W Cadar Creek w stanie Arizona czas płynął leniwie. Nagle w spokojnej dotychczas osadzie wybucha panika. Oto pochodzący z Zairu wirus ebola wymknął się spod kontroli, przetrwał, zmutował i za sprawą przemyconej małpki kapucynki trafił do amerykańskiego miasteczka. Armia otacza osadę kordonem sanitarnym. Ogłasza godzinę policyjną, każe wracać do domów, aresztuje osoby spotkane na ulicy po godz. 19. Wedle komunikatów służb w domach jest najbezpieczniej, mimo to kilka rodzin wsiada do samochodów i decyduje się na ucieczkę z miasta. Żołnierze otwierają ogień do uciekinierów. Pierwsze śmiertelne ofiary giną od kul, nie od wirusa. Każdy, kto poczuje się źle, ma obowiązek wywieszenia na drzwiach domu białej płachty. Wtedy żołnierze zabiorą go na badania. Objawy zakażenia wirusem przypominają grypę – u chorych występują kaszel i gorączka. – Nie będzie mnie tylko kilka godzin. Chyba że zatrzymają mnie na noc. Bądźcie grzeczne. I pamiętajcie o umyciu zębów przed pójściem spać – mówi łamiącym się głosem matka dwóch małych córek, słysząc pukanie do drzwi. Kiedy jedna z nich wstaje od stołu, aby uściskać matkę, ojciec zrywa się z krzesła i zatrzymuje córkę. – Nie dotykaj mamy! – rozkazuje. Kobieta opuszcza dom. Na zewnątrz czekają już w ochronnych maskach żołnierze, którzy przewożą pacjentkę na badania. Pobrana próbka krwi daje wynik dodatni. Razem z innymi chorymi matka trafia na teren odgrodzonej od reszty świata drutem kolczastym szkoły, gdzie służby przygotowały szpital polowy.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP