Etiopia jest fenomenem na skalę światową. Jej premier Abiy Ahmed Ali, najmłodszy przywódca na kontynencie afrykańskim, rozwiązuje problemy z prędkością godną pokojowego Nobla. W zaledwie półtora roku od objęcia urzędu udało mu się zakończyć wojnę z Erytreą i wprowadzić kraj na ścieżkę prodemokratycznych reform. Tydzień temu docenił to Norweski Komitet Noblowski. Ale to nie wszystko. Podczas gdy demokracja na całym świecie przechodzi większe i mniejsze kryzysy, w Etiopii właśnie przeżywa rozkwit. – Zrobiliśmy się bardzo rozpolitykowani. Każdy, kto może, śledzi informacje w telewizji i internecie – mówi Haile Mariam, kiedy siedzimy przed telewizorem w jego domu w Lalibeli. Mój rozmówca – jak sam podkreśla z dumą – spędza przed TV prawie każdy wieczór, oglądając programy publicystyczne. – Do niedawna wszystkie programy informacyjne mieliśmy ze Stanów Zjednoczonych, bo tam można było mówić prawdę, a tu nie. Do USA wyjechała większość intelektualistów w czasach reżimu – zaznacza Haile. Wrócą? – Wracają. Ten mężczyzna właśnie wrócił po 27 latach na wygnaniu – mój rozmówca pokazuje na bohatera jednego z programów nadawanych po amharsku. – To wielki intelektualista. Premier ściągnął go z powrotem do kraju. Teraz jest spokojnie, ale nikt nie wie, czy to się za moment nie zmieni. Mamy poczucie niepewności – przyznaje.

Pokoju nie robi się w tydzień

Szef rządu, nazwany przez swoich rodaków „doktorem Abiy”, jest Oromem. Informacja ta jest kluczowa dla zrozumienia, dlaczego zaledwie kilka miesięcy po jego dojściu do władzy udało się rozwiązać tlący się od 20 lat konflikt z sąsiednią Erytreą. Mimo że Oromowie stanowią w Etiopii najliczniejszą grupę etniczną, do tej pory ich wpływ na politykę państwa był praktycznie żaden. Monopol na władzę mieli Tigrajczycy zamieszkujący region na północy, przy granicy z Erytreą, która niepodległość od Addis Abeby ogłosiła w 1993 r. Zbuntowani Erytrejczycy byli wcześniej towarzyszami broni Tigrajczyjów w komunistycznej partyzantce. Sąsiedzi z zagranicy nigdy nie mogli wybaczyć im zdrady. – Oni widzieli interes w podtrzymywaniu tego konfliktu. Nie chcieli odpuścić spornych terytoriów. Doktor Abiy jako Orom nie widział w tym większego sensu. Szybko zakończył spór, zgodził się oddać sporne tereny i otworzyć granice – mówi Abe ze studenckiego miasta Gonder.

Tigrajczycy, chociaż stanowią zaledwie 6 proc. mieszkańców, rządzili krajem przez dekady. – Udawało im się utrzymać długo przy władzy, bo postępowali zgodnie z zasadą „dziel i rządź”. Czasami dawali coś Amharom (stanowią ok. 27 proc. populacji kraju – red.), tylko po to, by nastawić ich przeciwko Oromom – dodaje Abe, który sam jest Amharem. Jak podkreśla, to się zmieniło, gdy premierem został Abiy Ali.

>>> Czytaj też: Abiy Ahmed Ali, premier Etiopii z pokojową Nagrodą Nobla 


Jego entuzjazm studzi pochodząca z Izraela Ofir, mieszkająca w Etiopii od kilku lat. Przyjechała tam, aby przygotować kilkutysięczną społeczność żydowską w Gonder do wyjazdu do Izraela, ale władze w Tel Awiwie na ostatniej prostej wycofały się z tego planu. Mimo to Ofir postanowiła zostać w Etiopii. – Pokoju nie robi się w tydzień. Tigrajczycy są rozżaleni, że konflikt się zakończył, są głodni krwi. Oni uważają, że sporne tereny im się należą – podkreśla. Kolejny problem to nagłe odcięcie regionu od dobrodziejstw płynących ze stolicy. Rządzący krajem Tigrajczycy przez lata przyciągali na swoje tereny kapitał, nie szczędzili pieniędzy na inwestycje publiczne. Widać to gołym okiem w Mekelie, głównym mieście regionu, które na tle innych etiopskich miast wyróżnia się zamożnością. Tigrajczycy nie potrafią ukryć rozgoryczenia. Podczas gdy w większości regionów królują portrety doktora Abiy, w Tigraju widać wyłącznie wizerunki jego poprzedników. – Oni nienawidzą nowego premiera. Wielu Etiopczyków boi się, że zostanie on zamordowany. Na dodatek Tigrajczycy chcą się odseparować od reszty kraju. Wojna wisi w powietrzu – dodaje Ofir.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP