Amatorzy w laboratorium. Czy nienaukowcy mogą uprawiać naukę? [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
2 września 2022, 22:29
Szkoła wyższa studia nauka uniwersytet
Shutterstock
Wiele osób uprawiających naukę będzie podważać wiarygodność pasjonatów, bo „wykonał to laik”, ale ja twierdzę, że siła leży w różnorodności wykształcenia i pracy zespołowej - mówi w wywiadzie prof. dr hab. Małgorzata Grodzińska-Jurczak.
Małgorzata Grodzińska-Jurczak prof. dr hab., biolożka. Pracuje w Instytucie Nauk o Środowisku Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie kieruje zespołem ochrony przyrody i edukacji środowiskowej
Małgorzata Grodzińska-Jurczak prof. dr hab., biolożka. Pracuje w Instytucie Nauk o Środowisku Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie kieruje zespołem ochrony przyrody i edukacji środowiskowej

Z Małgorzatą Grodzińską-Jurczak rozmawia Jędrzej Dudkiewicz

„Nauka obywatelska” to chyba niefortunne tłumaczenie?

Pochodzi od angielskiego „citizen science”, terminu ukutego w latach 80. XX w. przez naukowców w USA, gdzie byli oni bardziej niż w Europie obecni na arenie doradczej, politycznej, a później publicznej. Na Starym Kontynencie pojmowanie nauki jest bardziej tradycyjne, a naukowcy są często w pewien sposób oderwani od społeczeństwa, od realiów i praktyki. Ideą nauki obywatelskiej jest włączanie osób niebędących ekspertami w prowadzenie badań, zbieranie danych itp. A właśnie kończy się era uprawiania nauki jedynie przez wybranych.

Dlaczego?

Naukowcy zawsze mieli kogoś do pomocy (takich obecnych pracowników technicznych, asystentów). Tych osób nie było widać, pozostawali w cieniu, nie byli doceniani. Obecnie nauka jest dostępna dla wszystkich, tworzymy wiedzę, opierając się na doświadczeniach wielu ludzi, nie tylko stricte naukowców. Oczywiście, nauka nadal musi się opierać na rzetelnym warsztacie, nie jest jednak tak elitarna jak dawniej. O ile jeszcze w latach 80. XX w. w Polsce było niecałe 7 proc. osób z wyższym wykształceniem, o tyle teraz - w kategorii wiekowej 25-34 lat - oscyluje w okolicach 41 proc. Innymi słowy, kiedyś był to przywilej, obecnie chleb powszedni. Wzrost liczby osób wykształconych to dobry trend, w dużej mierze wynikający z łatwiejszego dostępu do edukacji (wzrost liczby szkół wyższych po transformacji, głównie prywatnych) i chęci kształcenia się w celu zdobycia lepszej pracy, ale równolegle obniżających się kryteriów matury i zniesienia egzaminów wstępnych na studia. Wymogi te różnią się pomiędzy kierunkami studiów, co przekłada się na ich powszechność i utylitarność (późniejsza praca na rynku). O ile przed transformacją ustrojową wyższe wykształcenie było awansem społecznym, niekoniecznie związanym z wysokością zarobków po studiach, o tyle teraz, ze względu na większą powszechność edukacji wyższej, trudno mówić o awansie społecznym. Jakość kształcenia w szkołach wyższych, ale nie wszystkich i nie na wszystkich kierunkach, niestety się obniżyła. Wynika to z wiedzy kandydatów, jak również w pewnym sensie walki poszczególnych szkół wyższych na rynku. Każdy uniwersytet chce mieć jak największą liczbę kandydatów i nie zawsze przyjmuje tych najlepszych. Ale jak mówię, nie można tego generalizować. Jakość kształcenia zależy od konkretnej szkoły wyższej, kierunku kształcenia.

CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP I NA E-DGP

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj