, która współpracowała m.in. z Instytutem Badań Edukacyjnych, Ośrodkiem Rozwoju Edukacji i Mazowieckim Samorządowym Centrum Doskonalenia Nauczycieli, ocenia, że szkoła jest Polską w pigułce. I takiego podejścia, jej zdaniem, brakuje w trwających debatach. – Czym innym będzie opowieść o placówce z wielkiego miasta, czym innym ze wsi czy miasteczka – podkreśla. Dodaje, że w tym pierwszym ósmoklasiści uzyskują zdecydowanie lepsze rezultaty egzaminów. Ale to efekt skuteczniejszej pracy pedagogów czy raczej większego potencjału finansowego rodzin, które stać na korepetycje? Inny przykład – uposażenia nauczycieli nie są dostosowane do specyfiki regionu. Edukacja może liczyć na budżet centralny państwa, które daje każdemu tyle samo. Czyli subwencję oświatową, która idzie za uczniem. I z niej wypłacane są pensje. Ale już dodatki leżą w gestii samorządów i są zależne od zasobności ich portfela. Inne są też koszty życia w różnych miejscach kraju.
Białek zwraca uwagę, że tym, co może zachwiać systemem, są braki kadrowe w przedszkolach. – Pozostają w cieniu szkół, a tamtejsi nauczyciele mają wyższe pensum za te same pieniądze przy konieczności wyrobienia tych samych kwalifikacji co do klas I–III. Chętnych do pracy szczególnie tu brakuje. A proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby akurat te osoby zastrajkowały lub gdyby trzeba było ograniczyć godziny pracy przedszkoli ze względu na niedobór ludzi? To oznacza problemy zakładów pracy, których pracownicy będący rodzicami nie będą w stanie zapewnić opieki dla swoich dzieci – mówi.
Ocenia, że są poważniejsze problemy na ten rok niż podręcznik do HiT, a psucie atmosfery wokół edukacji trwa od lat. Przypomina: najpierw politycy wysyłali 6-latki do szkół, w imię wyrównywania różnic. Potem wycofano się z obowiązku szkolnego dzieci w tym wieku, argumentując, że wówczas objęte rocznym przygotowaniem przedszkolnym byłyby już 5-latki. To wiązałoby się z koniecznością utworzenia nowych placówek, a nie każda gmina może sobie na to pozwolić. Przypomina także zaangażowanie rodziny Elbanowskich w akcję „Ratujmy maluchy” i tysiące podpisów złożonych pod wnioskiem o referendum, które się nie odbyło. – To był potężny, obywatelski sprzeciw, który, niezależnie od politycznych konotacji, bazował na lęku o dzieci i przekonaniu, że działa się dla ich dobra. Podobnie później, gdy ważyły się losy gimnazjów i gdy również rodzice nieskutecznie złożyli głosy pod referendum – wspomina.
Przekonuje, że decyzje z ostatniej dekady mają przełożenie na to, co jest dziś. Bo po pierwsze ugruntowują poczucie braku stabilizacji, a po drugie – tego, że rodzice muszą nieustannie czuwać nad tym, co dzieje się w szkole. Czuwać w złym tego słowa znaczeniu, bo w gotowości na protest. – To z kolei skutkuje tym, że rozmywa się odpowiedzialność za szkołę. Wielokrotnie słyszę od dyrektorów, że mają związane ręce. Nie chodzi tylko o podręcznik do HiT, lecz także każdy inny temat, który nie spotkał się z akceptacją grupy rodziców. Paradoks polega na tym, że ekspertem od edukacji czuje się teraz każdy, a znacznie mniej osób postrzega nauczycieli jako znawców tematu. I znów będzie to miało swój ciąg dalszy od września. Skoro wokół szkół tyle jest ideologii, polaryzacji, będzie ona areną walki o wpływy, których granic nikt nie wyznaczył – ocenia Białek. – Do rywalizacji staną wspomniani rodzice, dyrektorzy, nauczyciele, kuratorzy. Dyskusje będą toczyły się nie tylko o tym, jaką organizację można zaprosić, lecz także o tym, czy aby ta lektura zaproponowana do czytania jest najlepszym wyborem – podkreśla. I ocenia, że ostatnie dwa lata szkolne zdominowało nastawienie na przetrwanie, z opcją „byle do wakacji”. Teraz czeka nas rok frustracji z krótkim lontem.
Grażyna Sekulska-Gładysz, nauczycielka, wykładowczyni przedmiotów komunikacyjnych i wychowawczych w Szkole Edukacji Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Uniwersytetu Warszawskiego, wolałaby większy spokój w szkołach. Z konkretnych powodów. – Tylko z chłodniejszą głową będziemy w stanie określić, które z rozwiązań przyjętych w pandemii czy po wybuchu wojny sprawdziło się, które należy wdrożyć, rozwijać, a co lepiej wyeliminować – mówi. Do tego potrzeba jednak, by szkoła przestała reagować na to, co się dzieje na zewnątrz, a skupiła na sobie, czym jest, jak sobie radzi z wyzwaniami XXI w. Przydałyby się przekrojowe badania na dużej próbie. Tak, by np. porównać kompetencje uczniów i to, czego faktycznie się uczą. A także, by zmierzyć nie tylko stan ich wiedzy, lecz także umiejętność jej praktycznego zastosowania. W tym również krytycznego myślenia, współpracy, decyzyjności. Bo np. wiemy, że jest ogromny problem z czytaniem lektur, rozumieniem tekstów. Ale nie badamy tematu szczegółowo. Albo inaczej – jedyną formą badania są egzaminy. Skupiamy się na doborze lektur, kształtowaniu nimi postaw, a nie na możliwościach intelektualnych uczniów w powiązaniu ze zmiennym językiem, realiami.
Zdaniem Sekulskiej-Gładysz w dyskusji o tym, co od września, ucieka nam wątek jakości edukacji. – Tak, do szkół ponadpodstawowych rusza 1,5 rocznika. Tak, będą też uczniowie z Ukrainy, co rodzi kłopoty lokalowe, kadrowe, logistyczne, bo oznacza to wydłużenie godzin pracy placówki. Ale to problemy organizacyjne. A istotniejsze, niestety, jest to, że dzieci dostają gorszą jakość edukacji. W grupie powyżej 30 osób trudniej o ciekawe zajęcia. Gdzie są eksperymenty, gdzie czas na poszukiwanie własnych rozwiązań? Nie rozmawiamy o tym, co zrobić, by uczniowie efektywniej spędzali czas, lecz o tym, czy starczy nauczycieli, którzy staną do tablicy, czy siatka godzinowa się nie rozsypie – mówi.
I zastrzega: nie chodzi o to, że nauczyciele nie potrafią różnicować przekazu, mając na uwadze różne kompetencje uczniów. Przekonuje, że są pedagodzy, którzy próbują nie stracić z oczu uczniów ze szczególnymi potrzebami. Tacy, którzy nie ulegają ocenozie i testomanii. – Ale brakuje mi zachęty za strony władz centralnych, ale też samorządów, kuratoriów, by np. przyjrzeć się temu, jak z edukacją radzą sobie inne kraje. Pojechać, zobaczyć, co można przenieść do naszych realiów. Brakuje mi wyjścia w myśleniu o edukacji poza schematy. Wśród największych wyzwań na ten rok widzę konieczność prac nad rzetelną edukacją ekologiczną. Ochrona środowiska staje się palącym tematem. I to ona powinna awansować na hit najbliższych miesięcy – mówi. ©℗