Złamani w rok. Epidemia zniszczyła marzenia i wiarę w ludzi

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
12 marca 2021, 21:46
koronawirus
<p>koronawirus</p>/Agencja Gazeta
Gdy zamknęła pół przedszkola i wysłała rodzicom e-maila o kwarantannie, jeden z nich odpisał: „To już kolejny raz, kiedy udowadnia pani, jak bardzo sobie nie radzi na stanowisku”

Rok temu wiedzieliśmy, co dalej. Ja planowałam w końcu wrócić do pracy, młodszy syn szedł do przedszkola, córka do pierwszej klasy. Byłam po słowie z organizacją pozarządową, w której miałam zajmować się zdobywaniem pieniędzy na realizację społecznych działań – czyli crowdfundingiem. To było moje marzenie, powrót do korzeni, bo w NGO-sach działałam jeszcze na studiach – opowiada Marta Górska. Firma komputerowa jej męża Janka radziła sobie na tyle dobrze, że mogli myśleć o zatrudnieniu opiekunki i zapuszczeniu korzeni. – Przez lata wynajmowania mieszkania od znajomych w końcu uzbieraliśmy nieco, by rozejrzeć się za kupieniem czegoś na własność. Byliśmy po pierwszych rozmowach z bankiem w sprawie kredytu. To nic, że oznaczało to zobowiązanie na dwie dekady. Myśleliśmy: jesteśmy młodzi, ogarnięci, nie żyjemy ponad stan, damy radę – mówi Marta. Pokazuje w internecie mieszkania, które chodzili oglądać. Trzy pokoje z kuchnią na trzecim piętrze, rynek wtórny, Mokotów. Bez szaleństw, ale też takie, by było na lata. Z planów nie zostało już nic.

Jest cios, jest unik

Najpierw firma komputerowa Janka przeniosła się z wynajmowanego biura do mieszkania i piwnicy. – Tak było taniej, bo jak wszyscy mali przedsiębiorcy w pierwszym lockdownie dostaliśmy w kość. Niby życie przeniosło się do sieci, ale nie przysporzyło to nam klientów. Może ludzie stali się bardziej zaradni i nie potrzebowali nowego sprzętu, a stary naprawiali własnym sumptem? – zastanawia się Marta. Początkowo spadek dochodów nie był tak odczuwalny, bo para zrezygnowała z wielu codziennych przyjemności, jak zakupy w drodze do biura czy kawa na wynos. Kina i tak były zamknięte. Z czasem okazało się to za mało. – Stanęliśmy przed wyborem: albo zaczniemy się zadłużać u rodziny, znajomych – czego zawsze unikaliśmy jak ognia – albo sięgniemy do naszej żelaznej rezerwy przeznaczonej na nowe mieszkanie – opowiada kobieta.

Długo się nie zastanawiali. Oszczędności powoli topniały, a potem, jak wspomina, poszło lawinowo. – Odebrałam telefon od mojego niedoszłego pracodawcy, który powiedział, że przeprasza, ale jedyne, co mi może zaoferować w obecnej sytuacji, to praca pro bono. Na studiach tak robiłam, bo cieszyłam się, że mogę poznać branżę. Rzecz wymarzona dla studentki ostatniego roku resocjalizacji, ale nie dziś. Podziękowałam i uzgodniliśmy, że będziemy w kontakcie.

Kilka tygodni temu sama zaproponowałam, by odezwał się do znajomej lekarki. Dostał od niej tabletki, które mają go wyciszyć. Chyba działają, bo jeszcze niedawno budził się w środku nocy i chodził po mieszkaniu do rana.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj