Koniec nadprodukcji bylejakości na uczelniach. Stary system zastąpiła "punktoza 2.0" [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
27 września 2020, 12:37
szkoła, naukowiec, uczelnia, student
<p>szkoła, naukowiec, uczelnia, student</p>/ShutterStock
Dziś ocenie podlega cały uniwersytet i przez maruderów na jednym wydziale wszyscy mogą stracić finansowo. Witamy w neoliberalnej uczelni. Wywiad z Mariuszem Baranowskim, doktorem socjologii na Wydziale Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Z Mariuszem Baranowskim rozmawia Maciej Miłosz

Co zmieniła reforma wprowadzona przez Jarosława Gowina? Nowe prawo o szkolnictwie wyższym i nauce zostało uchwalone dwa lata temu.

Bardzo dużo, choć wobec oporu środowiska części planowanych zmian nie wprowadzono lub je mocno złagodzono – więc finalnie fundamentalna wizja przebudowy systemu szkolnictwa została nieco rozwodniona. Nowa ustawa wprowadziła konkurencyjność na dwóch poziomach: między uczelniami oraz między naukowcami. Tego wcześniej nie było w takiej skali i postaci. Kluczowa stała się cykliczna ocena dyscyplin uprawianych w ramach danej uczelni, jak np. socjologii czy psychologii, a nie całych wydziałów. I od tej oceny zależy to, czy szkoły wyższe mogą być w elitarnym gronie uczelni badawczych, które dostają większe o 10 proc. subwencje. A jest o co walczyć, bo rocznie to setki milionów złotych. Naukowcy będą oceniani przez pryzmat osiągnięć publikacyjnych oraz grantowych czy relacji ze środowiskiem gospodarczo-społecznym.

Czym ten system różni się od tego, co było wcześniej?

Poprzedni był niewrażliwy na jakość badań. Od wielu lat funkcjonowaliśmy w systemie, w którym punkty do oceny uzyskiwało się za opublikowane artykuły, monografie, otrzymane granty itd. Założenia były takie, że im więcej punktów, tym lepiej. Ale system się wypaczył – pojawiła się choroba zwana „punktozą”. W naukach społecznych byli naukowcy, którzy w kilkuletnim okresie podlegającym ocenie potrafili „wyprodukować” kilkanaście monografii i dziesiątki artykułów. To dawało im dużą liczbę punktów, ale nie przekładało się na jakość. Trudno sobie wyobrazić, jak można rzetelnie opracować – dajmy na to – dwie monografie i 20 artykułów w ciągu roku, a takie rzeczy się zdarzały. Oznacza to, że ktoś musiał pisać artykuł co dwa tygodnie i jeszcze w tym czasie tworzyć monografię, nie wspominając o obowiązkach dydaktycznych czy administracyjnych. Albo mieliśmy niespotykaną na świecie liczbę geniuszy, albo po prostu system psuł naukę i premiował taką postawę.

To pierwsze czy to drugie?

Zaryzykuję stwierdzenie, że to drugie. Reforma wprowadziła nowe rozwiązania w ramach oceny wartości prac naukowych, które premiują jakość, a nie ilość. Praktyki, które od lat były powszechne w szkolnictwie wyższym, ukrócono z dnia na dzień. Nie można dziś podać 30 publikacji do oceny, a jedynie te najlepsze. Nie da się już nadrobić bylejakości ilością, stąd można powiedzieć, że dziś mamy „punktozę 2.0”. Też potrzebne są punkty, ale preferowane są publikacje w renomowanych zagranicznych czasopismach. One wymagają dużo pracy – same procedowanie tekstu często trwa ponad rok, a do pokonferencyjnego tomu z konferencji organizowanej dla krewnych i znajomych królika w jakimś mniej renomowanym ośrodku nie trzeba się przykładać, wystarczy napisać cokolwiek i tego de facto nikt nie będzie oceniał. Ale ten drugi sposób nie zapewnia w nowym systemie punktów. Te nowe oceny mają wyeliminować nadprodukcję bylejakości.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj